178 obserwujących
2325 notek
5336k odsłon
  1105   0

Wraca stare! Zabawna opowieść ze smutną puentą. Adres: Minister Sprawiedliwości

Notkę tę napisałem w wyrazie wdzięczności oraz chęci ocalenia od zapomnienia pięknej karty niepodległościowej śp. Jerzego Parzyńskiego, krakowskiego adwokata, krytyka muzycznego, dziennikarza, instruktora harcerskiego i harcmistrza, członka Szarych Szeregów, który podczas Powstania Warszawskiego nosił pseudonim „Ryś”, będąc łącznikiem zgrupowania majora „Redy”, a następnie rotmistrza „Ruczaja”, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych, - vide: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Parzy%C5%84ski

A teraz przechodzę do konkretów.

Portal internetowy doRzeczy – vide: https://dorzeczy.pl/kraj/169378/sad-ziobro-musi-przeprosic-resort-sprawiedliwosci-odpowiada.html , informuje:

W środę Sąd Apelacyjny orzekł, że minister sprawiedliwości musi przeprosić krakowską sędzię Beatę Morawiec za naruszenie jej dóbr osobistych i wpłacić 12 tys. zł na Fundację Dom Seniora. W reakcji na wyrok resort sprawiedliwości wydał oświadczenie, informując, że wniesie w tej sprawie skargę kasacyjną..."

Mój komentarz:

Przykro mi to pisać, ale jak widzę wracamy do czasu komuny i stosowanych wtedy metod szykanowania osób niepoprawnych politycznie.

Dlaczego tak sądzę?

Bo gdy patrzę na szykanowanie sędzi Beaty Morawiec, a także pognębianie przez Ministerstwo Sprawiedliwości niepokornych prokuratorów zsyłając ich z dnia na dzień na prowincję do miejsc oddalonych od miejsc stałego zamieszkania o setki kilometrów, - to przypominają mi się metody szykanowania stosowane przez komunę, których doświadczyłem osobiście w latach 70. i 80., - a tę autentyczną historię (świadkowie żyją) postaram się teraz pokrótce opisać.

Otóż, jak nam bezpieka w roku 1952 wykończyła Ojca, bo ujawnił swą działalność akowską – vide: https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/143605  oraz  https://www.wikiwand.com/pl/Micha%C5%82_Pasierbiewicz , a nasza śp. Mama chcąc wychować dwóch dorastających synów wyprzedała już z domu wszystko, co nadawało się do sprzedania, - zdesperowana matka nie była nie była w stanie utrzymać naszego starego mieszkania vis a vis  Wawelu i dała ogłoszenie do gazety o zamianę na mniejsze.

Na nowym mieszkaniu okazało się, że za ścianą mieszka ubek, a na domiar, ten ponury człowiek miał na parterze kolesia, a jakże by inaczej również pracownika Urzędu Bezpieczeństwa. Dopóki Mama żyła dawali mi spokój, ale jak zmarła, - z początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku ów ubecki duet zaczął się domagać bym się wyprowadził, bo, cytuję „oni w swoim bloku inteligenta nie potrzebują ”.

Na pomoc reszty sąsiadów nie miałem co liczyć, gdyż byli tak zastraszeni, że się przemykali jak duchy po klatce schodowej, a większość mi doradzała, żebym z ubecją nie walczył, gdyż z nimi nie wygram. Rad tych jednak nie posłuchałem, bo by się w grobie przewrócił mój kochany Tata, zasłużony Akowiec i prze-porządny człowiek.

Chcąc mnie wykurzyć z mieszkania, ubecy zawarli przymierze z niejaką panią Genowefą, mieszkającą pode mną kompletnie nawiedzoną dewotką. Wybrali znaną w tamtych czasach ubecką metodę robienia z ludzi nauki chuliganów. A jak? Przy pomocy kolegium Orzekającego. Ich plan był prosty. Zawsze, gdy miałem gości, kilka minut po dwudziestej drugiej ubek zza ściany dzwonił po milicję, a przybyły patrol legitymował moich gości i nie stwierdziwszy niczego zdrożnego jechał dalej. Jednak po dwóch tygodniach dostawałem wezwanie na rozprawę przed Kolegium ds. Spraw Wykroczeń, w oparciu o treść załganej notatki służbowej tychże milicjantów, którzy w u mnie byli dwa tygodnie wcześniej, lecz w rzeczonych notatkach pisali, że zakłóciliśmy ciszę nocną.

Kolegium składało się zwykle z trojga aktywistów, najczęściej ormowców. Wszyscy w przedziale wiekowym typu leśny dziadek. Świadków obrony nie przesłuchiwano i po krótkiej naradzie składu orzekającego, dostawałem czapę, czyli karę zasadniczą w najwyższym wymiarze. Była to grzywna pieniężna trzech tysięcy złotych, co przy mojej pensji asystenta Akademii Górniczo – Hutniczej sięgającej w porywach do dziewięciu stówek, stanowiło sumę nie do przeskoczenia.

Nie płaciłem tedy zasądzanych mi grzywien, próbując się odwołać do wyższej instancji. I choć Wam pewnie będzie trudno w to uwierzyć, w ciągu kilkunastu lat wydano na mnie takich wyroków siedemdziesiąt sześć, co jak niektórzy twierdzą daje wynik lepszy od Jacka Kuronia. Do dzisiaj mam w domu pożółkłą książeczkę zrobioną z oprawionych wezwań na kolegium, - patrz galeria fotografii z wybranymi wezwaniami z okresu od 1972 do 1989.

Wyobraźnie sobie Państwo, że przez kilkanaście lat musiałem 76 razy chodzić na rozprawy, umawiać świadków na przyjście do Kolegium, omawiać sprawę z adwokatem, nie licząc setek nieprzespanych nocy, - a zrozumiecie, jaki to był horror.

Z czasem moje sprawy w kolegium, zyskiwały sobie coraz większy rozgłos, zmieniając się z wolna w rodzaj odcinkowego serialu z „dysydentem” w roli głównej, który konkurował z ówczesną superprodukcją sensacyjnych przygód kapitana Klossa.

Lubię to! Skomentuj34 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości