320 obserwujących
1195 notek
3717k odsłon
  10449   0

Upadek profesora Kleibera

Ponieważ dzisiaj chyba po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się być jedynym klientem w placówce Poczty Polskiej, uznałem to za dobry omen. Skoro bowiem dzień ma tak fortunny początek, to warto pójść za ciosem, jak mówili starzy pięściarze. Szczęśliwie także  trafiła mi się dzisiaj okazja stanąć w obronie porządnego człowieka, a to już brzmi całkiem dumnie.

Jesteśmy bowiem świadkami stosowania przez czerskich pewnej, niejako już rutynowej procedury - profesor Michał Kleiber, Prezes Polskiej Akademii Nauk, jest właśnie w trakcie przerejestrowywania go z listy autorytetów społecznych i naukowych na listę smoleńskich oszołomów. Co w bardziej obrazowym przekładzie oznacza mniej więcej tyle, że Kleiber nie może już liczyć na referencje ani tym bardziej list polecający od redaktor Agnieszki Kublik w żadnej sprawie.

I nie pomoże Kleiberowi jego prezesostwo, profesorstwo, redaktorstwo. Nie ma znaczenia jego ministrowanie ani wykładanie. Nic to, że nauczał na uniwersytetach i politechnikach w Polsce, Niemczech, Japonii, Stanach Zjednoczonych. Nie liczy się redagowanie przez niego zagranicznych czasopism naukowych ani światowa sława w dziedzinie komputerowych metod badawczych w mechanice, medycynie i gdzie tam jeszcze.

Wystarczył głos jednego uczonego politologa Smolara i jednego zasłużonego towarzysza Millera, żeby profesor Kleiber spadł do ligi amatorskiej zarówno w dziedzinie problemów społecznych, jak i nauk technicznych. Okazuje się bowiem, że absolwent elitarnej Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR Leszek Miller oraz specjalista od ekonomii politycznej socjalizmu Aleksander Smolar, wiedzą dużo lepiej od Kleibera, kto się nadaje na eksperta do badania katastrof lotniczych. Tak więc socjalistyczny ekonomista Smolar zarzucił Prezesowi Polskiej Akademii Nauk, że nie odróżnia nauki od szalbierstwa; natomiast magister nauk politycznych(tak!) Miller ujawnił, że profesor nie odróżnia sensu od bezsensu.

Obaj ci giganci nauk politycznych dostali szału, ponieważ Kleiber ośmielił się wyrazić wątpliwość, czy „czy doświadczenie w badaniu wypadków lotniczych jest niezbędnym wymogiem, by móc zajmować się sprawą. Znam przypadki różnych katastrof lotniczych i tam o ekspertyzy proszono osoby, które nigdy nie miały z tym do czynienia(...) Piloci nie mogą decydować o tym, czy brzoza może przeciąć skrzydło. Muszą uczestniczyć w tym eksperci od badań materiałowych czy dynamiki uderzeń”.

Ponieważ powyższe stwierdzenie Kleibera, to jest dokładnie to, o czym ja pisałem dosłownie kilka dni temu, więc przy tej okazji składam serdeczne gratulacje tym wszystkim moim adwersarzom, którzy wyzwali mnie za to od idiotów. A gratulacje należą się im niewątpliwie, gdyż nie dość, że skatowali tym epitetem także Prezesa Polskiej Akademii Nauk, to jeszcze stanęli ramię w ramię z gigantami myśli socjalistycznej. Tak więc zarówno ja, jak i moi adwersarze znaleźliśmy się w świetnym towarzystwie, chociaż każdy z własnego punktu widzenia.

Oczywiście oba te demony politologii stosowanej, zarówno Smolar jak i Miller, podzielają pogląd niezrównanego w swojej prostolinijności doktora Macieja Laska, który uważa, że profesorowie-eksperci z zespołu parlamentarnego „podpierają się tytułami naukowymi w dziedzinach, które są niezwiązane z badaniem katastrofy”. Czyli doktor Lasek w przeciwieństwie do profesora Kleibera uważa, że wytrzymałość materiałów, dynamika uderzeń, termodynamika wybuchów, mechanika stosowana czy analiza defektów materiałowych nie są powiązane z badaniem katastrof.

Tak sobie myślę, że to powyższe zdanie starczy za komentarz na temat możliwości badawczych doktora Laska, ale ja nigdy nie mogę się powstrzymać, żeby dorzucić argument bardziej plastyczny czy obrazowy. Otóż moim zdaniem pojawienie się doktora Laska jako postaci zjawiskowej zostało już kiedyś niejako „przepowiedziane”. A było to w takim serialu, starsi zapewne pamiętają: „Szpital na peryferiach”. Tyle, że trudno było zgadnąć (znaczenie dobrej przepowiedni zawsze jest zakamuflowane), gdyż nasz Lasek był ukryty w tym filmie pod postacią siostry oddziałowej. Tej, którą doktor Strosmajer nie wiedzieć czemu kojarzył sobie z gołębicą.

I to byłoby właściwie na tyle, jeśli chodzi o doktora Laska oraz jego przymioty umysłowe. Natomiast jeśli chodzi o dalsze losy profesora Kleibera, to w jego przypadku żaden jasnowidz już nie jest potrzebny - stacza się w mainstreamowy niebyt na naszych oczach. Popaść w niełaskę u Smolara lub Millera – to brzmi niemalże jak hasło z Sennika Egipskiego. 

Lubię to! Skomentuj391 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale