15 obserwujących
42 notki
76k odsłon
  2903   3

Na Południówce

Private Logbook

Paul Rickmers

Jul 20th 2000 - Jan 20th 2001

                     

image


 PAUL RICKMERS

Nationality Gibraltar

Built Szczecin Shipyard 1993

Service speed 17.7 knots Main Engine 6930 kW 140 rpm

Captain Piotr Trzebuchowski

English Сhannel, „Paul Rickmers” 25 lipca 2000

Nie umarłem, nie zostałem prezydentem ( w ogóle nie kandydowałem), więc jestem znów po sześciu tygodniach urlopu na morzu. Przez te sześć tygodni poznałem wnuka Alexandra, ochrzciłem syna Kacpra, a na końcu ożeniłem się.

Potem dostałem telefon od Becky w Gemini. Pytała, czy dalej chcę mustrować na „Melbridge Palm”.

Chciałem, ale coś tam pokręcili, dali jeszcze tydzień urlopu i zapytali, czy może być „Paul Rickmers”.

Ludzie! Wszystko, co pływa, oprócz materaca dmuchanego może być. Mam 10 kafli długu i przerwaną budowę szeregowca.

Paul jeździ tak: Rotterdam, Tilbury (Londyn), Hamburg, Antwerpia, Le Havre, Rio de Janeiro, Santos, Paranagua, Rio Grande, Rio de Janeiro, Salvador i nazad do Europy.

Moja już oficjalna żona odwiozła mnie na lotnisko w Rębiechowie. Odwiozła mnie duchowo tylko, bo dalej ma 22 dioptrie, a za kierownicą siedział kolega Janek zwany Sokołem, bo ma tylko 10 dioptrii i przez dwie pary okularów, w pełnym słońcu odróżnia psa od krowy, jak nie są tego samego koloru.

Wkrótce wylądowałem w Hamburgu na tzw.briefing. Odbyłem więc obowiązkowe bla, bla, bla z niektórymi pracownikami armatora, ale najważniejszy był „Fleet Manager”.

Złożyliśmy z nim wiernopoddańczą deklarację, że zrobimy wszystko, żeby nasz armator jak najwięcej zarobił, bo jak on będzie miał dobrze to my też.

Noc spędziłem w hotelu i na drugi dzień już poleciałem z Hamburga do Londynu, gdzie zamieszkałem w hotelu w Tilbury. Hotel posiadał z 50 hektarów terenu, laski i jeziorka i pola golfowe.

Bar był zapchany pijanymi Anglikami, więc zjadłem obiad i ległem przy TV sącząc whisky, kupioną jeszcze na lotnisku w Rębiechowie.

image

Oto mój hotel w Tilbury. Wygląda skromnie, ale wygodny.

Rano byłem na statku. Większy do Berulana (164 metry lenght overall), ale też prądnica wałowa, śruba nastawna i ster strumieniowy. Kapitan Robert parę lat ode mnie młodszy, ale też po gdyńskiej WSMce (zwanej potocznie East Point w odróżnieniu od WSMki szczecińskiej zwanej West Point).

Wszystko było w porządku, ale jak długo może być dwóch kapitanów na jednym statku?

Ledwie z nim wytrzymałem do Rotterdamu (2/168) i Hamburga (3/169) i z ulgą pożegnałem wprowadzając natychmiast swoje porządki.

W Europie jak to w Europie, podjechałem pod Antwerpię (4/170), ale nie było dla mnie miejsca, więc rzuciłem kotwicę na Steenbank. W końcu zacumowaliśmy, załadowaliśmy kontenery, choć trochę chiefowi pomagałem, bo nigdy jeszcze nie pływał na niemieckich statkach, potem śluzy, 8 godzin z pilotami i w końcu wychyliliśmy się na Kanał Angielski ( przy francuskich pilotach mówię przez grzeczność La Manche) i już Dover, już stara znajoma boja Greenwich i już „lewo na burt” i jadę na południe i wchodzę do Le Havre (5/171), „pół naprzód” daję w główkach, jak kiedyś na „Boringii”, leje deszcz, ale tylko 45 „movies” (kontenerów do za- i wyładunku), więc wkrótce „rzucić wszystko na dziobie i rufie” i znowu włączam się w „lane” w kanale, przy boi „East Channel” i dopiero idę spać.

Potem wstaję i biorę się za burdel w papierach po poprzednim kapitanie i wprowadzam swój burdel, a to jest dopiero burdel!

27 lipca 2000

Minąłem przylądek Finisterre (czyli Koniec Świata) i położyłem się na kurs 197, na Wyspy Kanaryjskie. Czuję świeży na wspaniałej, niebieskiej wodzie Wiatr Wolności. Dla takich chwil opłaca się żyć. Przede mną cały Atlantyk, który przejadę, mam nadzieję przy dobrej pogodzie.

W sobotę, 29 przejdę między Gran Canarią a Teneryfą. Może mój GSM złapie i da sie zadzwonić? Taniej niż przez satelitę, a tam w Polsce wnuk zachorował mój tata w szpitalu.

No, najadłem się panierowanych kalmarów z czosnkiem i popiłem czerwonym winem w celu likwidacji cholesterolu.

Z kasety leci Czesiu Niemen „Nie wstawaj lewą nogą”. Wszystkie jego piosenki stwarzają nastrój, pamiętam te pijane prywatki, Jak się tańczyło „Dziwny jest ten świat”, to człowiek zaraz chciał lecieć i ten świat zmieniać, choć przed i po piosence mu to latało.

1 sierpnia 2000 na trawersie Wysp Zielonego Przylądka.

29 lipca, tuż przed przejściem między Gran Canaria a Teneryfą padła mi maszyna. Padła tak, że ruszyłem dopiero po 13 godzinach bezustannej pracy mechaników. Na szczęście dryf był niewielki i zdryfowałem tylko 16 mil w kierunku 201, podczas gdy wlaściwy kurs był 197. Trochę silniejszy dryf i odrobinę bardziej na zachód groził wejściem na skały na dwóch maleńkich wysepkach, na północ od Kanarów. Teraz ten cały syf z „off hire”. Kapitan jest tu między młotem, a kowadłem, choć jest najmniej winny.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości