Media donoszą, że podczas Krynica Forum 2026 Jarosław Kaczyński przedstawił wizję radykalnej przebudowy Unii Europejskiej. Prezes PiS chce zlikwidować Komisję Europejską, zastąpić Parlament Europejski zgromadzeniem delegatów parlamentów narodowych, a w razie niepowodzenia reform zagrozić uruchomieniem procedury wystąpienia z Unii.
Słowem, panu prezesowi powiało pod narty i postanowił wziąć Europę za twarz.
I tu, nie ukrywam, przypomniał mi się mój wcześniejszy felieton o internetowej cofce prezesa PiS, w którym napisałem, że nad tym, co młodzi ludzie załatwiają kilkunastoma kliknięciami, Jarosław Kaczyński musiałby ślęczeć całymi dniami.
Bo rzecz nie tylko w technologii. Znacznie trudniej nadrobić zapóźnienia mentalne, zwłaszcza gdy ktoś przez dziesiątki lat porusza się po świecie według tych samych schematów, a rzeczywistość zdążyła w tym czasie kilkakrotnie zmienić dekoracje.
Jak powszechnie wiadomo, pan prezes nie słynie z miłości do podróży zagranicznych, szczególnie na Zachód. O ile pamiętam, był kiedyś w Austrii, ale mu się nie podobało. Trudno zatem oczekiwać, by po takim doświadczeniu nabrał nagle nieodpartej chęci na bliższe poznawanie europejskich mechanizmów politycznych. Zresztą, po co je poznawać, skoro można je zlikwidować?
I właśnie w tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy.
Bo nasz kochany Prezes codziennie, od lat chodzi lub jeździ do Sejmu tą samą drogą, a w Sejmie, w tym samym od niepamiętnych czasów rytmie, każdy jego dzień jest niezmiennie taki sam – natomiast świat bezlitośnie ucieka do przodu, zaś Panu Prezesowi z każdym rokiem większą trudność sprawia wciśnięcie guzika od windy. Zaś o świecie wie mniej więcej tyle, ile zdoła z balkonu swej willi zobaczyć.
I oto człowiek, który – jak pisałem – ma coraz większy problem z nadążaniem za cywilizacyjną codziennością, postanawia teraz zreformować Unię Europejską.
Nie jakąś tam windę, nie internetowe konto, nie rozkład dnia w Sejmie, lecz całą Unię!
Przyznacie Państwo, że jest w tym coś z rozmachu godnego monarchów, którzy z wysokości własnego tronu postanawiali przebudować świat, niekoniecznie wiedząc, co się dzieje za murami pałacu.
Pan prezes chce naciskać Unię. Proponuje twardą metodę dyplomatyczną: nowy traktat, ultimatum, a w ostateczności procedurę wyjścia.
Lecz w tym sęk, że w polityce europejskiej nie wystarczy nacisnąć odpowiedni guzik. Trzeba jeszcze wiedzieć, do czego ten guzik służy, kto go zamontował i co się stanie, kiedy się go naciśnie.
A z tym, jak wiadomo, bywa różnie.
Bo jeśli ktoś przez lata nie potrafił nadążyć za windą, to może nie powinien od razu próbować zatrzymywać całej Europy.
Zwłaszcza że Unia, w przeciwieństwie do sejmowej windy, nie ma przycisku „parter” dla polityków, którzy pomylili własne przyzwyczajenia z kierunkiem rozwoju cywilizacji.
I tylko nie mówcie, że znów jątrzę.
Krzysztof Pasierbiewicz (emerytowany nauczyciel akademicki, niezależny bloger)
Post Scriptum
Uprzejmie proszę o dodawanie szarmanckich komentarzy i nieużywanie w komentarzach inwektyw, a przekonacie się Państwo, że tak będzie lepiej i skuteczniej.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)