196 obserwujących
2503 notki
5632k odsłony
  2439   0

"Dziś prawdziwych profesorów już nie ma"

 

 

Wielokrotnie już pisałem dlaczego rozmyślnie, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku zdecydowałem po doktoracie, że nie chcę zostać profesorem. 

Mój promotor mi wtedy mówił, że to błędna decyzja.

Lecz, gdy patrzę teraz z perspektywy czasu, chłodnym okiem na dokonania „profesorów”: Bartoszewskiego, Niesiołowskiego, Nałęcza, Markowskiego, Kuźniara, Krzemińskiego, Czapińskiego, Śpiewaka, et consortes, ale bądźmy sprawiedliwi, również "blefującego" profesora Rońdy wiem, że dokonałem właściwego wyboru. 

Krzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)   

 

Post Scriptum,
A teraz zacytuję Państwu w całości moją mowę pożegnalną, jaką wygłosiłem odchodząc po trzydziestu siedmiu latach z Uczelni:

"Kochani!
Wigilia za pasem, więc w tym świątecznym czasie, na odchodnym, chciałbym się z Wami podzielić paroma refleksjami, z mojej blisko pięćdziesięcioletniej przygody, z naszym Zakładem, Wydziałem, i Uczelnią.
Wszystko się zaczęło w roku 1962-gim, kiedy na egzaminie wstępnym z bożą pomocą przeszedłem przez matmę i zostałem przyjęty na pierwszy rok, moich przeuroczych studiów.
Jako pierwsze, zapadły mi w pamięć, bezsprzecznie najważniejsze ćwiczenia z geologii ogólnej, z kochaną i nie odżałowaną śp. Hanką Ostrowicką, pięknie mówiącą po polsku szlachcianką, która swoim nieodpartym wdziękiem, a także zaraźliwym umiłowaniem skał i minerałów zdołała mnie przekonać, żebym jednak został na tych studiach.
Tutaj muszę wspomnieć, już wtenczas Europejczyka, śp. profesora Henryka Świdzińskiego, jak napisałem w jednej z moich książek: „ostatniego przedwojennego pana profesora na mojej uczelni, który oprócz geologii, uczył mnie także jak nosić tweedowe marynarki, a także jak do nich dobierać koszulę i krawat”.
Z pierwszego roku studiów wspomnę również, co was pewno zdziwi, pewnego niefarbowanego komunistę, ówczesnego sekretarza partii na naszym wydziale, herbowego barona Miśka Rokossowskiego, który jako opiekun naszej grupy otoczył mnie troskliwą opieką, gdy mi na praktyce robotniczej kopalniany kombajn zmasakrował stopę. Należy też wspomnieć, że choć bardzo zabiegał, bym wstąpił do partii, potrafił uszanować moje stanowisko, kiedy dostał ode mnie stanowczą rekuzę.
Z tego okresu zapadł mi także w pamięci profesor Reubenbauer, który na wykładach z geometrii wykreślnej nauczył mnie widzieć przestrzeń, bez czego moja wyobraźnia nie nabrałaby nigdy głębszego wymiaru.
Traumatycznym przeżyciem była dla mnie niezapomniana postać pułkownika Winka, który mnie usiłował nauczyć, jak mam przy pomocy armaty obronić ojczyznę przed piątą kolumną Stanów Zjednoczonych.
Potem przyszła praktyka w Krościenku, cudowna, romantyczna przygoda, mimo piętrowych łóżek, porannego mycia w lodowatym potoku i kilometrowych przejść pomiędzy punktami, bo o autokarach, jeszcze się wtedy nawet nikomu nie śniło. Tam się zawiązywały nasze studenckie przyjaźnie, a niektórych właśnie tam, na całe życie, połączyła miłość.
A miałem szczęście trafić do grupy niezwykłej, z której, mimo, że dawaliśmy straszliwego czadu, aż o tym napisała prasa, zostali na uczelni: Tadek Leśniak, Rysiu Kulma, Jacek Rajchel, Marek Muszyński, Staszek Majewski, Tola i Wojtek Góreccy, Staszek Rychlicki, Dyziu Twardowski, Józek Stolecki, Andrzej Skwirczyński, Jasiu Gyurtschak, Andrzej Szybist i Krzysiek Jakubczak.
Nie mogę oczywiście nie wspomnieć, owianej legendą magister Eleonory Woźniak, u której z powodu, jak to określała: „haniebnej opalenizny nie godnej studenta”, zaliczyłem ostatecznie matmę za szesnastym razem. Do historii też przeszło, jak ta udręczona belferka rwała włosy z głowy, gdyż regularnie, tuż przed zajęciami, blokował się zamek sali ćwiczeniowej. Nie muszę chyba wyjaśniać, za czyją przyczyną.
Następnym kamieniem milowym była praktyka kartograficzna w Woli Jasienickiej. Oj twarda to była szkoła! Tam, bowiem przyszło mi się nadziać na dwóch świeżo upieczonych doktorów, pełnokrwistych terenowców, a także, niebezpiecznie nawiedzonych geologów. Pierwszy nazywał się Jucha, a drugi Kotlarczyk. Tych dwu dżentelmenów nie dość, że sprawdzało w środku nocy czystość na kwaterach, to jeszcze do tego, przeczołgało mnie na czworaka po wszystkich okolicznych ściekach i potokach, od ujścia do źródeł. A jednak, czego do dzisiaj nie umiem zrozumieć, ci dwaj zapaleńcy skutecznie mnie zarazili pasją naukową.
Wybrałem sekcję hydrogeologii, gdzie swoją arcybogatą wiedzę przekazywały mi takie sławy, jak profesorowie Wilk, Krajewski i Kleczkowski, a ich wychowanek, ówczesny doktor Nieć, geolog natchniony naukową pasją, jako promotor mojej pracy magisterskiej dał mi niebywały wycisk, ale wyszedł z tego całkiem niezły dyplom.
No i zacząłem pracę na uczelni.
Pierwsze lata kojarzą mi się nieodparcie z praktykami w Krościenku, w kultowym, uczelnianym domu pracy twórczej „Granit”, gdzie królowała sławetna pani Lucynka, a czerstwe góralki podawały w wazach boskie zupy, zatrzepane prawdziwą śmietaną, że aż łyżka stała. A na deser, panie kucharki wyczarowywały rozpływające się w ustach szarlotki, rożki z francuskiego ciasta, i coś, czego do śmierci nie zapomnę, wyborne gruszki w waniliowym kremie skropione wiśniowym sokiem. W jadalni pachniało cynamonem i rodzinnym domem.
Pienin uczyłem się od ówczesnego docenta Aleksandrowicza, doktor Ostrowickiej, a także magistrów: Chrząstowskiego, Węcławika i Bogacza. Ależ to byli dydaktycy! Ile mieli pasji! Ile im się chciało!
Tam, niezatarte wrażenie wywarła na mnie osobowość wspomnianego profesora Aleksandrowicza, naukowca prawdziwego, bezsprzecznego guru wąskiej czołówki geologicznych salonów, nie mającego sobie równych oratora, koryfeusza kąśliwego dowcipu, bawiącego się życiem i ludźmi, nieprzeciętnie inteligentnego prześmiewcy. Nigdy nie zapomnę, jak przychodził do nas do pokoju, gdzie razem z Wieśkiem Bilanem, Jackiem Rajchlem, Andrzejem Krawczykiem, młodziutkim Tadkiem Słomką, i Edem Głuchowskim, graliśmy wieczorami w kości. Pamiętam, jak dzisiaj, nasze ówczesne Polaków rozmowy, zażarte spory naukowe, czasem nawet kłótnie, na tematy zawodowe, lecz również problemy hierarchii wartości i reguł życiowych. Ileż w tym było żaru, arcyciekawych dysput, polemik, debat, wymiany stanowisk. Mówiło się o polityce, o modnych wtenczas pisarzach, o teatrze, o światowym kinie, o muzyce... długo by można wymieniać. A wszystko przy winie patykiem pisanym, a od święta przy flaszeczce czystej i koreczkach z żółtego sera, posypanych mieloną papryką. Przy okazjach specjalnych, Jacek Rajchel jeździł na motorze do Łącka skąd przywoził w kanistrze płynne słońce galicyjskich sadów, albo, jak kto woli, palącą się od zapałki, pachnącą Karpatami śliwowicę. Że też nasze wątroby to wytrzymywały. A do tego jeszcze tony papierosów.
Boże! Jakież silne, bliskie i serdeczne były wtenczas więzi między nami. Czuliśmy się jak w rodzinie. I wszyscy byli szczęśliwi, choć nie było tlenu. Ot, przewrotny paradoks okresu komuny.
Myślę, że wraz z zakończeniem krościenkowskich praktyk zamknął się na zawsze najpiękniejszy i najbardziej twórczy rozdział historii Zakładu. A szkoda, bo Granit łączył ludzi, a brak ludzkiej więzi i wymiany myśli spowalnia autentyczny postęp.

Nigdy też nie zapomnę mojej pierwszej publikacji, z czym się wiąże nazwisko profesora Birkenmajera, który mi wspaniałomyślnie udzielił wielu nieocenionych wskazówek.
Potem nadeszła pora doktoratu. Tu muszę powiedzieć kilka słów nagiej prawdy o pewnym geologu kultowym, moim promotorze i wieloletnim szefie, panu profesorze Kotlarczyku.
Kiedy się znalazłem na tak zwanym życiowym zakręcie, ów przebiegły strateg z premedytacją wykorzystał moment, kiedy złamane serce odebrało mi resztki zdrowego rozsądku i wpuścił mnie w temat, którego mógł się podjąć jedynie desperat. Ten szczwany lis, który dla nauki gotów zrobić wszystko zaraził mnie wtedy podstępnie karkołomną ideą zaprojektowania od podstaw, zbudowania i uruchomienia starego Laboratorium Sedymentologicznego. I udało mu się. Laboratorium powstało, mimo, że uniwersyteccy mędrcy z Oleandrów stukali się w czoło.
Zaczął się okres mojej katorżniczej pracy w zagrzybionym lochu bez światła i tlenu, w warunkach grożących w każdej chwili katastrofą, gdyż kable elektryczne szły po wiecznie mokrych murach, a do ogrzewania służyła szamotowa cegła, owinięta podłączonym do kontaktu gołym drutem.
Temat doktoratu wymagał nie tylko zbudowania od podstaw prototypowego koryta rzecznego, co w tamtych warunkach graniczyło z cudem, to jeszcze do tego, musiałem przeprowadzić dziesiątki mozolnych doświadczeń. W potwornym zaduchu, przy bezustannym warkocie silnika i brzęku wibrującej pompy, siedziałem w tej piwnicznej izbie dniami i nocami przez całe tygodnie, bo owych heroicznych badań dokonywałem w warunkach ciągłego przepływu, co znaczyło tyle, że rozpoczętych doświadczeń nie można było przerwać przez wiele dób z rzędu. Całymi miesiącami, żeby pobrać próby i zrobić pomiary przychodziłem na uczelnię po kilka razy w ciągu jednej nocy, a portier nie ukrywał, że mnie ma za mocno stukniętego palanta, co to pracuje za darmo po nocach.
Byłbym nieuczciwy, gdybym tu nie wspomniał nieocenionej roli Jasia Kępińskiego. Ta „złota rączka” umiała dociąć szybkę, przepiłować rurkę, założyć uszczelkę... można by długo wymieniać.
No i jeszcze jedna ciekawostka. Obliczyliśmy z Jasiem, żeśmy w czasie badań przesiali, a potem własnoręcznie przenieśli we wiadrach kilkadziesiąt ton piasku.
Tak to wtedy było! Aż się nie chce wierzyć! I do dzisiaj myślę z rozbawieniem, co by powiedzieli Amerykanie, którzy opublikowali u siebie wyniki tej pionierskiej pracy, gdyby mogli zobaczyć, w jakich warunkach to wszystko powstało.
Chciałbym także wspomnieć, że w finalnej fazie obróbki wyników bardzo mi pomógł Andrzej Krawczyk, za co mu raz jeszcze serdecznie dziękuję. Och byłbym zapomniał. W wykonywaniu badań bardzo też pomagał mój indywidualny student, pan Andrzej Krzemiński, któremu też pragnę podziękować.
Zbliżała się Solidarność. Zaczęły się strajki i uliczne demonstracje. Nie mogę nie wspomnieć, jak ze śp. Wieśkiem Bilanem, ramię w ramię, biliśmy się z ZOMO pod Arką w Nowej Hucie, a potem trwaliśmy na naszym uczelnianym strajku po wybuchu stanu wojennego we dwoje z wydziału, bo reszcie raptem się dzieci pochorowały i dopadł ich atak woreczka żółciowego. Niestety, życie pokazało, co się stało z etosem, o który walczyliśmy z kolegą. Bo wtenczas, gdy jedni się bili o wolność narażając życie, cwani dekownicy tworzyli na sępa obłudne pryncypia Trzeciej Rzeczypospolitej.
No i przyszło nowe, a wraz z nim, paradoksalnie, atmosfera rodzinna katedry prysła, jak bańka mydlana. Bowiem sprytni się zabrali, a rzetelni i uczciwi pozostali na peronie. Zaś nowy system spowodował, że zaczęła się zabójcza dla nauki i dydaktyki pogoń za pieniędzmi i dzieląca ludzi walka o ogień. Na to wszytko nałożyło się dodatkowo stare myślenie. Pięćdziesiąt lat komuny uczyniło swoje. Bo technologię można usprawnić stosunkowo szybko. Niestety procesy mentalne mają ogromną bezwładność.
Próbując się wyrwać z dawnych przyzwyczajeń otworzyłem się na młodych ludzi nie wstydząc się, że od nich też się można uczyć. I tu chciałbym wspomnieć młodziutkiego wówczas Tomka Bartusia, który mnie nauczył jak się nie bać komputera, a potem, jak się posługiwać tym sprytnym narzędziem.
W miarę upływu lat, coraz mniej myślałem o własnym dorobku, a więcej o studentach, bo to dla nich przecież, o czym wielu zapomina, jest nasza uczelnia.
Zbliżała się Unia wielkimi krokami. Założyłem firmę i jeżdżąc jako konsultant korporacji Philip Morris po całej Europie zorientowałem się, że równie ważną, jeśli nie ważniejszą, niż dyplom ukończenia konkretnej uczelni, jest znajomość angielskiego na użytek wyuczonego zawodu.
Wtedy w mojej głowie narodził się pomysł „Geological English”. Na początku napotkałem na irracjonalny opór i mentalną ścianę władz wydziałowych. I tu znowu muszę sprawiedliwie wspomnieć, że gdyby wtedy Tadek Słomka nie został dziekanem, nigdy bym mojego zamysłu nie wprowadził w życie. Na szczęście się udało. A potem dziekan Matyszkiewicz włożył wiele serca w wydanie drugiego nakładu.
A kiedy panie z naszych Wydawnictw Naukowych poprosiły mnie do siebie, żeby mi powiedzieć, iż od wielu lat, żaden skrypt uczelniany nie cieszył się takim powodzeniem uświadomiłem sobie, że w końcu zrobiłem - coś pożytecznego.
I już na koniec, chciałbym się podzielić swoim skromnym doświadczeniem z naszą młodą kadrą.
Kochani, przez te wszystkie lata, jakie spędziłem na naszej uczelni, zrozumiałem, że w nauce, podobnie jak w sztuce, prócz pracowitości, trzeba mieć jeszcze talent, intuicję, wyobraźnię i odwagę. Pamiętajcie! Dobry naukowiec musi być artystą!
Bo znam nie mało przykładów, jak gros ludzi zajmujących się nauką, wykonywało gigantycznie mrówczą pracę kompletnie na darmo, gdyż zbrakło im wyobraźni by spostrzec, że poszli w złą stronę, a co jeszcze gorsze, nie mieli odwagi, by w stosownym momencie porzucić błędnie obrany kierunek. Widziałem, jak się męczą, grzęznąc w coraz to mniej istotnych szczegółach uznając, jakże błędnie, to, co robią, za zgłębianie wiedzy. Bo chyba nie ma nic bardziej szkodliwego, niż pozorowanie działań naukowych. To już chyba lepiej nic nie robić.
No i refleksja ogólnej natury. W moich czasach, misją szkoły wyższej była instytucja profesora, który wychowywał grono swoich uczniów. Teraz, kiedy przyszło nowe, wszystkim zaczynają rządzić wyłącznie wskaźniki, algorytmy i sondaże. Jak się to przełoży na poziom kształcenia Polaków, nie mnie już oceniać, lecz przestrzegam!!! - bezwzględnym weryfikatorem okaże się życie.
Nie zapominajcie również, że poza uczelnią też może być pięknie. Dlatego nigdy się nie zasklepiajcie wyłącznie do jednej sfery aktywności, bo to wyjaławia duszę i kaleczy intelekt! Zresztą, bieżcie przykład ze Starszyzny, profesor Kotlarczyk zabrał się na starość za pisanie książek.
Czas się tedy pożegnać.
Ale nie ma się, co smucić. Powiem nawet, wręcz przeciwnie.
Odchodzę od Was, co wcale nie znaczy, że moje działania się kończą. Bowiem, czas pokazał, że się urodziłem także humanistą, a moja przygoda z techniczną uczelnią była tylko jednym z epizodów mojego niespokojnego życia. Odchodzę do świata literatów i tłumaczy, gdzie mam niczym nie skrępowaną możliwość dalszego rozwoju. Będę też nadal konsultantem językowym korporacji Philip Morris.
I tylko trochę żal, że zostawiam moją kochaną uczelnię w momencie, gdy nareszcie tak wspaniale wypiękniała. Lecz nic to, będę sobie chadzał do Parku Jordana naszym świeżo odnowionym uczelnianym korso.
Będzie mi też bardzo brakowało nadbałtyckich praktyk, a szczególnie uroczego towarzystwa pani profesor Rysi Sass-Gustkiewiczowej, z którą miałem przyjemność prowadzić te fascynujące zajęcia przez pełną dekadę.
Odchodzę, jak sądzę w stosownym momencie, bo zawsze sobie powtarzałem: „ustąp miejsca młodszym, nim studenci zaczną na twój temat stroić sobie żarty”.
Kochani!
Chcę wam wszystkim tedy najserdeczniej podziękować za te wszystkie lata!
I zachowajcie w pamięci, że życzę wam wszystkim, bez wyjątku, tego, co w tym przedświątecznym czasie człowiek człowiekowi powinien winszować!
Panie Rektorze!
Melduję wykonanie zadania!...
"

 

JAK DZIECI WE MGLE

http://salonowcy.salon24.pl/466594,jak-dzieci-we-mgle 

JACY AKADEMICY, TAKIE UNIWERSYTETY

http://salonowcy.salon24.pl/413964,jacy-akademicy-takie-uniwersytety 

ŚWIĘTE KROWY WYPASIONE NA KRAKOWSKIEJ BRYNDZY

http://salonowcy.salon24.pl/529127,swiete-krowy-wypasione-na-zakowskiej-bryndzy 

CIEMNA STRONA MOCY ŚRODOWISKA AKADEMICKIEGO

http://salonowcy.salon24.pl/501496,ciemna-strona-mocy-srodowiska-akademickiego 

UWAGA STUDENCI! CHCĄ WAS ZROBIĆ W KONIA!

http://salonowcy.salon24.pl/387369,uwaga-studenci-chca-was-zrobic-w-konia

 

 

Lubię to! Skomentuj66 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale