echo24 echo24
66
BLOG

Gadki, szmatki i formatki, czyli ostatnie podrygi żoliborskiego batiarygi

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 7
Ale obciach!

Polityka bywa teatrem. Czasem tragedią. Czasem farsą. A czasem przedstawieniem tak nieudolnym, że nawet autor scenariusza gubi się we własnych didaskaliach. Ostatni spektakl wystawiony na Nowogrodzkiej należy właśnie do tej trzeciej kategorii.

Jeszcze przed chwilą grzmiały zapowiedzi bezwzględnego rozprawienia się z buntownikami Mateusza Morawieckiego. Komentatorzy prześcigali się w przewidywaniach, ilu posłów polegnie pod mieczem partyjnej dyscypliny. Atmosfera była niczym przed egzekucją.

Aż tu nagle... kurtyna idzie w górę i okazuje się, że nie ma ani egzekucji, ani wyroku. Są za to... formatki.

Nie lojalność. Nie zdrada. Nie program. Nie wizja przyszłości partii. Nie polityka. Tylko formatki.

Jedni nie podpisali "lojalek". Drudzy podpisali je na niewłaściwych formularzach. W rezultacie wszyscy zostali elegancko przesunięci z półki "natychmiast wyrzucić" na półkę "odłożyć do rzecznika dyscyplinarnego". Mówiąc językiem szkolnym: sprawdzian został przełożony, bo zabrakło właściwego papieru.

Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.

Od lat słyszeliśmy bowiem o politycznym geniuszu Jarosława Kaczyńskiego. O szachmistrzu rozgrywającym przeciwników kilka ruchów naprzód. O strategu, który zawsze ma asa w rękawie.

Tymczasem ten rzekomy arcymistrz zamienił partię aspirującą do rządzenia czterdziestomilionowym państwem w urząd reklamacji druków kancelaryjnych.

Gdyby Fredro pisał dziś "Zemstę", zamiast sporu o mur mielibyśmy spór o formatkę.

Najbardziej uderza jednak nie sama decyzja, lecz jej pretensjonalny infantylizm. Oto wymyślono proceduralny wybieg mający stworzyć wrażenie, że nic się nie stało. Rozłamu nie ma. Buntu nie ma. Jest tylko... kwestia odpowiedniego formularza.

To już nie polityka.

To biurokratyczna komedia omyłek.

Przypomina to sytuację, w której kapitan tonącego statku zamiast ratować pasażerów sprawdza, czy wszyscy poprawnie wypełnili kartę pokładową.

I właśnie w tym miejscu przypomina mi się stare, mało dziś używane słowo: batiaryga.

Nie batiar.

Bo batiar – zwłaszcza w tradycji lwowskiej – był postacią niemal sympatyczną. Uliczny urwis, zawadiaka, figlarz, cwaniak z fantazją, który potrafił zrobić psikusa, ale kierował się własnym kodeksem honorowym. W jego psotach było więcej humoru niż złośliwości.

Natomiast batiaryga to już zupełnie inna historia.

To ktoś, kto zamiast fantazji wybiera intrygę. Zamiast dowcipu – matactwo. Zamiast otwartej walki – kombinowanie. Kłamca, mąciciel, awanturnik przekonany, że wszystkich przechytrzy, choć coraz częściej sam wpada we własne sidła.

Nie twierdzę oczywiście, że każde znaczenie tego słowa da się mechanicznie przenieść na konkretną osobę. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że sposób prowadzenia obecnej rozgrywki wewnątrz PiS wyjątkowo dobrze koresponduje z tą właśnie, bardziej ekspresyjną warstwą znaczeniową.

Bo czymże innym jest cała historia z "lojalkami", "formatkami" i rzecznikiem dyscyplinarnym, jeśli nie próbą kupienia czasu?

To klasyczne polityczne: „jeszcze chwilę”, „jeszcze procedura”, „jeszcze komisja”, „jeszcze analiza”.

A przecież wszyscy wiedzą, o co naprawdę chodzi.

Rozłam już nastąpił. Nie w papierach. W głowach. W ambicjach. W kalkulacjach. I przede wszystkim – w zaufaniu.

Procedury mogą odwlec formalny rozwód, ale nie potrafią odbudować małżeństwa, które od dawna istnieje już tylko na papierze.

Paradoks polega na tym, że największą ofiarą całej tej operacji może okazać się nie Mateusz Morawiecki, lecz sam mit politycznej niezwyciężoności Jarosława Kaczyńskiego.

Bo przez długie lata wielu wierzyło, że prezes PiS zawsze wie więcej, widzi dalej i planuje lepiej.

Dzisiaj zamiast arcymistrza widzimy starszego pana, który usiłuje zatrzymać rozpędzony pociąg, machając przed lokomotywą... źle wypełnioną formatką.

Historia bywa okrutna. Najpierw odbiera politykom władzę. Potem autorytet. A na końcu pozostawia już tylko gadki, szmatki... i formatki.

I właśnie dlatego coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że obserwujemy nie kolejny błysk politycznej maestrii, lecz ostatnie podrygi żoliborskiego batiarygi.

I tak, Jarosław Kaczyński, miast zbawcą narodu, okazał się socjotechnicznym cwaniaczkiem, kłamcą, mataczem i pospolitym batiarygą.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger)


Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka