echo24 echo24
228
BLOG

Psychoanaliza politycznej przyjaźni pana Mateusza z panem Jarosławem

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 13
Przyczyna rozłamu w PiS

Nie wierzę w polityczne przyjaźnie. Wierzę natomiast w polityczne sojusze, wspólnotę interesów, chwilowe fascynacje, wzajemną użyteczność, a czasem nawet w osobliwe uzależnienia psychologiczne, które z zewnątrz mogą przypominać przyjaźń. Lecz kiedy znikają okoliczności, które ludzi do siebie przyciągnęły, znika również to, co naiwni obserwatorzy nazywali przyjaźnią.

Tak właśnie postrzegam wieloletnią relację pana Jarosława z panem Mateuszem.

Ich polityczna znajomość zaczęła się w czasach, gdy pan Jarosław był już starym wyjadaczem, politykiem, który przeżył niemal wszystko, co w III Rzeczypospolitej można było przeżyć. Pan Mateusz natomiast politycznie jeszcze nie istniał. Był człowiekiem spoza świata partyjnych gier, wyposażonym jednak w ambicję, intelekt oraz umiejętność sprawiania wrażenia człowieka stworzonego do rzeczy wielkich.

Nie wiadomo, co tak naprawdę urzekło pana Jarosława. Być może kompetencja. Być może chłodny profesjonalizm. A być może nadzieja, że oto odnalazł wykonawcę własnych politycznych wizji – człowieka inteligentnego, sprawnego i jednocześnie dostatecznie zależnego od swojego protektora.

Pan Mateusz wielbić się pozwalał.

Nie sprawiał jednak wrażenia człowieka odwzajemniającego tę fascynację. Raczej cierpliwie przyjmował polityczne inwestycje czynione przez swojego patrona, wiedząc, że każda kolejna nominacja, każde publiczne poparcie i każdy gest zaufania przybliżają go do chwili, w której będzie mógł stanąć o własnych siłach.

Był to więc układ korzystny dla obu stron. Pan Jarosław otrzymywał sprawnego wykonawcę swojej strategii, zaś pan Mateusz otrzymywał bezcenny kapitał politycznej legitymizacji.

Tak długo, jak długo obaj byli sobie potrzebni, wszystko działało niemal bez zarzutu. Z biegiem czasu sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. Pan Jarosław odkrył, że wykreowany przez niego polityk przestał być jedynie wykonawcą poleceń. Dla znacznej części wyborców i działaczy PiS zaczął stawać się samodzielnym liderem, a nawet – czego chyba najbardziej obawiał się prezes – potencjalnym następcą.

Od tej chwili ich relacja weszła w zupełnie nową fazę. Na zewnątrz nadal obowiązywała uprzejmość. Kamery pokazywały uściski dłoni. Media mówiły o jedności. Ale w spojrzeniach coraz częściej pojawiała się ostrożność.

Bo polityka ma swoją nieubłaganą zasadę – uczeń prędzej czy później zaczyna mierzyć wzrokiem mistrza.

Na moje oko nigdy nie było między nimi owej trudnej do opisania chemii, która łączy ludzi naprawdę sobie bliskich. Nie było telepatycznego porozumienia. Nie było spontaniczności. Nie było tej niewidzialnej nici zaufania, dzięki której dwaj ludzie potrafią przewidzieć swoje myśli.

A trochę już w życiu widziałem i nauczyłem się czytać nie tylko słowa, ale również spojrzenia.

Według mnie pan Mateusz od młodości wiedział, czego chce. Sprawiał wrażenie człowieka o niezwykle silnym ego, wysokiej inteligencji i chłodnym, analitycznym umyśle. Takie osobowości nie lubią być wykonawcami cudzych planów. One cierpliwie czekają na moment, w którym same zaczną je układać.

Pan Jarosław jest natomiast zupełnie innym typem psychologicznym. To samotnik. Człowiek, który całe życie budował twierdzę wokół siebie. Nieufność była jego naturalnym środowiskiem.

Paradoks polega na tym, że właśnie ta nieufność mogła uśpić jego czujność. Był przekonany, iż skoro sam nikomu do końca nie ufa, to również nikt nie odważy się zakwestionować jego pozycji.

A przecież historia polityki nie zna pojęcia wiecznej lojalności. Zna natomiast pojęcie dojrzewającej ambicji.

W pewnym momencie pan Mateusz musiał dojść do wniosku, że przyszedł czas, aby władza przestała być narzędziem pana Jarosława, a stała się narzędziem jego własnych planów.

Nie chodziło już o sukces partii. Chodziło o sukces osobisty. To subtelna, ale fundamentalna różnica.

Jednocześnie pan Jarosław pozostawał wierny własnej narracji. Nadal próbował odgrywać rolę przywódcy cierpiącego za naród. Wciąż wracał do symboli, które przez lata cementowały jego środowisko.

Tyle tylko, że polityka nie znosi rytuałów odprawianych w nieskończoność. To, co kiedyś mobilizowało, z czasem zaczyna nużyć. To, co miało jednoczyć, może zacząć dzielić. To, co miało budować wspólnotę cierpienia, może przerodzić się w rutynę pozbawioną emocjonalnej siły.

I właśnie ten moment – moim zdaniem – pan Mateusz dostrzegł szybciej niż jego polityczny mentor. Zrozumiał, że część partyjnego aparatu przestała potrzebować mitu. Zaczęła natomiast potrzebować przyszłości.

To właśnie wtedy postanowił rozpocząć własną grę. Czy była ona starannie przygotowywana od dawna? Czy była wynikiem nagłego impulsu? Nie wiem.

Ale wszystko wskazuje na to, że obserwowany dziś rozłam nie narodził się w ciągu dwóch dni. Takie pęknięcia dojrzewają latami. Najpierw w psychice. Potem w relacjach. Dopiero na końcu stają się wydarzeniem politycznym.

Dlatego odnoszę wrażenie, że to, czego jesteśmy świadkami, nie jest zwykłym konfliktem dwóch polityków. To zderzenie dwóch osobowości. Dwóch odmiennych sposobów rozumienia władzy. Dwóch ambicji, które przez lata mogły współistnieć tylko dlatego, że jedna była jeszcze zależna od drugiej.

A kiedy zależność przestała być potrzebna, iluzja przyjaźni rozpadła się jak dekoracja teatralna po zakończeniu przedstawienia.

Bo w polityce prawdziwa przyjaźń jest zjawiskiem równie rzadkim jak bezinteresowność. Najczęściej bowiem nie przyjaźnią się ludzie. Przyjaźnią się ich interesy.

A gdy interesy odchodzą w przeciwne strony, nawet najpiękniejsze deklaracje lojalności okazują się tylko rekwizytami pozostawionymi na pustej scenie historii.

Nie bez znaczenia pozostaje także psychologia tłumu. Naród potrafi długo współczuć. Elektorat – znacznie krócej. Naród wybacza. Elektorat kalkuluje.

Pan Jarosław zdawał się wierzyć, że mit wystarczy na zawsze. 

Pan Mateusz najwyraźniej doszedł do wniosku, że nawet najpiękniejszy mit ma termin politycznej przydatności. I chyba właśnie wtedy postanowił przestać być wykonawcą cudzej historii. Każdy dramat polityczny dojrzewa najpierw w ludzkiej psychice. Dopiero później trafia na pierwsze strony gazet. To, co dziś oglądamy, nie wydarzyło się wczoraj. To dojrzewało latami. Najpierw w ambicji. Potem w milczeniu. Na końcu w decyzji.

Dlatego nie sądzę, byśmy byli świadkami zwykłego konfliktu personalnego. To raczej moment, w którym dwóch ludzi odkryło, że od dawna szli już w przeciwnych kierunkach, choć przez grzeczność jeszcze przez chwilę udawali, że maszerują obok siebie.

I może właśnie dlatego cała ta historia wydaje mi się mniej opowieścią o zdradzie niż o naturze władzy.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki, niezależny bloger)


Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (13)

Inne tematy w dziale Polityka