0 obserwujących
23 notki
22k odsłony
  241   0

Wywiad bloggerów BLOG MEDIA 24.PL z łączniczką i sanitariuszką w

Przedstawiamy II część  wywiadu z cyklu "Kustosze pamięci ". Jest to wspólna
inicjatywa portalu www.polityczni.pl i BLOGMEDIA24.PL Stowarzyszenie w organizacji  Tym razem blogerka Maryla  rozmawia  z  łączniczką i sanitariuszką w batalionie „Parasol” Zofią Łazor „Zojda”.

 

 

Powstańcze wspomnienia

 

 

Kolejny wywiad portali blogmedia24.pl i polityczni.pl Tym razem Maryla rozmawia z powstańczą łącvzniczką i sanitariuszką.

 


Rocznik: 1928
Funkcja, stopień: łączniczka
Formacja: „Parasol”
Dzielnica: Wola, Stare Miasto, Czerniaków
 
 
Parasol – cz II (do minuty 26.11)


Maryla:  – Chcielibyśmy przybliżyć naszym słuchaczom Pani osobę i jak to się zaczęło. Miała Pani 16 lat jak wybuchło Powstanie…

Zofia Łazor:  – Tak, szesnaście. Piętnaście miałam jak do „Parasola” koleżanka szkolna mnie wprowadziła.

M: - Właśnie, przecież to była okupacja. Już od 1939 r. trwała tutaj okupacja niemiecka.
W jaki sposób ludzie młodzi potrafili się zorganizować  żeby później stworzyć taka armię.


Z. Ł.:  – Przede wszystkim harcerstwo. Późniejsze „Szare Szeregi”, które przedtem nazywały się harcerstwem i nie miały kryptonimu. Wspaniałych miałam w mojej szkole nauczycieli. Nauczycielka historii zorganizowała drużynę harcerską i myśmy w tej drużynie numer… wyleciało mi to - miały różnego rodzaju szkolenia. Sanitarne, pierwszej pomocy, czasem jakieś tam wlepki w tramwaju. To znaczy,  to co teraz nazywa się wlepką. To były takie małe karteczki, jak się wysiadało, to się przyklejało . Wiadomo jakiej treści , prawda? Trochę ćwiczeń w terenie miałyśmy, takie przygotowania. Druga zaprzyjaźniona z nami drużyna harcerska - tamtą pamiętam – to był numer 58 .
 
Ich drużynową była Irena Malento, która na Czerniakowie zginęła. Była drużynową dziewcząt drugiej kompani w której ja byłam i tamte dziewczęta zostały przeniesione jako cała drużyna. To znaczy nie cała, ale część drużyny, te bardziej dorosłe, niekoniecznie do nowo tworzącego się oddziału do zadań specjalnych KEDYW-u „Agat” potem „Pegaz”, a potem „Parasol”.
 
To były nasze nazwy. Od czasu ich powstania do Powstania Warszawskiego.  W tej klasie była razem ze mną Ela Dewaitis – Dziembowska  z tejże właśnie drużyny 58 , była Mirka Szuchówna, którą wczoraj odwiedziłam,  bo niestety na wózku jeździ. I Ela po prostu nas wciągnęła. Był nabór dziewcząt, obserwowała nas jako nasza koleżanka nie wiedząc że my jesteśmy w tej naszej szkolnej drużynie. A myśmy nie wiedziały,  że ona już   pierwszego sierpnia została przeniesiona do „Parasola”. No i zarekomendowała nas. Przysięgę składałam przy ulicy Żytniej w mieszkaniu „Kamy”. Ona była zastępcą Irki Malento – „Jeny”. I bardzo szybko zostałyśmy włączone do akcji, bo taka była potrzeba.
 

 I dosyć ciekawe były wtedy takie powiązania rodzinno – miłosne, powiedziałabym. Irena była narzeczoną Jurka Mirskiego, który z kolei był naszym dowódcą. Najpierw  naszego plutonu , wtedy kiedy byliśmy kompanią, a potem naszej drugiej kompanii. On był zresztą ostatnim dowódcą „Parasola” na Mokotowie, bo już nas garstka tam była, dosłownie garstka.   A że Irena była narzeczoną Jurka, to nas wprowadziła wszystkie do „Parasola”. Tak to wyglądało.

A jak zaczynałam Powstanie? Powstanie zaczynałam na ulicy Waliców. Plutony  szturmowe, przyszły tu na Wolę pierwszego sierpnia zdobyć Dom Starców na Żytniej i budować barykady, co im się udało.  A większość dziewcząt była w każdej z tych grup szturmowych. Na pewno były łączniczki i sanitariuszki.
 
Te młodsze dziewczęta i chłopców bez broni  zatrzymano na ulicy Waliców przez noc.  A to była fabryka Geneliego.  Geneli to była duża wytwórnia znakomitych likierów , wódek gatunkowych, znana bardzo firma w świecie. Te piwnice były dobrze zaopatrzone, bo przecież Niemcy lubili sobie chlapnąć.

M: – I młodzież tak w takim miejscu…

Z.Ł:  -  Tak nam przypadło w udziale. Ponieważ padał w nocy deszcz, a rano drugiego myśmy już musieli się zameldować to dostaliśmy rozkaz: „Każdy bierze dwie butelki wódki”. Po pierwsze: nie dać Niemcom, a po drugie: do sanitariatu one czasem były potrzebne.

I przemokniętych chłopców też trzeba było jakoś tam podratować. I tak żeśmy w tych swoich torbach, plecakach, kto tam co miał, po te 2 butelki na rozkaz przyniosły na Wolę. Ale to się przydawało, szczególnie wino się przydawało , bo to był taki środek usypiający nawet, a tych brakowało.

Bywały i śmieszne momenty. Wtedy, kiedy przechodziliśmy tu na Wolę , inaczej zupełnie Warszawa wyglądała. Na rogu Żelaznej  i obecnej Alei Solidarności  jeden z naszych kolegów, bardzo dowcipny młody chłopaczek, wziął na plecy woreczek, taki nie za wielki, a tam kilka butelek tego miał. I jak się zaczęło musieliśmy przeskakiwać z bramy do bramy, co kilkanaście czy kilkadziesiąt sekund,  bo ci żandarmi z okien do nas strzelali.

M: – Może przypomnijmy, że to była Warszawa, gdzie nie spacerowało się po ulicach.

Z.Ł.: – Tak,  oczywiście. I ten Jaś Czarnecki z tym woreczkiem skakał, ale ponieważ zaczęli strzelać to on padł na ziemię. Upadł na brzuch żeby butelek nie potłuc i ani jednej nie potłukł. Także bywało dużo różnych , zabawnych momentów. Byliśmy młodzi, chcieliśmy żyć na pewno, chcieliśmy bić się. Myślę to zadanie spełniliśmy  na wysoka notę,  jako oddział.
 
Myśmy chcieli naprawdę żyć, chcieliśmy się bawić i chcieliśmy się kochać. Myśmy tego wszystkiego nie skosztowali przed Powstaniem. Dlatego mi tak bardzo tych najmłodszych szkoda, że oni niczego z życia nie dostali.

M: – Pojawiają się teraz takie głosy, bardzo  brzydkie , że zmuszano dzieci do udziału w tych walkach. Pani była zmuszana?

Z. Ł.: – Ależ proszę Pani wszyscy byliśmy armią ochotniczą.  Było to dla nas zaszczytem, że my już nie jesteśmy harcerzyki tylko w prawdziwym oddziale wojskowym.
Bo „Parasol” miał rodowód harcerski niewątpliwie, ale był to stricte oddział wojskowy i to do zadań specjalnych. Zresztą konspiracja cała o tym świadczy. Także wydaje mi się, że to nie są głosy prawdziwe .
 
One się mijają z prawdą. Myśmy chcieli, naprawdę chcieli. Jak zobaczyliśmy przez okno w fabryce u tego Genelego na Waliców chłopców z opaskami, bo oni już zaczynali,  a my jeszcze czekaliśmy na dojście do naszego oddziału to przecież gardło ściskało.
 
Starsi, młodsi wszyscy płakaliśmy,  a jeszcze jak biało - czerwoną wywiesili na dom…

M:  – Pani Zofio jak już padła Wola, wyparli was z tych cmentarzy, to gdzie dalej Pani oddział ruszył ?

Z.Ł.:  – W nocy z piątego na szóstego sierpnia, ale mogę się mylić o jeden dzień,  część oddziału została ewakuowana na Stare Miasto. Natomiast część została. W dalszym ciągu jeszcze broniliśmy cmentarzy.
 
ciąg dalszy nastąpi
Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale