129 obserwujących
4041 notek
1822k odsłony
  909   0

Nie zmieniajmy granic – ale pamiętajmy o polskiej historii Kresów Wschodnich RP

Polska polityka musi być i jest pragmatyczna – zatem nie myślimy o zmianie granic. Jednak nie sposób amputować polskiej kulturze i polskim dziejom tego wielkiego polskiego dziedzictwa, polskiej historii i tego wszystkiego – w wymiarze także cywilizacyjnym – co przez wieki stanowiło Kresy Wschodnie Rzeczypospolitej. Przecież na tych ziemiach żyli, tworzyli – lub walczyli – Mikołaj Rej, Ignacy Krasicki, Julian Ursyn Niemcewicz, Aleksander hrabia Fredro, Maria Konopnicka, Bolesław Prus, Eliza Orzeszkowa, Maria Rodziewiczówna, Conrad – Józef Korzeniowski, Gabriela Zapolska, a wcześniej Adam Mickiewicz czy Juliusz Słowacki, historycy Tadeusz Korzon, Stanisław Smolka, Józef Kallenbach, Aleksander Brueckner, muzycy i kompozytorzy Michał Ogiński, Stanisław Moniuszko, Ignacy Paderewski, Karol Szymanowski, działacze wolnościowi i demokratyczni Edward Dembowski, Wiktor Heltman, Stanisław Worcell oraz politycy i wodzowie od czasów dynastii Jagiellonów: Józef August Ostrowski, Jan Karol Chodkiewicz, Stanisław Zółkiewski, Tadeusz Kościuszko, Romuald Traugutt, wreszcie Józef Piłsudski.

„(...) Obroniliśmy Lwów. Zostaniesz jednak sama”

To na tych ziemiach, a ściślej na Kresach Południowo-Wschodnich RP powstały słowa, które przeszły do historii polskiej literatury i Polski w ogóle: „O mamo, otwórz oczy, z uśmiechem do mnie mów. Ta, krew, co z piersi broczy, ta krew to za nasz Lwów (…). Czy jesteś mamo ze mną? Nie słyszę Twoich słów. W oczach mi trochę ciemno. Obroniliśmy Lwów. Zostaniesz jednak sama. Baczność Lwów! Cel i pal! Tylko mi Ciebie mamo, tylko mi Polski żal”. Tak było przeszło sto lat temu. „Lwowskie Orlątko”, 14-letni Jurek Bitschan i tysiące takich, jak on młodych Polaków na przestrzeni wieków decydowało o polskości tych ziem.

Od Bugu po Syberię, od Lwowa po Kazachstan -wciąż mieszkają tam miliony naszych rodaków czy też ludzi polskiego pochodzenia. Wielu z nich trwa przy polskości, choć za bycie Polakiem płaciło się – i płaci – szczególną cenę.

Przed II wojną światową, przed agresją Niemiec Hitlera i Rosji Stalina terytorium, które dziś jest poza granicami Rzeczpospolitej Polskiej, a było wówczas integralna częścią Polski wynosiło 183 tysiące kilometrów kwadratowych, a więc prawie połowa powierzchni kraju. Zamieszkiwało tam 11 milionów polskich obywateli, a więc mniej więcej jedna trzecia całości.

Charakterystyczne, że Sowieci nie od razu zaczęli eksterminację polskości, Polaków, polskich organizacji - jeszcze w latach 1920., już po rewolucji bolszewickiej na terenie Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej – działały aż 24 polskie kluby, 42 biblioteki i 135 świetlic! Bolszewicka eksterminacja naszych rodaków rozpoczęła się na masowa skale w latach 1930-ch i trwała przez lata 1940-e. Z kolei ludobójstwo -to najbardziej właściwe określenie- Polaków z rak ukraińskich szowinistów nastąpiło głównie w latach 1943-44.

Po upadku ZSRS: ćwierć miliona Polaków na Ukrainie

Zaraz po upadku Związku Sowieckiego na terenie sowieckiej Ukrainy mieszkało blisko ćwierć miliona Polaków. Najwięcej na Żytomierszczyźnie. To niesłychanie ciekawe, ponieważ Żytomierz i okolice oderwano od Macierzy już podczas II rozbioru Polski, a więc wcześniej niż resztę. Po Żytomierszczyźnie najwięcej Polaków było odpowiednio na Wołyniu, Tarnopolszczyźnie (od miastaTarnopol, zwanego dziś Tarnopil), Obwodzie Lwowskim, okolicach Równego (a więc tam, gdzie mieszkał kiedyś i jeździł z przedstawieniami ze swoją trupą teatralna mój dziadek Henryk Karol Czarnecki, a także mieszkał w chłopięcych latach mój ojciec Henryk Tadeusz Czarnecki). Dalej: Stanisławów (rosyjski Iwanofrankowsk, teraz ukraiński Iwanofrankiwsk), Czerniowce, Chmielnicki, Sambor (ukraiński Sambir), Mościska, Bar, Kamieniec Podolski, Dobromil, Połomne. W samym Żytomierzu mieszkało pod koniec ery sowieckiej 60 tysięcy Polaków, we Lwowie ,według sowieckich ,bardzo zaniżonych szacunków – 13 tysięcy, a w Obwodzie Lwowskim – 33 tysiące. Oczywiście te liczby byłyby znacznie wyższe, gdyby nie deportacje, kolektywizacja z lat 1930., a wreszcie eksterminacja sowiecka i ukraińska. Ta druga ze strony szowinistów ukraińskich pochłonąć miała w latach 1943-44 nawet do 300 tysięcy zamordowanych Polaków. Ginęli oni tylko za to, że byli Polakami…

Katedra Katolicka we Lwowie, kościół Św. Antoniego na Łyczakowie, zdewastowany kościół św. Elżbiety, Cmentarz Janowski, Cmentarz Łyczakowski, tablica Franciszka Karpińskiego w Stanisławowie, Tadeusza Kościuszki w Lubieszowie, Profesorów Lwowskich zamordowanych przez Niemców w 1941 roku, odnowiony pomnik Adama Mickiewicza we Lwowie – to wszystko punkty, jedne z bardzo wielu, przypominające polską historię i kulturę tych ziem. Dla mnie fenomenem zawsze była i pozostanie Żytomierszczyzna. Wielu miejscowych posłów do ukraińskiego parlamentu czyli Wierchownej Rady w Kijowie ma polskie nazwiska i wprost mówi o swoich polskich korzeniach. Ta ziemia nie powróciła do Macierzy po chyba jednak nieszczęsnym Traktacie Ryskim w 1921 roku. To już 230 lat, jak Żytomierszczyzna jest oderwana od polskiej państwowości – a mimo to Polaków jest tam najwięcej na całych dawnych Kresach Wschodnich RP -poza terenem obecnej Białorusi - i są najbardziej zacięci w obronie swojej narodowości i wiary. Ciekawe, że pierwsi więźniowie – Polacy – zwolnieni z sowieckich lagrów w 1989 roku to pochodzący właśnie z Żytomierszczyzny ksiądz Józef Świdnicki i skazana z kolportaż literatury patriotycznej i religijnej Zofia Bielak.

„Cuda” sowieckich spisów powszechnych

W czasie sowieckich spisów statystycznych działy się tam prawdziwe cuda. Ostatni oficjalny spis, niedługo przed upadkiem ZSRR, wykazywał, że naszych rodaków było tam 383 tysiące. Tymczasem raptem 11 lat wcześniej, w latach 1970-ch, polską narodowość mimo trudnych sowieckich czasów deklarowało dobrze ponad pół miliona obywateli. Dokładnie: 540 tysięcy. Co się przez dekadę nagle stało w czasach już bez fizycznej eksterminacji Polaków? Gdzie się podziało przeszło 150 tysięcy naszych rodaków? Oto jest pytanie.

Jeszcze o miastach i rejonach o szczególnym nasyceniu Polakami na modnej ostatnio Białorusi. To dla mnie podróż sentymentalna, bo w wielu tych miejscowościach byłem – jeszcze jako przewodniczący Sejmowej Komisji Łączności z Polkami Zagranicą. Oto Grodno, Lida i rejony: brzostowicki, wołkowyski, woronowski, grodzieński, świsłocki i szczuczyński. I jeszcze Nowogródek Adama Mickiewicza. Ba, przecież w stolicy, w Mińsku, który mógł trafić do Polski w wyniku Traktatu Ryskiego, ale strona polska nie za bardzo go chciała, uznając, że w II Rzeczpospolitej będziemy mieć za dużo mniejszości narodowych – nawet tam działał „klub polskiej kultury” już dobrze ponad trzy dekady temu.

Niech podsumowaniem tego – przyznaję: pełnego emocji artykułu – będą słowa polskiego działacza spod Grodna – słowa aktualne do dziś: „Rozumiemy dobrze, że język to najważniejszy skarb narodu, należy go pielęgnować i dbać, by poznawało go młode pokolenie, posługiwało się nim na co dzień”…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” pod tytułem redakcyjnym „Tylko mi tamtej Polski żal” (07.09.2020)


Lubię to! Skomentuj23 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka