320 obserwujących
1194 notki
3713k odsłon
  1126   6

Algorytm w służbie cenzury

Facebook bardzo przeprosił w imieniu swoich "zautomatyzowanych narzędzi", które zablokowały stronę Instytutu Pamięci Narodowej. Algorytmowi nie spodobał się post o planach germanizacji polskich dzieci w czasie II wojny światowej. Algorytm ponoć decyduje o tym, co można pokazać ciemnemu ludowi. Stanowi więc coś w rodzaju dziewiętnastowiecznej przyzwoitki. Tę rolę spełniały wtedy stare panny lub równie stare mężatki, które cenzurowały zachowania młodzieży. Teraz poprawności wpisów uczestników Facebooka strzegą automaty, albowiem są tańsze w utrzymaniu niż stare panny, nie wspominając już o kosztach generowanych przez stare mężatki.

Wielki krok w stronę cenzury zrobił także Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Orzeczenie TSUE pozwala kasować we wpisach, które dopiero mają się ukazać, treści "równoznaczne" z zakazanymi wcześniej przez sąd. Problem w tym, że równoznaczność nie zawsze jest jednoznacznie niepoprawna, zaś automat, podobnie jak stara panna, nie wyczuwa kontekstu. W sumie więc ten wyrok otwiera jeszcze szerzej drzwi dla cenzury prewencyjnej na platformach społecznościowych.

Algorytmy będą tam decydować, co jest jedynie słuszne. Z kolei te jedynie słuszne treści będą automatom wgrywane przez właścicieli platform. Właściciele platform mają swoje poglądy, które odzwierciedlają w algorytmach. Błędne koło cenzury się zamyka. Jeśli właścicielowi Twittera nie spodoba się amerykański prezydent, to go ocenzuruje albo zgoła zablokuje. Jeśli natomiast się spodoba, to choćby delikwent kretyństwo miał w mowie, w zachowaniu i w genach, będzie serdecznie rekomendowany. Są już precedensy. Dziewiętnastowieczne stare panny miały swoje słabości, można je było wyprowadzić w pole. Algorytm nie ulega słabościom.

Fakt, mniejsze platformy nie stać na automaty, nie dadzą rady wszystkiego chłamu skontrolować. Jeśli więc sądy naprawdę się w tym temacie rozgrzeją, platformy będą zmuszone wyłączać możliwość komentowania, jak to ponoć zrobił już Onet. Tak czy inaczej na jedno wychodzi - też cenzura, tyle że totalna.

Podczas największego nasilenia Covidu zmuszony byłem zaczerpnąć z głębokich źródeł biblioteki publicznej, żeby jakoś przeżyć. Między innymi sięgnąłem po "Wschody i zachody księżyca" Tadeusza Konwickiego, które pierwszy raz przeczytałem już ze trzydzieści lat temu. W kontekście algorytmu warto było, bo wtedy nie zwróciłem na pewne rzeczy uwagi.

Jest tam fragment, w którym Konwicki opisuje swoją reakcję - co tam opisuje, wścieka się! - z powodu artykułu niewymienionego z nazwiska intelektualisty. Gość mętnie tłumaczy się ze swojej służalczej twórczości za komuny, wije się w obłudnych wykrętach, że musiał pisać półprawdy albo całe nieprawdy. Daje do zrozumienia, choć nie wprost, że jego obecność na łamach była czymś tak bezcennym dla społeczeństwa, że tamto wazeliniarstwo było ceną, którą warto było zapłacić. Otóż Konwicki, jak wspomniałem wścieka się, wręcz czuje do typa odrazę, czytając jego wypociny i w sposób jak najbardziej dobitny - jak mniemam - chce tę swoją odrazę wyartykułować. I pisze tak, cytuję dosłownie: "Wzdrygnąłem się, jak od dotyku pedała".

Rzecz jasna, dzisiaj Konwicki nie mógłby tego napisać, bo dzisiaj zostałby obwołany i napiętnowany jako homofob. Tymczasem pisarz chciał jedynie wyrazić swoje obrzydzenie wobec hipokryzji delikwenta i sięgnął po porównanie do autentycznej obrzydliwości, z jaką kiedykolwiek się zetknął czy odczuł.

Analogicznych odniesień jest w książce więcej i nie ulega najmniejszej wątpliwości, że w obecnych czasach tekst Konwickiego zostałby zmasakrowany przez "zautomatyzowane narzędzia" Facebooka. Cały Konwicki zostałby zmasakrowany razem z całą swoją twórczością, a jego imię wyklęte na wieczność.

Ba! Śmiem twierdzić, że taki algorytm neguje wręcz lwią część naszego dziedzictwa literackiego, a pewnie i światowego. I nie jest wcale pocieszający fakt, że algorytm nie działa wstecz. Pamiętamy przecież, że cenzura jest tylko pierwszym krokiem pochodu komuny, ale trzeba mieć też z tyłu głowy to doświadczenie, że potem retuszuje się także zdjęcia, zmienia wpisy w encyklopediach i pali się książki. W czasach mediów społecznościowych oraz ich "zautomatyzowanych narzędzi" na pewno ktoś wpadnie na pomysł, aby całą literaturę przepuścić przez algorytm. A może i całą przeszłość.

PS W tle całej historii jawi się także element humorystyczny. Otóż wydanie tej książki Konwickiego, w której on takie okropne rzeczy wypisuje, jest sygnowane jako pozycja z serii Biblioteka Gazety Wyborczej. Naprawdę śmieszne.

Lubię to! Skomentuj76 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura