Dwa niezależne źródła z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie potwierdziły, że głosy przypisywane wcześniej przez odczyty z CVR gen. Andrzejowi Błasikowi, ostatecznie do niego nie należały. Komu więc należy je przyporządkowywać? Wszystko wskazuje na to, że drugiemu pilotowi – mjr Robertowi Grzywnie. Przyznam się szczerze, jest nieźle.
Zbierzmy jeszcze kilka innych ciekawostek do kupy. Jak wiemy raport komisji Millera został opublikowany pod koniec lipca 2011r. Nie przeszkadzało to jednak śledczym działać dalej. Już po napisaniu tego dokumentu część z nich pojechało na miejsce katastrofy… badać wrak. Tak więc, najpierw piszemy, potem myślimy. W grudniu ub.r. kolejna wycieczka, tym razem naszych prokuratorów, do Smoleńska. Cel – oględziny miejsca katastrofy. Ja nie żartuję, oni tak naprawdę zrobili. Oficjalny dokument – powstały w wyniku przejęcia przez nasz rząd „reżymu konwencji szikagoskiej” (jak zgrabnie wymawia to część z tzw. ekspertów) – mówi o oderwaniu skrzydła przez brzózkę. Co ciekawe, owa brzózka – o ile w ogóle istniała – została (jak zresztą większość stanowiących dowód rzeczowy w sprawie drzew) rychło wycięta. Nie przeszkadza to jednak w wydawaniu wyroku na biedne drzewo. Na tym jednak nie koniec. Jak donosiła Zawsze Obiektywna TVN24, przed wylotem do Smoleńska miał być kpt. Protasiuk zbesztany przez dowódcę Sił Powietrznych za niesubordynację i marudzenie, bo tak to nagrała „kamera przemysłowa”. Koniec końców feralna kamera niczego jednak nie nagrała. Jedyne co się nagrało, to szum wokół gen. Błasika.
W kilka tygodni po katastrofie „rządowy głos w Twoim domu” – telewizja TVN24 Zawsze Obiektywna – podała, że są już odczyty czarnych skrzynek, a dziennikarze „tej drugiej zaprzyjaźnionej stacji” dostali z Instytutu Ekspertyz Sądowych przeciek, jakoby kapitan Protasiuk miał powiedzieć „jak nie wyląduję, to mnie zabije”. To oczywiście tylko próbka tego, co nieżyjący kapitan mówił wedle TVN-u, a czego w rzeczywistości nie tylko nie powiedział, ale pewnie nawet i nie pomyślał. „Tak lądują debeściaki…”, „Wkurzy się jak (niezr.)…”, i inne, wskazujące na to jak wieloma ciekawostkami obrósł proces wyjaśniania przyczyn katastrofy.
No a wczoraj dowiedzieliśmy się, że główne założenie radzieckiej komisji, badającej katastrofę w Smoleńsku, jakoby gen. Błasik wywierał „presję psychologiczną” na siedzących w słuchawkach pilotów, się – że to delikatnie ujmę – rozpierzchło. W międzyczasie pułkownik-prokurator, w geście przykrycia działań swojego zwierzchnika względem dziennikarzy interesujących się niepotrzebnie śledztwem smoleńskim, przedziurawia sobie policzek. Już pomijam takie błahostki-ciekawostki, jak cięcie wraku tupolewa przez wesołków na miejscu zdarzenia, przesłanie do Polski upgrade’owanych protokołów z przesłuchań rosyjskich kontrolerów lotu, wsadzanie do trumien fragmentów różnych zwłok, z gwarancją wieczystego opieczętowania, czy fraszki gen. Anodiny o „tunelach świadomościowych” kapitana Protasiuka. Aż strach pomyśleć, jakie rewelacje mogą pojawić się w przyszłości; że skrzydło się nie oderwało, tylko zostało oderwane; że presję telekinetyczną wywierał Prezydent Kaczyński; że samolot spadł, gdyż skończyło mu się paliwo, bo łajzy przy wylocie nie zatankowały do pełna? Tutaj nawet i Hollywood wypada blado ze swoimi scenariuszami.
Wygląda na to, że przy całej tej farsie, jaką stało się wyjaśnianie przyczyn katastrofy, jedynym poważnym polskim politykiem dociekającym prawdy jest Antoni Macierewicz. Ten sam Macierewicz – oskarżany przez Justynę Pochanke o „pisarstwo” – który odwala za polskich biegłych całą robotę, odtwarzając na podstawie zlepków zdjęć, filmów i relacji świadków przebieg ostatnich kilku chwil lotu z 10 kwietnia. Jeśli to poseł PiS, znany z lekkości w rzucaniu oskarżeń, jest w tej chwili najbardziej wiarygodny w wyjaśnianiu przyczyn rozbicia się w smoleńskim lasku rządowego tupolewa, to dla każdego zewnętrznego obserwatora powinno być oczywistym, że państwo zdaje egzamin. I taka „arcyboleśnie prosta” jest prawda.
Komentarze
Pokaż komentarze (19)