193 obserwujących
2622 notki
5792k odsłony
  1942   0

Magia namiętności – odcinek (4)

Mój akt deportacji ze Stanów Zjednoczonych
Mój akt deportacji ze Stanów Zjednoczonych

Bezsilność

Ocknął się na potwornym kacu. Kazik smażył jajecznicę z dwunastu jaj na bekonie. – Musisz dużo jeść boś jak patyk chudy – orzekł troskliwy kolega. Jego nowi kumple wynajmowali niewielkie mieszkanie przerobione z piwnicy. Luksusów nie było, ale o niebo lepiej niż u ciotki. Obydwaj byli chłopcami prostymi, ale nie prostackimi. Więc dali się lubić ujmując go serdecznością.

Po śniadaniu, Krzysztof nieoczekiwanie poczuł przeszywający ból w prawym boku. Za tłusty był ten bekon – pomyślał. Jednak następnego dnia boleści się tak wzmogły, że nie mógł usiedzieć bez zmiany pozycji. W fabryce pilnował się, żeby nikt nie spostrzegł tej niedyspozycji. Walcząc z bólem coraz trudniej wytrzymywał wlekące się niemiłosiernie godziny, a pod koniec dniówki czas zdawał się stać w miejscu. Niestety, z każdym dniem było coraz gorzej.

W piątek Kazik z Antkiem wydali kończącą roboczy tydzień zakrapianą kolację, a jak już mieli wszyscy mocno czubie Kazik wypalił: – Wiesz Krzychu, nie obraź się marniejesz w oczach. Coraz mniej jesz i choć się z tym kryjesz widzimy, jak się skręcasz z bólu. Przyciśnięty do ściany zwierzył się kolegom ze swych dolegliwości. – Jak nie masz insiury, to nawet nie myśl o szpitalu – przestrzegł Antek.  – Oskubią cię na zero i puszczą w skarpetkach. Ale nic się nie martw! Znam jednego taniego polskiego doktora. Przyjmuje za rogiem. Jutro do niego pójdziemy.

Doktor już na pierwszy rzut oka nie wzbudzał zaufania. Zadał parę zdawkowych pytań, postukał, pomacał i wydał diagnozę: – To wrzody na żołądku! Trzeba je osuszyć! – mamrotał wypisując receptę na jakieś lekarstwo i nie podnosząc wzroku dodał: – Wizyta u mnie kosztuje pięćdziesiąt dolarów. Ładny mi tani lekarz! – przeraził się Krzysztof wygrzebując z portfela prawie wszystko, co zdołał zarobić przez ostatni tydzień. Jak przykazał medyk, zażywał regularnie przepisane leki, lecz ból nie ustąpił, a co gorsze dostał na uszach jakiejś brzydkiej wysypki, czemu towarzyszyło potworne swędzenie. Podczas następnej wizyty sugerował alergię na leki, lecz medyk taką możliwość wykluczył i nakazał regularne zażywanie przepisanych pigułek.

Kolejny tydzień tyrał na swojej maszynie kończąc jedenastą godzinę mozolnej pańszczyzny. Ból w prawym boku stawał się nie do zniesienia. Znacznie gorsze było jednak nasilające się swędzenie uszu, które z czasem pokryły się czymś w rodzaju łuski. Chyba nie przetrwam tej ostatniej godziny!  Ból zniosę, ale tego swędzenia nie wytrzymam. Za chwilę chyba oszaleję! To jakaś koszmarna tortura! – skamlał pod nosem. Ponieważ obie ręce miał stale zajęte i musiał uważać by spadająca, co chwila prasa nie zmiażdżyła mu palców nie mógł podrapać uszu i co chwila potrząsał głową, jak koń oganiający się od much, a pracujący obok zaczęli mu się podejrzliwie przyglądać. Pragnąc choć na moment uśmierzyć doprowadzający go do obłędu świąd od czasu do czasu przykładał rozpalone uszy do chłodnego korpusu maszyny, co na kilka sekund przynosiło ulgę. Jednak po chwili swędzenie wracało ze wzmożoną siłą i każda kolejna minuta zdawała się wiecznością. Z coraz większym trudem znosił tę koszmarną torturę i zaczęły go nachodzić samobójcze myśli. 

Pewnego dnia, kiedy bliski szaleństwa zmagał się ze swoim koszmarem podszedł do niego zmianowy ekonom, kuzyn właściciela, i zakomunikował oschle: – Wiesz Chris, zauważyłem, że coraz gorzej pracujesz, bez przerwy się wiercisz i śpisz na maszynie. Ostrzegam! Jak się nie weźmiesz serio do roboty, to się pożegnamy. Boże! Jak ja tego skurwysyna i jego Ameryki nienawidzę – myślał  kończąc dniówkę.

Kiedy się dowlókł do domu, Antek grzebiąc w torbie powiedział: – Wiesz stary! Tak żeś ostatnio wychudł, że kupiłem dziś przecenioną wagę. Wskakuj przyjacielu! Okazało się, że Krzysztof stracił dwadzieścia dwa kilo ze swojej normalnej wagi. – Nie znam się na choróbskach – podrapał się w głowę Antek, ale chyba chłopie nie za dobrze z tobą. Marniejesz w oczach, jesz jak wróbel i jęczysz po nocach. Nie ma rady, Krzycho! Chyba się nie obędzie bez tego szpitala. – Dajcie mi święty spokój! – żachnął się Krzysztof. Jakiego szpitala? Czyście poszaleli? Skąd na to wezmę pieniądze? Zapadła cisza. - No, tego to my nie wiemy, ale na nas nie licz – burknął ze spuszczoną głową Antek. – Trochę ci pomożemy, ale… no wiesz stary jak jest! Nam też dolary z nieba nie spadają.

Resztkami sił tyrał jeszcze przez kilka tygodni. Lekarz zabierał mu prawie wszystko, co zarobił. Co dwa tygodnie oddawał chciwemu medykowi całą pensję, a ten drań wydawał mu z tego piętnaście dolarów, by mógł przeżyć do kolejnej wypłaty. Na domiar złego zauważył, koledzy z pracy zaczęli go unikać w obawie, że będzie chciał od nich pożyczyć pieniądze. Czuł, że z dnia na dzień coraz bardziej słabnie, że trawi go jakaś śmiertelna choroba. Przestał się golić i popadał w coraz głębszą depresję.

Lubię to! Skomentuj68 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale