Są takie chwile, kiedy polityczna rzeczywistość sama pisze felieton. Wystarczy nie przeszkadzać i uważnie słuchać, co mówią ludzie, którzy nie zamierzają uczestniczyć w cudzym spektaklu propagandowym.
Oto Navanethem „Navi” Pillay, południowoafrykańska prawniczka, była Wysoka Komisarz ONZ do spraw Praw Człowieka i tegoroczna laureatka Pokojowej Nagrody Nobla. Kiedy usłyszała, że otrzymała to wyróżnienie, nie rzuciła się w objęcia kamer, nie zaczęła wygłaszać pompatycznych deklaracji i nie ogłosiła światu, że oto historia przyznała jej rację.
Przeciwnie. Z niedowierzaniem zapytała: „Mam nadzieję, że to nie jest żart”.
A kiedy powitano ją gromkimi brawami w Norymberdze, pozwoliła sobie na jeszcze bardziej pikantną uwagę:
„Jeśli jeszcze chwilę poklaszczecie, może podzielę się tą nagrodą z Trumpem”.
I w tym momencie zrobiło się naprawdę ciekawie.
Bo oto kobieta, która przez lata zajmowała się prawem międzynarodowym i prawami człowieka, zakpiła z Donalda Trumpa, nawiązując do groteskowego precedensu, jakim stało się przekazanie przez Marię Corinę Machado swojego medalu noblowskiego amerykańskiemu prezydentowi.
Pokojowy Nobel jako prezent dla politycznego mocarza? A dlaczego nie! W dzisiejszym świecie, w którym polityczny marketing coraz częściej zastępuje zasady, a pochlebstwo udaje dyplomację, wszystko jest przecież możliwe.
Pillay jednak nie zamierzała bezkrytycznie przyjmować nawet własnego wyróżnienia. Zażartowała, że jako prawniczka i sędzia musi jeszcze zweryfikować informację o przyznaniu jej nagrody.
Powiedziała też rzecz, która powinna zawstydzić niejednego zawodowego polityka: nie chce się otrzymywać nagrody, jeśli opinia publiczna nie zgadza się z tym, że człowiek na nią zasługuje.
Proszę Państwa, oto różnica między człowiekiem, który traktuje własny autorytet poważnie, a politykiem, który uważa, że wystarczy odpowiednio długo opowiadać o własnej wielkości, aby wszyscy zaczęli w nią wierzyć.
Ale prawdziwa awantura dopiero się zaczęła.
Izraelskie MSZ zareagowało na wybór Pillay z furią, zarzucając jej antysemityzm, szerzenie kłamstw i demonizowanie Izraela. Jej działalność w związku z oskarżeniami dotyczącymi wojny w Strefie Gazy uznano za skandaliczną. Dyplomacja izraelska przywołała nawet Josepha Goebbelsa.
To już nie jest zwykła polemika. To ciężka artyleria propagandowa, której zadaniem jest nie tylko zakwestionowanie wiarygodności laureatki, lecz także moralne zdyskredytowanie jej jeszcze przed rozpoczęciem poważnej dyskusji o meritum.
Oczywiście, oskarżenia o antysemityzm należy traktować poważnie. Tak samo poważnie trzeba jednak traktować zarzuty dotyczące naruszania prawa międzynarodowego przez państwa i ich przywódców. Jedno nie wyklucza drugiego, a krytyka polityki rządu Izraela nie jest automatycznie antysemityzmem.
Nie wolno również zapominać o zbrodniach Hamasu, o zamordowanych izraelskich cywilach i zakładnikach porwanych 7 października 2023 roku. Potępienie tych zbrodni nie daje jednak żadnemu państwu bezwarunkowego immunitetu od oceny jego własnych działań.
I właśnie dlatego sprawa Pillay jest tak niewygodna dla wszystkich, którzy chcieliby, aby międzynarodowe prawo działało wybiórczo: bezwzględnie wobec przeciwników, a z pobłażliwością wobec sojuszników.
Nie przesądzam, że każda ocena przedstawiona przez komisję ONZ jest niepodważalna. Nie twierdzę też, że przyznanie Nobla automatycznie czyni laureatkę nieomylną. Twierdzę natomiast, że zamiast odpowiadać na zarzuty argumentami i dowodami, nie należy zastępować dyskusji inwektywami.
I tutaj dochodzimy do sprawy, która interesuje mnie szczególnie jako Polaka.
Co na to Donald Trump? A co na to Benjamin Netanjahu?
Nie twierdzę, że istnieje jakiś formalny tandem Tump–Netanjahu ani że obaj politycy uzgodnili stanowisko w sprawie Pillay. Tytułowy tandem jest figurą publicystyczną: chodzi mi o polityczną skłonność do traktowania własnych racji jako moralnie uprzywilejowanych i oczekiwania, że inni przyjmą je bez zadawania kłopotliwych pytań.
A przecież ja już kiedyś ostrzegałem przed podobnymi złudzeniami.
W moim felietonie „Nie ze mną takie numery, Donald ” – vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/979715,nie-ze-mna-takie-numery-donald zakpiłem z tego, jak łatwo ulec czarowi wielkich słów amerykańskiego prezydenta, a jak trudno później pogodzić te słowa z polityczną rzeczywistością.
Przypominałem wówczas historyczne przemówienie Trumpa w Warszawie z 6 lipca 2017 roku. Kiedy nawiązał do słów Jana Pawła II: „Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”, a potem przywołał pieśń „My chcemy Boga”, przyznałem bez ogródek:
„Myślałem, że mi serce ze wzruszenia pęknie”.
Nie wstydzę się tamtego wzruszenia. Wstydzić powinien się człowiek, który po latach nie potrafi przyznać, że dał się uwieść politycznemu przedstawieniu.
A ja potrafiłem.
Dlatego napisałem później:
„Jak życie później pokazało, wiele wskazuje na to, że się wtedy dałem Trumpowi nabić w butelkę”.
I jeszcze mocniej:
„Nie byłbym sobą, gdybym nie przypomniał, co wydarzyło się od tamtego czasu”.
Przypomniałem o ustawieniu do pionu władz polskich przez Kongres Stanów Zjednoczonych w sprawie ustawy o IPN, o podpisaniu przez Trumpa amerykańskiej ustawie 447, o sposobie, w jaki prezentowano relacje polsko-amerykańskie, i o słynnych żółtych fotelach w Białym Domu. Pytałem, ile naprawdę warte są deklaracje o szczególnym partnerstwie, kiedy w grę wchodzą twarde interesy.
Moja puenta była bezlitosna dla własnej wcześniejszej naiwności:
„Ja drugi raz już się tak łatwo nie dam wziąć pod bajer”.
Dlaczego o tym przypominam właśnie teraz?
Bo mechanizm jest podobny. Najpierw wielkie słowa, potem polityczne emocje, a na końcu próba przekonania opinii publicznej, że krytyczne pytania są niestosowne, niewygodne albo wręcz niedopuszczalne.
W przypadku Trumpa przekonałem się, że piękne przemówienie nie jest gwarancją pięknej polityki. W przypadku sporu wokół Pillay warto pamiętać, że ani powaga państwa, ani dramatyczna historia narodu, ani moralna pewność jego przywódców nie zwalniają nikogo z obowiązku rozliczania konkretnych czynów.
I dlatego zastanawiam się, jak zachowają się ci wszyscy politycy, którzy tak chętnie posługują się wielkimi słowami o praworządności, prawach człowieka i międzynarodowej solidarności.
Czy będą gotowi bronić tych zasad także wtedy, kiedy okażą się one niewygodne dla ich politycznych sympatii?
Czy też znów usłyszymy, że prawo międzynarodowe jest święte, ale tylko wtedy, gdy oskarżonym jest przeciwnik?
Nie przesądzam, jakie stanowisko zajmie Donald Trump. Nie przypisuję mu również poglądów, których nie wyraził. Pytam jednak, czy polska polityka zagraniczna potrafi zachować niezależność osądu, kiedy w grę wchodzą interesy silnych państw i osobiste relacje przywódców.
Bo jeżeli nie potrafi, to cała nasza opowieść o zasadach staje się dekoracją.
A teraz wróćmy do Navi Pillay.
Jej słowa „Mam nadzieję, że to nie jest żart” można potraktować jako żartobliwą reakcję zaskoczonej kobiety. Ja widzę w nich również przypomnienie, że nawet najwyższe międzynarodowe wyróżnienie nie powinno zwalniać nikogo z krytycznego myślenia.
Podobnie jej uwaga o Trumpie pokazuje, że z ceremoniału politycznego można czasem wyciągnąć powietrze jednym zdaniem.
Nie wiem, czy Pillay chciała w ten sposób zadrwić z całej politycznej klasy. Nie zamierzam wkładać jej w usta intencji, których nie znam.
Wiem natomiast, że jej reakcja przypomniała mi własną lekcję sprzed lat: nie należy mylić pięknych słów z prawdziwymi intencjami, a politycznego teatru z rzeczywistością.
I właśnie dlatego dedykuję ten felieton wszystkim, którzy w polityce szukają nie prawdy, lecz potwierdzenia własnych uprzedzeń.
Bo ja, proszę Państwa, choć jestem już człowiekiem wiekowym, nadal wolę niewygodne pytanie od wygodnego kłamstwa.
A jeśli ktoś uważa, że samo powołanie się na wielką sprawę, wielki naród czy wielkiego przywódcę kończy dyskusję, niech sobie przypomni słowa Norwida, które przytoczyłem w zakończeniu mojego dawnego felietonu:
„Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł”.
Norwid pisał o polskiej skłonności do stawiania narodowych uczuć ponad zwykłymi obowiązkami człowieka. Ale jego przestroga ma wymiar znacznie szerszy. Każda wspólnota może uwierzyć, że jej własna wielkość usprawiedliwia wszystko. Każda władza może uznać, że jej racje są ważniejsze od zasad, które sama głosi.
Dlatego na koniec powiem krótko.
Panie Netanjahu, Panie Trump — mniej moralizowania, więcej odpowiedzialności. Mniej świętego oburzenia, więcej odpowiedzi na niewygodne pytania.
Bo z prawami człowieka jest trochę tak jak z uczciwością: nie sprawdza się ich wtedy, kiedy bronią naszych przyjaciół, lecz wtedy, kiedy stają się kłopotliwe dla naszych sojuszników.
A co do mnie, pozostaję przy starej zasadzie:
Nie ze mną takie numery. Ani z amerykańskim Donaldem, ani z izraelskim Benjaminem, ani z żadnym politykiem, który uważa, że wystarczy głośno krzyczeć o własnej racji, aby przestać odpowiadać na pytania.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)