W ostatnich dniach, po wyraźnych oznakach kryzysu i podziałów wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, politycy tej partii z jeszcze większą niż dotąd determinacją próbują przekonać opinię publiczną, że wszelkie problemy współczesnej Polski są wyłącznie skutkiem dwóch i pół roku rządów koalicji Donalda Tuska. W ich narracji niemal wszystko – od stanu finansów publicznych, przez sytuację w spółkach Skarbu Państwa, aż po napięcia społeczne – ma mieć jedno źródło: obecny rząd.
Problem polega na tym, że taka narracja pomija element najbardziej oczywisty, czyli ciągłość państwa.
Każdy, kto choć odrobinę interesuje się historią polityczną, wie, że skutków ośmioletnich rządów nie da się usunąć w ciągu kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu miesięcy. Jest to tym bardziej niemożliwe, jeśli odchodząca od władzy ekipa pozostawia po sobie państwo wyposażone w liczne mechanizmy i pułapki prawne utrudniające funkcjonowanie następcom.
Już wiele miesięcy temu pisałem o tym na Salonie24, używając określenia „strategia spalonej ziemi”. Nie była to publicystyczna figura retoryczna, lecz opis zjawiska, którego liczne elementy obserwowaliśmy jeszcze przed wyborami w 2023 roku.
Przez osiem lat PiS systematycznie podporządkowywał sobie kolejne instytucje państwa. Trybunał Konstytucyjny utracił pozycję niezależnego arbitra. Krajowa Rada Sądownictwa została przebudowana w sposób budzący zasadnicze zastrzeżenia konstytucyjne. Media publiczne zostały przekształcone w narzędzie propagandy jednej partii. Spółki Skarbu Państwa coraz częściej pełniły funkcję zaplecza politycznego i kadrowego. Liczne stanowiska obsadzano przede wszystkim według kryterium lojalności wobec obozu władzy.
Tak. Tak. PiS zostawił nowej władzy zdemontowane państwo, w którym zdeptano polityczny obyczaj i tradycje polskiego parlamentaryzmu, - państwo, w którym umarło poczucie wstydu, a obywatele przestali reagować na dziejące się zło; - państwo, w którym Polak Polakowi stał się wilkiem; - państwo, w którym złodziejstwo przestało ludzi dziwić;- państwo, w którym nastało prawo dżungli. Kto silniejszy, ten lepszy. Cham chama chamem poganiał. Złodziej jechał na złodzieju. Wszystkie, nawet najpodlejsze chwyty były dozwolone. Byle tylko rządzić! Zagarnąć jak najwięcej stanowisk! Obsadzić przyczółki swoimi i usunąć niewygodnych, choćby byli genialnymi fachowcami!
To nie jest opis wymyślony przez publicystów. W swoich wyrokach oraz opiniach wielokrotnie zwracały na te zjawiska uwagę zarówno sądy krajowe, jak i instytucje europejskie.
Nie sposób także pominąć chaosu legislacyjnego. Tempo procedowania ustaw, nocne głosowania, ograniczanie konsultacji społecznych oraz częste nowelizacje prawa sprawiły, że system prawny stał się mniej stabilny i mniej przewidywalny. Był to problem dostrzegany nie tylko przez opozycję, lecz również przez organizacje prawnicze, przedsiębiorców oraz ekspertów zajmujących się jakością stanowienia prawa. Słowem PiS przez osiem lat rozmontowywał nasze państwo podług własnych korzyści.
Do tego dochodziły decyzje personalne podejmowane jeszcze pod koniec kadencji, wieloletnie kontrakty, nominacje oraz rozwiązania ustawowe, które utrudniały przyszłym rządom dokonywanie zmian. Trudno nie odnieść wrażenia, że część tych działań miała charakter zabezpieczenia politycznych wpływów na okres po ewentualnej utracie władzy. Tak. Tak. PiS powsadzał wszędzie swoich ludzi, którzy teraz robią dywersyjną robotę.
Dzisiaj ci sami politycy, którzy przez osiem lat tworzyli ten system, próbują przekonać obywateli, że cała odpowiedzialność za obecne trudności spoczywa wyłącznie na ich następcach.
To tak, jakby kierowca przez osiem lat jeździł samochodem bez wymiany oleju, zajechał silnik, uszkodził skrzynię biegów, a następnie przekazał pojazd następnemu kierowcy i po kilku miesiącach triumfalnie ogłosił, że skoro samochód nadal się psuje, to winny jest wyłącznie nowy właściciel.
Takie rozumowanie obraża inteligencję obywateli.
Nie oznacza to oczywiście, że obecny rząd jest wolny od błędów. Każda władza powinna podlegać krytyce, jeśli podejmuje nietrafne decyzje. Demokracja właśnie na tym polega. Jednak uczciwa ocena wymaga rozróżnienia pomiędzy skutkami decyzji podejmowanych przez osiem lat a odpowiedzialnością za działania podejmowane obecnie.
Polityczna pamięć jest jednym z fundamentów demokracji. Naród, który zapomina o źródłach swoich problemów, bardzo łatwo daje się uwieść tym samym ludziom, którzy wcześniej te problemy stworzyli.
Dlatego z niepokojem obserwuję coraz częściej powracającą próbę odwracania przyczyn i skutków. Im większe napięcia pojawiają się wewnątrz PiS, tym głośniej słyszymy opowieść, że wszystko zaczęło się dopiero po objęciu władzy przez Donalda Tuska. To klasyczny mechanizm przerzucania odpowiedzialności na następców.
Historia zna wiele podobnych przypadków.
Dlatego właśnie uważam, że pewnych faktów nie wolno pozostawiać wyłącznie archiwom. Trzeba je przypominać. Nie z chęci odwetu ani politycznej zemsty, lecz z troski o pamięć zbiorową i jakość polskiej demokracji.
Bo jeśli społeczeństwo zapomni, kto rozmontowywał instytucje państwa, kto doprowadził do głębokiej polaryzacji życia publicznego, kto podporządkowywał kolejne obszary państwa logice partyjnego interesu i kto pozostawił po sobie liczne konflikty ustrojowe, to prędzej czy później historia może zatoczyć koło.
Puenta
Polityka ma jedną cechę wspólną z medycyną. Nie można skutecznie leczyć chorego, jeśli wymaże się z dokumentacji historię jego choroby.
Dlatego fakty trzeba przypominać Polakom rano, wieczór, we dnie i w nocy. Nie po to, by podsycać nienawiść, lecz po to, aby pamięć nie przegrała z propagandą, a odpowiedzialność nie została zastąpiona wygodną dla polityków amnezją. Naród, który zapomina, kto zburzył fundamenty jego państwa, wcześniej czy później pozwala tym samym ludziom budować je po raz drugi – na równie kruchym fundamencie.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger)



Komentarze
Pokaż komentarze (5)