Jest rok 2005. PO jest, obok PiS, główną siłą polityczną kraju. Wszystko za sprawą skutecznej bezlitosnej i uczciwej działalności Jana Marii Rokity. Mam 18 lat i 10 miesięcy. Z pełnym przekonaniem idę do lokalu wyborczego i nie czytając listy(miesiąc temu wyjechałem na studia, i tak nie znam lokalnych działaczy) stawiam krzyżyk obok "jedynki" PO. Parę(bądź kilka - dokładnie nie pamiętam, to i tak bez znaczenia) miesięcy później słyszę, że JMR przestaje, za sprawą Donalda Tuska, być wiceprezesem i w ogóle wpływową personą w partii. Jak to? On stworzył potężne PO z jakim mamy do czynienia teraz. Kto to jest Donald Tusk? Ano zwyczajny Nikt. Jak on śmie w ogóle pozbywać się prawdziwego ojca sukcesu partii? Przecież to jest jak podrywanie panienek na kradziony samochód. Jak on może się nie wstydzić tego, że wszystko co ma zawdzięcza pracy faceta, którego po prostu okradł? Może to i się kalkuluje politycznie, ale jest kompletnym zaprzeczeniem tego co ja rozumiem pod słowem "mężczyzna", bądź w wersji dla obu płci pod hasłem "człowiek godny szacunku".
Popatrzmy jak sobie radzi w tym czasie lider PiSu, Jarosław Kaczyński. Zbuntował mu się Ludwik Dorn. Jakiś czas później Dorn zostaje marszałkiem sejmu z wyraźnym zaznaczeniem, że Jarosław mocno go prosił o objęcie tej funkcji. Sprawia to wrażenie, że nasz były premier docenia ludzi, którzy byli w stanie poświęcić stołek żeby się mu postawić(bo postawić się zachowując stołek to umie byle kto). Potwierdzenie mamy po wyborach, kiedy to w wywiadach na temat rzekomego rzołamu w PiS słyszymy, że Zalewski może sobie iść, bo gdy partię atakowano on starał się być pupilkiem mediów, co do Ujazdowskiego Jarosław nie ma zdania, natomiast na Dornie mu zależy. Chwilę później słyszymy, że w przypadku Dorna normalna działalność partyjna to sprawowanie funkcji wiceprezesa. To co w tym wypadku pokazał pan premier Kaczyński to ważna, jeśli nie najważniejsza, składowa umiejętności przywódczych.
Pozostaje jeszcze dodać, że o PiS dziennikarze mogli napisać wszystko, a oni nadal robili swoje. Raz im wychodziło a raz nie, ale w kierunku każdego punktu ich programu przynajmniej były próby. Zwolennicy PO zapewne odpowiedzą, żę PiS to nieudacznicy i że w PO są ludzie zdolni zrobić to lepiej. Być może. I co z tego? PO nawet nie spróbuje.
Jestem naprawdę fanatycznym przeciwnikiem komunizmu, a jednak wybór na premiera Towarzysza Szmaciaka(jak zwano Leszka Millera w PZPR) na premiera raził mnie mniej niż wybór Donalda Tuska. Dlaczego? Po Millerze widać, że jest za przeproszeniem skurwielem i że ma wszystkie zasady praworządności i uczciwości dosyć głęboko toteż afera Rywina nieszczególnie mnie zaskoczyła. Jednak Leszek Miller miał te kompletne minimum zasad moralnych, ktore w ogole pozwala pomyślec o kimś jako o facecie, z którym możnaby wychylić kielonka. Dbał o kumpli, którzy pomogli mu w karierze. I o nikogo więcej.
Kolejnym impulsem dla mnie była debata Kaczyński-Tusk. W starożytnym Rzymie nikt nie ośmieliłby się znieważyć senatu nieodpowiednim ubraniem podczas wizyty jego wysłanników, w nowoczesnej Polsce kandydat na premiera przyprowadza na debatę kiboli. Żenada przez wielkie "Ż".
Nie widzę u Donalda Tuska nawet szczątkowych oznak jakiejkolwiek moralności. Ludzi można zmienić niezależnie od zasług, program to tylko środek by dostać stołki, szacunek dla instytucji państwa a więc i dla narodu który to państwo reprezentuje, nie istnieje. Natomiast Jarosław Kaczyński to po prostu całkiem fajny facet z dużymi zdolnościami przywódczymi. Moj głos w wyborach parlamentarnych AD 2007 był więc "oczywistą oczywistością".


Komentarze
Pokaż komentarze (11)