Parę dni temu miałem okazję porozmawiać na temat filmu pt. „300” z pewną osobą, z którą znam się kopę lat. Rozbieżności poglądowe zawsze kiełkowały między nami obficie; mimo to wychodziliśmy zawsze z założenia, że należy zachować status quo. Nie zdziwiłem się, kiedy niezgodę jakaś magiczna kreacja zasiała w czasie dyskusji o znakomitym filmie Zacka Snydera.

Na „300” czekaliśmy wspólnie z moim Znajomym prawie pół roku. Nie jest chyba tajemnicą dla nikogo, że obie zajawki filmu robią wrażenie. Sądziłem, że ta holywoodzka produkcja przebije wszystkie kasowe produkty „historyczne” razem wzięte: akcją, przesłaniem, brutalnością i tak dalej. Nie zważałem nawet zbytnio na kontekst historyczny; wiedziałem bowiem, że to ekranizacja komiksu. Liczyłem się z jej idealizacją, bagatelizowałem stwory „fantasy”, które przewijały się na reklamówce. Byłem święcie przekonany, że Zack Snyder (znany z amerykańskich reklamówek oraz filmu z 2004 roku pt. „Świty Żywych Trupów”) stworzy dzieło brutalne, pozbawione tandety, Że uniknie wad, którymi przesiąkł „Gladiator”, „Królestwo Niebieskie” oraz „Troja” („Aleksander” w końcu mi się spodobał), Że to będzie coś realistycznego, mimo „komiksowości” projektu (komiksowość bywa niekiedy bardziej realistyczna od filmów UDAJĄCYCH realistyczne).
Mój Znajomy sięgnął do pochwy po miecz, gdy przeczytał krótką opinię mojego pióra na jednym z forów poświęconych fantastyce (pomijam fakt, że wpierw zarzucał mi zły odbiór „300”, a potem przeskoczył do napastowania struktur owej recenzji, zarzucając mi brak kompetencji do pisania tego typu tekstów oraz jej „subiektywność” – notabene, jak recenzja może być obiektywna?). I choć muszę przyznać mu rację, że opinia ta nie była skropiona wyniosłym stylem ani zbyt wiele trudu w nią nie włożyłem, to nie mogłem zgodzić się z innymi zarzutami. Zarzucano mi, że nie zważam na fakt, iż film jest ekranizacją komiksu, który z natury miał być brutalny i wyidealizowany, Że nie rozumiem przesłania filmu, Że „od początku” film miał być tylko krwawą jatką bezmózgim Conanem w roli głównej (zekranizowany Leonidas, jeśli mam recenzować, wcale na debila mi nie wyglądał). Najgorszym zarzutem było jednak dość śmiałe przypuszczenie, że moja recenzja wynikała z chęci bycia „buntownikiem” (cytuję), chęci odróżnienia się z tłumu, który chwali film za… no właśnie, za co? Po prostu chwali, „bo jest znakomity”.
To ja teraz wytłumaczę, dlaczego na „300” się zawiodłem.
Jeden z wielkich krytyków społeczeństwa, Jean Baudrillard, mawiał, że żyjemy w okresie symulacji. Jedną z tego rodzaju symulacji są media, które nami nieustannie manipulują, przez co termin „rzeczywistość” przestaje istnieć. Ostatnio zapoznałem się po raz kolejny z poglądami brytyjskiego konserwatysty Edmunda Burke’a, który w dziele „Rozważania o rewolucji francuskiej” krytykował postęp oraz „rewolucję moralną”. Żałuję, że nie posiadam na podorędziu kapłana, który mógłby obu panów wskrzesić, by pod moim rozkazem wyrazili opinię w tym temacie. Dlatego posłużą mi tylko za wzorzec.
Przypomnijmy, że „boom” na filmy fabularno-historyczne, bądź odwołujące się w jakiś sposób do estetyki historycznej („Władca Pierścieni”, „Opowieści z Narnii” etc.), miał miejsce już w nowym tysiącleciu. Po sukcesie „Gladiatora” (reż. Ridley Scott, 2000), przyszła kolej na „Pana i władcę: na krańcu świata” (reż. Peter Weir, 2003), „Aleksandra” (reż. Oliver Stone, 2004), „Troję” (reż. Wolfgang Petersen, 2004), a także „Królestwo niebieskie” (reż. Ridley Scott, 2005). Powstało oczywiście parę innych filmów „historycznych”, ale ze względów oczywistych, tylko te, na które wyłożono gruby plik gotówki, mogły się przebić przez konkurencję. Ten „boom” ma swoje uzasadnienie w informatycznym postępie, rozwoju techniki grafiki komputerowej, a co za tym idzie: możliwości przedstawienia tego, czego za pomocą kamery i talentu aktora przedstawić się nie da. Już nie trzeba budować osady, by umieścić w niej ludność – teraz „wystarczy” zwyczajny bluescreen. Ta sytuacja z jednej strony cieszy – bo wreszcie można zobaczyć płonący w czasach Nerona Rzym – z drugiej niepokoi – bo reżyser postawi na estetykę wizualizacji, pominie walory, którymi dysponuje film określony mianem „inteligentnego”. Istnieje też przesłonięty kurtyną kampanii marketingowej problem „Czy widzę to, co chciałem zobaczyć, czy może widzę to, co chcą mi pokazać?”. I czy rozróżniam te dwie rzeczy – czy umiem odróżnić to, co jest wartościowe, od tego, co posiada tylko pozory wartościowości?
