0 obserwujących
23 notki
22k odsłony
  93   0

Wywiad bloggerów BLOG MEDIA 24.PL z łączniczką i sanitariuszką

Przedstawiamy kolejny wywiad z cyklu "Kustosze pamięci ". Jest to wspólna
inicjatywa portalu www.polityczni.pl i BLOGMEDIA24.PL Stowarzyszenie w organizacji  Tym razem blogerka Maryla  rozmawia  z  łączniczką i sanitariuszką w batalionie „Parasol” Zofią Łazor „Zojda”.

 

 

Powstańcze wspomnienia

 

 

Kolejny wywiad portali blogmedia24.pl i polityczni.pl Tym razem Maryla rozmawia z powstańczą łącvzniczką i sanitariuszką.

 


Rocznik: 1928
Funkcja, stopień: łączniczka
Formacja: „Parasol”
Dzielnica: Wola, Stare Miasto, Czerniaków

 

Maryla: - Witamy na kolejnym spotkaniu portalu Polityczni.pl i blogerów Blogmedia24.pl. Dzisiaj spotkanie nietypowe, z cyklu „Kustosze historii”. Naszym gościem jest pani Zofia Łazor, łączniczka „Parasola”, powstaniec. Witamy Panią serdecznie.
Pani Zofio, znajdujemy się na cmentarzu ewangelickim przy symbolicznym grobie. Jesteśmy tutaj, bo Pani wskazała to miejsce jako ważne dla swoich wspomnień.


Zofia Łazor:  -  Tak ważne, bardzo ważne. Tu się toczyły niesłychanie ciężkie walki. Po wycofaniu się z Pałacyku Michla, który jednak jakoś Wolską trzymał, wycofaliśmy się na cmentarze. Cmentarz tak zwany Kalwiński i cmentarz ewangelicko-augsburski były bronione na zmianę przez batalion „Parasol”, wszystkie kompanie oraz przez bratni batalion „Zośka”.

Tu się toczyły niesłychanie ciężkie walki, bo był nie tylko ostrzał artyleryjski, ale i z granatników i przeróżnych rodzajów broni. Również z tych pomników odłupywały się kawałki, odłamki , które dodatkowo nas raniły, a także duże drzewa i ciężkie gałęzie spadające bez przerwy na głowy. I bardzo było nam trudno. Ja wtedy byłam sanitariuszką , bo myśmy wtedy te dwie funkcje już na Woli zaczęły łączyć w zależności od potrzeby. Ponieważ było bardzo dużo rannych i nie sposób ich było opatrywać .
Walka toczyła się bez przerwy, bez mała o każdy grunt. Myśmy starały się wynosić rannych na cmentarz ewangelicki tuż obok. Wtedy było przejście, wybita dziura i tędy wynosiłyśmy rannych prze kawałek cmentarza żydowskiego. Założyłyśmy sobie tam punkt sanitarny w grobowcu . Takim dużym grobowcu z zabudową. Stary, solidny z kamienia z metalowymi trumnami. I tam na tych trumnach, spuszczając rannych po przewróconej ławce, tak ukosem siedziały dziewczęta. Myśmy tych rannych na ławce usadowiły, a one odbierały ich na dole i tam się robiło bezpiecznie opatrunki. Ale potem przychodził moment, że tego rannego trzeba było wynieść.

Pierwszy taki punkt opatrunkowy był - nie pamiętam jak ta ulica się nazywa - ale tuż przed cmentarzem idąc od tej strony. W bocznej uliczce przed Cmentarzem Powązkowskim. Muszę Pani powiedzieć że to była droga prze mękę. Dwie dziewczyny, niosły ciężkie nosze …  Ani się gdzieś schować, uchylić, przytulić. Często było tak, że myśmy po prostu stawiały nosze i kurczyły się przy tym rannym. I tak przez kilka minut żeby ta kanonada ustała.


Potem mieliśmy sanitarkę i bardzo dobrego kierowcę, Witolda Florczaka, pseudonim „Minoga”, który tych rannych odwoził. Ale w tym punkcie opatrunkowym leżeli. To był jakiś, ja nie wiem taki maleńki domeczek, stróżówka cmentarna, jakieś magazyny i przedpokój. I ci najciężej ranni, konający leżeli pokotem w poprzek tego przedpokoju. Bo dla nich nie było już ratunku. Tam zobaczyłam - jak pierwszy raz weszłam do tego  domku – Wiktora, Sakowski się nazywał,  pseudonim „Korub”, który nie miał całej górnej części głowy. Był owinięty bandażem papierowym, bo takich się używało w okresie okupacji. Jego już nic nie mogło uratować. Ja przysiadłam na chwile żeby odsapnąć. I tak wzięłam jego rękę, zdjęłam mu ryngraf, który zresztą przeniosłam prze wszystkie obozy i przy ostatniej ewakuacji zaginął. Chciałam żeby on przy mnie ducha wyzionął ale on długo umierał. To będę pamiętała do końca życia.


To były bardzo ciężkie walki. Z tego cmentarza i cmentarza ewangelicko-augsburskiego wszyscy do tego naszego punktu w grobowcu przychodzili. Lżej ranni przychodzili sami, ciężej ranni byli przynoszeni . Nas było stosunkowo mało, nas było za mało. Była taka sanitariuszka Ziuta Kowalska, ona była starsza trochę od nas, studentka matematyki tajnego uniwersytetu, której na tym cmentarzu pocisk wyrwał obydwie łydki. Myśmy jej założyły opatrunek i chciały ją wynieść. „Za żadne skarby – zanieście mnie do grobowca ja tam będę pomagała opatrywać„. Było rzeczą jasną że nie da rady, ale musiałyśmy czekać aż ona zemdleje, żeby ją przenieść. Nie pozwoliła się położyć na nosze. Nie żyje już, niestety. Wielce zacna była to, w późniejszym życiu, kobieta. Wyszła z tego i te łydki,
o dziwo jej odrosły.

M: – Pani Zofio, ile Pani miała lat jak się zaczęło Powstanie ?

Z.Ł.: – Jak się zaczęło Powstanie miałam szesnaście lat i parę miesięcy.

M:  – Czy Pani była ...Trudno mówić o przygotowani psychicznym do takich wydarzeń. Bo tego nikt nie przygotuje i tego się po prostu nie da przewidzieć.

Z.Ł.:  – Oczywiście.

M: – Co powodowało, że tak  młodzi ludzie zdecydowali się iść i trwali w tym piekle, bo to było piekło.

Z.Ł.:  – Tu było piekło. Może nie wszędzie . Wszędzie nie byłam więc trudno mi ocenić. Ale było autentycznie piekło. A jeszcze nie powiedziałam, że jakoś tak zawsze wchodziłyśmy do grobowca od strony tej ławki. Tymczasem w pewnym momencie ja ten grobowiec musiałam od tyłu minąć. Leżał tam, tuż przy grobowcu, ogromny pocisk artyleryjski, niewybuch. Ile szczęścia, że ktoś w ten pocisk nie strzelił. Pół cmentarza by wysadził.

M: – I byłoby po punkcie opatrunkowym…

Z.Ł.: – Tak. Kogo tu jeszcze wspominać ? Tu zginęła Krysia Wańkowiczówna, łączniczka Rafała. Tu był ciężko ranny „Gryf”, dowódca obrony Pałacyku Michla, ale on żyje, na szczęście. I był tu wspaniały chłopak… no nie, on już był mężczyzną, miał więcej niż 20 lat, na pewno jakieś 23 - 24.  Janek Wróblewski, pseudonim „Zabawa”. I on miał mnie więcej taki głos jak ja, przepalony kompletnie. Nie zapomnę  takiej komendy, którą on wydawał chłopcu, który schronił się za grobem „Kochany wyjdź ja cię będę osłaniał. Nie bój się, no chodź ja cię osłonię”. Myśmy na niego rzeczywiście mówiły „on się kulom nie kłania”. Chodził zawsze wyprostowany. Myśmy mówiły o nim „Zabawa którego się kule nie imają”.

Imała się na Czerniakowie z rąk własnego żołnierza, który nieopatrznie czyszcząc broń go zastrzelił. A wspaniały dowódca, był, taki – marzenie. Nie umiem znaleźć na cmentarzu, tym następnym na Młynarskiej, tego grobowca. Kilkakrotnie już szukałam. Prosiłam moje koleżanki żeby pomogły. Nie wiem, może on się po prostu rozpadł po tylu strzelaninach. Wiele punktów odnalazłam, szczególnie na Czerniakowie. Tam sporo miejsc takich zdołałam sobie usytuować. Natomiast grobowca - nie.

 

 

ciąg dalszy nastapi

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale