Od pewnego czasu noszę się z zamiarem uzupełnienia mojej rozprawki o lemingu polskim, który – jak dowodziłem – przeszedł w III Rzeczypospolitej osobliwą ewolucję: od homo sapiens, przez homo telewiziens, aż po homo stadnensis – osobnika, który najpierw pyta, co ma myśleć, a następnie wybiera kanał, który mu to powie.
Muszę jednak zrewidować swoje wcześniejsze ustalenia.
Założyłem bowiem naiwnie, że rozwój społeczny, podobnie jak biologiczny, odbywa się do przodu.
Była to naiwność godna człowieka, który wierzy, że Karol Darwin kiedykolwiek zajrzał do polskiego internetu.
Po latach obserwacji doszedłem więc do wniosku, że nad Wisłą zaszło zjawisko, którego – o ile mi wiadomo – nie opisano dotąd w podręcznikach socjologii.
Nazwijmy je:
posierpniową inwolucją społeczeństwa polskiego.
Czyli ewolucją, ale na wspak. Od człowieka do plemienia
Początkowo wszystko wyglądało niewinnie.
Polak dostał wolność, demokrację, wolny rynek, paszport w szufladzie i kolorową telewizję. Potem pojawił się internet, a następnie media społecznościowe.
I wtedy nastąpił przełom.
Człowiekowi, który dotąd musiał samodzielnie myśleć, zaoferowano wygodniejszą usługę: gotową opinię.
Powstały więc dwa podstawowe podgatunki:
homo TVN-icus oraz homo Republika-nus.
Różnią się poglądami, lecz pod względem konstrukcji psychicznej są zadziwiająco podobne. Każdy jest święcie przekonany, że myśli samodzielnie.
Wystarczy powiedzieć:
– „PiS!”
i jeden organizm zaczyna produkować przeciwciała.
Wystarczy:
– „Tusk!”
i drugi dostaje drgawek.
Polska debata publiczna przypomina więc mecz piłkarski, tyle że bez piłki, sędziego i – co najważniejsze – bez konieczności znajomości zasad gry.
Wielki eksperyment
Pandemia była znakomitym doświadczeniem laboratoryjnym.
Nagle pojawiły się wojny o maseczki, szczepionki, lockdowny i wszystko, co akurat trafiło na ekran.
Potem przyszła wojna w Ukrainie, inflacja, kryzys energetyczny, wybory.
Każde z tych wydarzeń mogło być okazją do rozmowy o interesie państwa.
Zamiast tego często stawało się kolejnym odcinkiem serialu:
„Nasi kontra ich”.
Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji jesienią 2020 roku przez Polskę przetoczyły się masowe protesty. Spór był realny i fundamentalny. Ale obok rzeczowej debaty pojawiło się coś znacznie bardziej interesującego: traktowanie przeciwnika nie jako człowieka o innych poglądach, lecz jako wroga plemienia.
I oto mamy kolejny etap inwolucji:
najpierw człowiek ma poglądy,
potem poglądy mają człowieka,
a na końcu człowiek staje się poglądem.
Homo wyborczy
W 2023 roku Polacy tłumnie poszli do urn. Frekwencja była rekordowo wysoka.
Czyli – ktoś powie – gdzie tu inwolucja?
Właśnie tutaj.
Można bowiem uczestniczyć w demokracji i jednocześnie nie rozmawiać z człowiekiem o innych poglądach.
Można iść do urny z przekonaniem, że spełnia się obywatelski obowiązek, a przez następne cztery lata nie przeczytać programu, projektu ustawy ani jednego dokumentu źródłowego.
Można też uznać, że demokracja polega na tym, iż „nasi wygrywają”.
Jeżeli wygrywają „oni”, natychmiast zaczyna się poszukiwanie winnych: zmanipulowany naród, media, zagranica, układ, algorytmy – słowem, wszystko, tylko nie możliwość, że po prostu wygrał ktoś inny.
W 2025 roku mieliśmy kolejne wybory prezydenckie.
I znów zobaczyliśmy rzecz fascynującą: zdolność społeczeństwa do traktowania karty wyborczej jak dokumentu wojennego.
Nie chodzi już o to, co myśli sąsiad.
Chodzi o to, do którego plemienia należy.
Nowa definicja prawdy
Dawny człowiek pytał:
„Czy to prawda?”
Człowiek współczesny pyta:
„Kto to powiedział?”
Jeżeli „nasz” – prawda.
Jeżeli „ich” – kłamstwo.
I oto dokonaliśmy wielkiego odkrycia cywilizacyjnego:
prawda przestała być kategorią poznawczą, a stała się kategorią plemienną.
Ten sam fakt może być dla jednych dowodem patriotyzmu, dla drugich zdrady.
Ta sama osoba – dla jednych bohaterem, dla drugich symbolem wszelkiego zła.
Ta sama gazeta – dla jednych wolnymi mediami, dla drugich szczujnią.
A obie strony, rzecz jasna, są absolutnie przekonane o swojej niezależności.
Socjologia smartfona
Nie twierdzę, że wszyscy Polacy poddali się tej chorobie. Na szczęście istnieją ludzie, którzy czytają różne źródła, sprawdzają informacje, słuchają przeciwnika, a czasem – przypadek niemal kliniczny – zmieniają zdanie.
Ale technologia stworzyła nową sytuację.
Telefon daje człowiekowi dostęp do niemal całej wiedzy świata.
Człowiek zaś wykorzystuje go często po to, żeby przez trzy godziny oglądać filmik, w którym ktoś tłumaczy mu, dlaczego jego sąsiad jest idiotą.
Problemem nie jest więc brak informacji.
Problemem jest brak potrzeby jej sprawdzania.
Nie czyta się tekstu – czyta nagłówek.
Nie ogląda debaty – ogląda trzydziestosekundowy fragment.
Nie poznaje argumentu przeciwnika – poznaje jego mem.
Nie sprawdza faktu – sprawdza, co powiedział własny autorytet.
A potem z poczuciem intelektualnej wyższości oznajmia światu, że „oczywiste jest” coś, czego sam nigdy nie sprawdził.
Darwin może odetchnąć
Nie zamierzam poprawiać Darwina.
Ale polska rzeczywistość dostarcza materiału do rozważań nad ewolucją uwstecznioną.
Bo oto powstał osobnik doskonale przystosowany do środowiska, w którym:
nie trzeba czytać, żeby mieć opinię;
nie trzeba wiedzieć, żeby być ekspertem;
nie trzeba rozumieć, żeby komentować;
nie trzeba słuchać, żeby krzyczeć;
nie trzeba mieć argumentów, żeby mieć rację.
W ten sposób narodził się homo polonicus 2.0.
Jego naturalnym środowiskiem jest internet.
Pożywieniem – pasek informacyjny.
Organem orientacyjnym – algorytm.
Językiem – mem.
Odruchem – lajki.
A największym zagrożeniem:
samodzielna myśl.
Olbrzym i karzeł
I dlatego coraz lepiej rozumiem gorzką aktualność słów Norwida z 1862 roku:
„Jesteśmy żadnym społeczeństwem. Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym”.
Minęło ponad półtora wieku.
Zmieniły się granice, ustroje i technologie.
Mamy smartfony zamiast telegramów, internet zamiast gazet, media społecznościowe zamiast salonów literackich.
A pytanie Norwida pozostało.
Może bowiem naszym największym problemem nie jest brak patriotyzmu.
Może przeciwnie – zbyt łatwo zastępujemy patriotyzmem obywatelskie myślenie.
Łatwiej wzruszyć się biało-czerwoną flagą niż przeczytać projekt ustawy.
Łatwiej zaśpiewać hymn niż wysłuchać człowieka stojącego po drugiej stronie barykady.
Łatwiej krzyczeć „Polska!” niż zapytać:
jaką Polskę właściwie budujemy?
I tu kończy się moja całkowicie niepoważna rozprawa naukowa.
Nie twierdzę, że Polak przestał być narodem.
Wręcz przeciwnie.
Narodem jesteśmy aż za bardzo.
Problem w tym, że zbyt często brakuje nam społeczeństwa.
Mamy więc – jak pisał Norwid – olbrzyma w narodzie i karła w człowieku.
A jeżeli posierpniowa inwolucja będzie postępować dalej, pozostanie nam już tylko ostatnie stadium ewolucji:
homo sapiens – człowiek rozumny – który z dumą oznajmia, że jest człowiekiem rozumnym, ponieważ wszyscy inni są idiotami.
Minęło 164 lata.
I zaczynam się obawiać, że mój tekst nie jest już aktualizacją Norwida.
Jest po prostu kolejnym rozdziałem jego diagnozy.
Krzysztof Pasierbiewicz (emerytowany nauczyciel akademicki AGH i niezależny bloger )
Post Scriptum
Felieton już wisi na FB kilkanaście godzin i dodano zaledwie kilka banalnych komentarzy. O czym to świadczy? Ano o tym, że wciąż oczekujemy pochwał, a odrzucamy bodaj odrobinę krytyki - choćby była najżyczliwsza.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)