W dobie konfliktów amerykańsko-bliskowschodnich, ponurych nastrojów społeczeństwa, przeświadczeniu o zbliżającym się końcu świata, człowiek szuka miejsca, gdzie mógłby wyłożyć nogi przed kominek, i bujając się w fotelu podumać nad pięknem. W tym ustroniu pragnie znaleźć ukojenie, skrawek „rzeczywistości”, nie naruszonej przez wrogi i wszechobecny system. Czytając książkę, słuchając radia, rozmawiając z ludźmi – sposobów jest co najmniej tysiąc. Nie jest tajemnicą, że przekaz wizualny najbardziej oddziałuje na podświadomość człowieka, a ten jest w stanie łyknąć każdą pigułkę, którą Lawrence Fishbourne w ciemnych okularach nam zaoferuje. W jednym z filmów o Batmanie, bohater o przezwisku „Człowiek Zagadka” w ten sposób pragnie wziąć w niewolę społeczeństwo Gotham City.
W tych wyżartych przez globalną medializację czasach, Holywood fałszuje obraz świata, przedstawiając wyidealizowaną przeszłość. Zawraca nas do czasów antycznych, pełnych bohaterskich Spartiatów, którzy walczą o demokrację (notabene Ci greccy wojownicy nie mieli z nią nic wspólnego) – demokracja w tym ujęciu wpływa na poczucie widza, że w obecnych czasach dzieje się źle, jednak istnieje pewna wola walki (z czym? Nie wiem). Umieszcza się widza w czasach rzymskich gladiatorów, którzy niesłusznie skazani na życie w cierpieniu (Maksimus w filmie „Gladiator”), muszą walczyć o honor, kierowani chęcią zemsty. W momencie kryzysu militarnego na bliskim wschodzie, za rączkę ciągnie się nas do Jerozolimy, by zmierzyć się z Potęgą Wschodu (Saladin vel. Sadam Husajn) – aż dziwne, że bohaterami powodują raczej względy „moralne”, niż „religijne”, co przecież powinno być meritum filmu, a zostało pomniejszone do absurdalnych rozmiarów. Wreszcie przenosi się widza do czasów, gdzie obrona wolności przed despotyzmem jest priorytetem, i gdzie mimo to owy „obrońca wolności” zostaje powalony na kolana w ohydny sposób przez wrogiego i potężnego przeciwnika (Koń trojański). I nikt nie pamięta, że gladiator zabijał, żeby przeżyć, Że próba odzyskania Jerozolimy była zagrywką polityczną, wreszcie, że Trojanie (choć to na wskroś lud mityczny) byli równie bezwzględni, co armia Agamemnona.
W „300” zabrakło brutalności, którą wykazuje Leonidas w zapowiedzi filmu, kiedy wymierza perskiemu posłowi niezłego kopniaka. W zamian możemy zobaczyć tylko poetycką brutalność, która nijak nie pasuje do czasów starożytności (co nie zmienia faktu, że wizualizacja tej brutalności jest znakomita, wręcz genialna). Przemowy bohaterów ograniczają się do równie źle wkomponowanych w grecki klimat demokratycznych sloganów. Tłumaczenie, że „to tylko film” jest tłumaczeniem kiepskim – powszechnie wiadomo, jak przekaz potrafi być zgubny lub odkrywczy; tłumaczenie, że „tak było w komiksie”, jest również nie trafione – bo gdybym oceniał komiks, mógłbym go ocenić podobnie.
Czy należy wobec tego bezkrytycznie przyjmować to, za co płacimy ciężko zarobione pieniądze? Baudrillard pisał, że granice się zacierają. Czy granica między sztuką, a bezwartościowym plagiatem również przestała istnieć?
PS: Czekam wciąż na film o Asyrii w okresie upadku. Chcę zobaczyć jak burzą Niniwę…




Komentarze
Pokaż komentarze (1)