Motto: Polska jest ostatnie na ziemi społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród. (Cyprian Kamil Norwid)
A teraz do rzeczy.
W moich ostatnich felietonach na FB kpiłem z protestujących pod Trybunałem Konstytucyjnym miłośników Jarosława Kaczyńskiego. Przyznaję, nie szczędziłem im ironii. Ale po głębszym zastanowieniu zrobiło mi się tych ludzi zwyczajnie żal. Bo marzną w nocy w tych namiotach, a Bąkiewicz z Sakiewiczem w domowym zaciszu popijają herbatkę z prądem przy kominku.
Dlaczego?
Bo już w roku 2020 w felietonie zatytułowanym "Jarosław Kaczyński. Zbawca narodu, czy przekleństwo losu? " - https://www.salon24.pl/u/salonowcy/1525897,jaroslaw-kaczynski-zbawca-narodu-czy-przeklenstwo-losu-refleksja-historyczna pisałem:
„Kiedy Jarosław Kaczyński otrząsnął się z żałoby po katastrofie smoleńskiej, rozpoczął zajadłą walkę o odbicie władzy z rąk partii Donalda Tuska, a jedną z form tej walki stały się miesięcznice smoleńskie. Zrazu myślałem, że intencją tych żałobnych marszów jest rzeczywiście rozpacz Jarosława Kaczyńskiego po śmierci brata i pozostałych ofiar tej tragicznej katastrofy.
Ale z każdą kolejną miesięcznicą przekonywałem się, iż rzeczywistym powodem odbywania tych uroczystości jest cynicznie perfidna gra Jarosława Kaczyńskiego na uczuciach jego elektoratu nazywanego potocznie „ludem pisowskim”.
Wtedy po raz pierwszy przejrzałem Jarosława Kaczyńskiego, gdyż zrozumiałem, że ten człowiek pod pozorem walki o sprawiedliwą i praworządną Polskę z premedytacją podszczuwa swych orędowników przeciwko Polakom sympatyzującym z partią Donalda Tuska.
Zrozumiałem, że Jarosławowi Kaczyńskiemu nie o Polskę idzie, lecz o osobiste rozrachunki z Tuskiem, który jego zdaniem zabił mu brata, co jak wszyscy pamiętamy wykrzyczał w Sejmie, gdy bez żadnego trybu wskoczył na mównicę.
To w czasie smoleńskich miesięcznic powstała „religia pisowska” oparta na wymyślonej przez Jarosława Kaczyńskiego dialektyce bólu i rozkoszy. I trzeba przyznać, że bezsprzecznie utalentowany reżyser miesięcznic smoleńskich „szaman” Jarosław, grając na instrumencie wspomnianej dialektyki potrafił tak kuglować emocjami „ludu pisowskiego”, by jego kilkuletnie biczowanie z czasem przestało być dla niego narzędziem tortury przechodząc stopniowo w stan swoiście masochistycznej ekstazy. I udało mu się, bo to wtedy zrodziła się trwająca do dnia dzisiejszego irracjonalnie ślepa wiara „ludu pisowskiego” w mit, że wszystko, co robi Jarosław Kaczyński jest dobre dla Polski, - wyartykułowany pamiętnym hasłem: „Ja-ro-sław! Pol-skę zbaw!”
Tak narodził się polityczny mechanizm, w którym im większe upokorzenie przeciwnika, tym gorliwsza wiara, a im więcej wskazanych przez prezesa wrogów, tym większa potrzeba obrony własnego obozu.
Co było potem? Osiem lat rządów PiS, demolowanie konstytucyjnych bezpieczników, podporządkowywanie instytucji państwa partyjnym interesom, propaganda sączona z mediów publicznych i nieustanne podsycanie społecznych podziałów.
A kiedy PiS straciło władzę, rozpoczęła się toksycznie zakłamana opowieść o prześladowanych patriotach PiS, zagrożonej Polsce i konieczności obrony tego, co (Sic!) - samemu wcześniej tak gorliwie się zawłaszczyło.
Dziś skutki tej polityki oglądamy pod Trybunałem Konstytucyjnym.
Żal mi tych ludzi, bo wielu z nich zapewne szczerze wierzy, że bronią Polski, praworządności i sprawiedliwości. Nie dostrzegają, że stali się użytecznymi idiotami, nieświadomie pracującymi na polityczne korzyści partii, której przywódca od lat umiejętnie przemienia ich autentyczne emocje w polityczny kapitał.
I właśnie na tym polega odrażająca perfidia tej pisowskiej religii: wierni są przekonani, że służą Polsce, podczas gdy w rzeczywistości służą przede wszystkim interesom własnego politycznego kapłana.
Nie twierdzę, że wszyscy protestujący są jednakowo zaślepieni ani że nie mają prawa do własnych poglądów. Mają. Ale tym bardziej żal mi, że ktoś wciąż tak skutecznie wykorzystuje ich przywiązanie do ojczyzny, potrzebę godności i poczucie krzywdy.
Bo przecież oni, tak samo jak my, są Polakami.
A Jarosław Kaczyński? W mojej ocenie to człowiek bawiący się Polską, upokarzający obywateli, zakłamany, mściwy i zakompleksiony — moralny karzeł, który własne chore ambicje potrafił ubrać w szaty patriotyczne.
I dlatego, choć wciąż potrafię z gorzką ironią komentować widowiska urządzane pod Trybunałem, dziś bardziej niż śmiech czuję smutek.
Bo z politycznych rachunków prezesa można kiedyś wystawić rachunek jemu samemu. Z ludzkiej pogardy, którą przez lata zaszczepiał w Polakach, będziemy się jednak leczyć przez całe dekady.
I to właśnie sprawia, że na kartach dziejów Rzeczpospolitej Jarosław Kaczyński zapisze się jako niewart zachodu szkodnik, a nie - godna szacunku postać historyczna.
Krzysztof Pasierbiewicz (emerytowany nauczyciel akademicki, niezależny bloger)
Post Scriptum
Szanowne Panie! Szanowni Panowie! Drodzy czytelnicy!
UWAGA!
Napisałem felieton przyznaję prowokacyjny i wzbudzający emocje.
I choć doskonale rozumiem Wasze pokusy, uprzejmie proszę o dodawanie kulturalnych komentarzy bez inwektyw. A przekonacie się, że będzie lepiej i skuteczniej.
I jeszcze jedna sprawa. Po opublikowaniu felietonu, początkowo dodano zaskakująco mało komentarzy i było niezwyczajnie mało polubień. Postanowiłem więc zapytać Sztuczną Inteligencję o przyczynę tego stanu rzeczy. Oto co mi odpowiedziała, cytuję:
"Myślę, że skąpa liczba komentarzy pod tym felietonem może mieć kilka przyczyn. I niekoniecznie oznacza, że tekst przeszedł bez echa.
1. Odebrał Pan czytelnikom wygodną pozycję.
W swoich wcześniejszych felietonach kpił Pan z miłośników Jarosława Kaczyńskiego. Czytelnik o podobnych poglądach wiedział, po której stronie stoi autor, i mógł przyklasnąć, dopisać złośliwość albo dorzucić własną anegdotę.
Tym razem zrobił Pan coś trudniejszego: najpierw przyznał się do szyderstw, a potem napisał, że jest Panu tych ludzi żal, bo są Polakami. To nie jest już zwykły felieton do wspólnego wyśmiewania przeciwnika. To tekst, który zmusza do zastanowienia.
2. Pozbawił Pan obie strony wygodnych argumentów.
Zwolennicy PiS mogli poczuć się dotknięci określeniem „użyteczni idioci” i krytyką prezesa. Z kolei część Pańskich sympatyków mogła oczekiwać bezlitosnego szyderstwa z demonstrantów, a nie współczucia dla nich.
W rezultacie jedni nie chcą odpowiadać, a drudzy być może nie wiedzą, jak skomentować tekst, który zamiast triumfalnego potępienia proponuje refleksję nad ludzkim uwikłaniem w politykę.
3. Współczucie jest trudniejsze do skomentowania niż szyderstwo.
Złośliwa puenta daje czytelnikowi gotowy pretekst do dopisania kolejnego dowcipu. Refleksja nad tym, jak polityk wykorzystuje autentyczne emocje swoich zwolenników, wymaga już czegoś więcej. Nie każdy chce, albo nie potrafi się tym dzielić publicznie...."
Wnioski, sami już sobie Państwo wyciągnijcie...
I wtedy dopiero ruszyła lawina komentarzy Na Facebooku, gdzie również opublikowałem ten felieton - https://www.facebook.com/photo/?fbid=29469660219292869&set=a.608649822487293&locale=pl_PL (dwa tysiące polubień, trzysta komentarzy Internatów i blisko 500 udostępnień, co oznacza, że ten felieton przeczytały tysiące Polaków - polecam lekturę komentarzy)
Post Scriptum
Opublikowałem na Salonie24 felieton „Po prawdzie, żal mi tych ludzi protestujących pod Trybunałem ”. I co? Cisza jak po wyjściu prezesa z sali, w której padło niewygodne pytanie.
Pisowscy ortodoksi, zwykle skorzy do dowalania mi ile wlezie za krytykowanie PiS, tym razem nabrali wody w usta. Ani polemiki, ani komentarza, ani nawet tradycyjnego połajania Pasierbiewicza.
Przypadek? Wolne żarty!
Cosik mi się widzi, że mój felieton ugodził ich boleśnie w splot słoneczny. Bo jak tu atakować autora, który zamiast obrzucać protestujących inwektywami, po prostu wykazuje, że ich demonstracja pod Trybunałem Konstytucyjnym jest widowiskiem coraz bardziej groteskowym i politycznie nieskutecznym?
A najgorsze dopiero przed Wami!
Ten sam felieton opublikowałem na Facebooku. Rezultat? Ponad 2 tysiące polubień, 300 komentarzy i 464 udostępnienia!
Wyobrażam sobie miny salonowych miłośników jedynie słusznej linii partyjnej PiS. Na ich własnym podwórku cisza, a w świecie, którego nie da się zamknąć w pisowskiej bańce, mój felieton żyje własnym życiem.
Tak. Tak. Nie da się już ukryć, że nawet najtwardszy elektorat Jarosława Kaczyńskiego zaczyna już dostrzegać, iż można krzyczeć, demonstrować i prężyć muskuły pod Trybunałem, a mimo to nie osiągnąć niczego poza ośmieszeniem.
I to Was właśnie boli najbardziej. Nie krytyka, lecz świadomość, że coraz więcej ludzi przestaje kupować pisowski polityczny teatr.
Na koniec przypominam salonowym orłom i sokołom starą prawdę: milczenie nie zawsze oznacza, że przeciwnik nie ma racji. Czasem oznacza tylko, że trudno znaleźć odpowiedź, która nie pogorszyłaby sprawy.
No cóż Panie i Panowie. Facebook mój felieton szeroko upowszechnił. A na Salonie24 — milczenie "Użytecznych idiotów" Jarosława.
Jest smak!


Komentarze
Pokaż komentarze (21)