Po roku 1989 wydawało się przez moment że nareszcie jesteśmy wolni, w Polsce skończył się bezpowrotnie komunizm i nastała wytęskniona społeczna sprawiedliwość.
Niestety, dający nadzieję na lepsze jutro entuzjazm milionów Polaków, którzy uwierzyli, że nareszcie Polską będą rządzić mądrzy i uczciwi ludzie zgasł po tym, jak Tadeusz Mazowiecki dogadując się z Kiszczakiem przy okrągłym stole zdeptał ideały „solidarności”.
Zaś „kropkę nad i” postawili Michnik z Cimoszewiczem, którym po słynnej odezwie do narodu polskiego opublikowanej na łamach Gazety Wyborczej udało się w roku 1995 utwierdzić Polaków w złudnym przeświadczeniu, że najlepszą receptą na Polskę będzie wybór komunisty Kwaśniewskiego na prezydenta, co było jednoznaczne z przyzwoleniem, by ćwiczona w Moskwie post-komusza sitwa szabrowała bezkarnie nasz majątek narodowy – co nota bene ma miejsce do dnia dzisiejszego.
Na szczęście, pod rządami lewackiej Platformy Obywatelskiej Polacy zorientowali się jak wrednie zrobiono ich w konia i zaczęli się buntować.
Apogeum tego buntu był pamiętny marsz protestacyjny w obronie telewizji „Trwam”, a ten tylko z pozoru katolicki protest zwiastował zupełnie nowe zjawisko społeczne, gdyż nie była to manifestacja nakazana odgórnie, lecz chciany i popierany przez dużą część społeczeństwa ruch oddolny, który stał się wyrazem odradzającej się „nowej solidarności”.
Ruch ten początkowo był obecny tylko w dużych miastach, lecz w miarę upływu czasu zaczął się stopniowo rozrastać obejmując także małe miasteczka i wiejskie gminy. Tak więc można powiedzieć, że marsz „Obudź się Polsko” przeprowadzony 29-go września 2012 był protestem społecznym w dużo szerszej sprawie niż sama telewizja katolicka, bowiem na ten marsz przybyli ludzie z całe Polski, protestowało ponad pół miliona osób i co najważniejsze manifestowali ludzie w różnym wieku i różnych preferencji politycznych pośród których przeważali młodzi Polacy. To właśnie odróżniało ten marsz od kojarzonych z PIS-em i Klubami Gazety Polskiej marszów samych starych ludzi sympatyzujących z partią Jarosława Kaczyńskiego, których Donald Tusk przezwał „moherowymi beretami”.
To wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że Polskę należy oddać w ręce ludzi młodych, bo starzy nie nadążają za nienotowanym w historii rozwojem cywilizacji, jaki nastąpił w ostatnim dwudziestoleciu i wciąż następuje, o czym do dziś konsekwentnie piszę, co doskonale wiedzą stali goście mojego blogu. Oczywiście pisząc o „młodych” nie miałem na myśli żółtodziobów, lecz ludzi między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia.
Pomyślałem wtedy także, iż być może ten ruch zwiastuje coś znacznie większego.
A moje przypuszczenia oparłem na tym, co mówił w auli Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach w listopadzie 2012 śp. ksiądz profesor Stanisław Nagy wieszcząc, że w Polsce zaczyna się „rewolucja, póki co perswazyjna”.
To historyczne wystąpienie na mój prywatny użytek nazwałem „Manifestem Rewolucyjnym Nagy’ego”.
Niestety zarówno opozycja prawicowa, jak władze Episkopatu Polski kompletnie ten „manifest” zignorowały, a ja wtenczas po raz pierwszy pomyślałem, że być może oddolny protest społeczeństwa jednym i drugim nie jest do końca na rękę.
Powiem więcej, przyszło mi wtedy do głowy, że być może zarówno jajogłowi działacze opozycji prawicowej, jak i konserwatywni polscy purpuraci obawiają się, że dalszy rozwój oddolnych „rewolucyjnych” protestów społecznych może ich pozbawić monopolu na rząd dusz, albo jak ktoś woli, władzy duchowej nad wciąż ogromną u nas rzeszą społeczności katolickiej?
Może idę za daleko w tym rozumowaniu, ale tej tezy nie da się wykluczyć w świetle niekontynuowania przez prawicę i Kościół, czyli de facto marnotrawienia entuzjazmu odradzającej się nowej „Solidarności” – vide wycofanie się biskupów z Komitetu Honorowego Marszu w Obronie Demokracji i Wolności Mediów, organizowanego 13 grudnia 2014 w Warszawie, albo dezorganizacja i odwoływanie w ostatniej chwili marszów protestacyjnych pod egidą Klubów Gazety Polskiej. Podobne przykłady można mnożyć.
Powiem jeszcze więcej, wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że być może rzeczywiście istnieje swoiste niepisane „porozumienie systemowe” między obozami post-komunistycznym i opozycyjno prawicowym, które mają sobie w nieskończoność przemiennie przekazywać władzę przy biernej postawie Kościoła Polskiego.
Dynamika analizowania i kojarzenia faktów politycznych przez gros społeczeństwa ma dużą bezwładność i być może dlatego Polacy potrzebowali trzech lat by zrozumieć, że w Polsce rzeczywiście istnieje patogenny system robiący ich w konia?
I dlatego właśnie dopiero teraz Polacy się zbuntowali na dobre, a ten bunt całkiem przypadkowo przekształcił się w anty-systemowy casus Kukiza, który wskoczył fuksem w niszę, jaką stowrzyło życie, a nie Paweł Kukiz, jak wielu mylnie uważa.
Myślę, że za moją tezą przemawia również zastanawiająco histeryczna reakcja „partii systemowych” na wciąż zaskakująco wysokie notowania sondażowe Ruchu Pawła Kukiza.
Dlatego ostrzegam, że zrobione w konia, krańcowo zdesperowane społeczeństwo nie myśli racjonalnie i niedocenianie siły, a także wyszydzanie lub agresywne krytykowanie ruchu Pawła Kukiza może się w jesiennych wyborach dla wyśmiewających i piętnujących okazać nieprzyjemnie przeciw-skutecznym zaskoczeniem.
Ciekaw jestem zdania komentatorów na ten temat.
Krzysztof Pasierbiewicz (nauczyciel akademicki)


Komentarze
Pokaż komentarze (30)