Ateizm często przedstawia się dzisiaj jako stanowisko człowieka wolnego od wiary. Wierzący ma wierzyć, ateista natomiast ma wiedzieć. Religia ma być domeną przekonań, nadziei i metafizycznych intuicji, podczas gdy ateizm miałby stać po stronie rozumu, nauki i faktów. Problem w tym, że ten podział nie jest tak oczywisty, jak chcieliby jego zwolennicy.
Najpierw trzeba bowiem zadać ateiście proste pytanie: czy twierdzisz, że Boga nie ma, ponieważ to wiesz, czy dlatego, że w to wierzysz?
Jeżeli odpowie: „Wiem, że Boga nie ma”, natychmiast pojawia się problem epistemologiczny. Skąd pochodzi ta wiedza? Jaką metodą można dowieść nieistnienia Boga? Nauka potrafi badać zjawiska empiryczne, formułować hipotezy, przeprowadzać eksperymenty i odrzucać teorie sprzeczne z obserwacją. Nie posiada jednak laboratoryjnego eksperymentu, który pozwalałby zbadać całą rzeczywistość i na tej podstawie ogłosić: „Boga nie ma”.
Oczywiście można odrzucać konkretne religijne twierdzenia, jeżeli są sprzeczne z faktami. Można krytykować obrazy Boga, które są wewnętrznie sprzeczne. Można kwestionować argumenty przedstawiane przez teistów. Ale czym innym jest wykazanie, że pewien argument za Bogiem jest błędny, a czym innym wykazanie, że Bóg nie istnieje.
To rozróżnienie ma fundamentalne znaczenie.
Ateista może powiedzieć: „Nie mam wystarczających powodów, aby wierzyć w Boga”. Jest to stanowisko epistemicznie ostrożne i trudne do zaatakowania. Ale kiedy mówi: „Boga nie ma”, wkracza na teren metafizyki. I wtedy musi przedstawić uzasadnienie własnej tezy. Ateizm przestaje być jedynie brakiem wiary, a staje się określoną wizją rzeczywistości.
Właśnie tutaj pojawia się paradoks. Człowiek, który deklaruje, że odrzuca wszystko, czego nie można naukowo dowieść, sam może wypowiadać sądy, których nauka nie jest w stanie dowieść. Zdanie „wszystko, co istnieje, jest materialne” nie jest przecież wynikiem eksperymentu naukowego. To założenie filozoficzne — materializm. Podobnie twierdzenie „życie nie ma żadnego obiektywnego sensu” nie jest odkryciem fizyki ani biologii. Jest interpretacją świata.
A zatem ateista niekoniecznie stoi po jednej stronie — stronie czystej wiedzy — podczas gdy wierzący stoi po stronie wiary. Obaj mogą posługiwać się założeniami filozoficznymi. Różnica polega na tym, jakie założenia przyjmują i jak je uzasadniają.
Blaise Pascal dostrzegł ten problem w sposób niezwykle przenikliwy. Jego słynny „zakład” nie był matematycznym dowodem istnienia Boga. Był raczej próbą pokazania, że człowiek nie może uniknąć egzystencjalnego wyboru. Żyjemy, podejmujemy decyzje i nie możemy zawiesić sądu do momentu uzyskania absolutnej pewności. Jeżeli stawką jest wieczność, pytanie o Boga nie jest więc akademicką ciekawostką. Dotyczy samego sposobu naszego istnienia.
Jeszcze dalej poszedł Søren Kierkegaard. Dla niego wiara nie była brakiem rozumu, lecz egzystencjalnym zaangażowaniem człowieka wobec tego, czego nie można sprowadzić do chłodnego dowodu. Wiara zaczyna się właśnie tam, gdzie człowiek odkrywa granice swojej pewności. Nie oznacza to, że należy wierzyć we wszystko. Oznacza natomiast, że nie wszystkie najważniejsze decyzje ludzkiego życia mogą zostać rozstrzygnięte metodą laboratoryjną.
A co dzieje się wtedy, gdy Boga odrzucimy?
Friedrich Nietzsche sformułował konsekwencje tej sytuacji znacznie uczciwiej niż wielu współczesnych ateistów. „Bóg umarł” nie oznaczało dla niego triumfalnego: „Wreszcie jesteśmy wolni”. Oznaczało katastrofalne pytanie: co stanie się z wartościami, kiedy zniknie ich transcendentna podstawa? Jeżeli nie istnieje Bóg, który gwarantuje obiektywny sens i wartość, to na czym ostatecznie opieramy dobro, prawdę, godność człowieka i obowiązek moralny?
Nietzsche rozumiał, że śmierć Boga nie jest prostym zwycięstwem rozumu. Jest wielkim zadaniem i wielkim ryzykiem. Człowiek musi bowiem sam zmierzyć się z pustką po utraconym fundamencie.
Albert Camus poszedł inną drogą. Przyjął możliwość absurdalności ludzkiego istnienia, ale nie wyciągnął z niej wniosku, że życie należy odrzucić. Przeciwnie — próbował pokazać, że można żyć mimo absurdu. Człowiek może buntować się przeciwko bezsensowi i tworzyć znaczenie w świecie, który nie daje mu żadnej metafizycznej gwarancji.
Ale właśnie tutaj pozostaje pytanie, którego nie da się tak łatwo usunąć: czy sens stworzony przez człowieka jest tym samym co sens rzeczywiście istniejący?
Jeżeli kocham drugiego człowieka, czy jego godność jest obiektywną wartością, czy tylko wartością, którą sami uzgodniliśmy? Jeżeli poświęcam życie dla dobra innych, czy naprawdę robię coś moralnie dobrego, czy jedynie realizuję określony zestaw biologicznych, psychologicznych i kulturowych preferencji? Jeżeli po śmierci nie pozostaje nic, to czy dobro i zło posiadają ostateczny fundament, czy są tylko wartościami obowiązującymi przez krótki okres istnienia naszego gatunku?
Ateista może oczywiście odpowiedzieć na te pytania. Może wskazać na etykę świecką, kontraktualizm, konsekwencjalizm, prawa człowieka, ewolucję moralności czy racjonalne zasady współżycia. I są to poważne odpowiedzi. Nie można uczciwie powiedzieć, że ateizm automatycznie prowadzi do niemoralności.
Można jednak postawić pytanie głębsze: czy świecka moralność wyjaśnia, dlaczego człowiek powinien być moralny, czy tylko opisuje, jakie zasady chcemy uznać za moralne?
To jest właśnie miejsce, w którym spór o Boga przestaje być sporem o istnienie niewidzialnej istoty. Staje się pytaniem o fundament rzeczywistości.
Wierzący również nie posiada prostego dowodu, który zmusiłby każdego rozumnego człowieka do uznania Boga. Wiara nie jest równaniem matematycznym. Nie można jej wymusić argumentem. Można natomiast argumentować, że hipoteza Boga daje spójniejszą odpowiedź na pytania o istnienie świata, źródło wartości, ludzką godność, świadomość, sens i nadzieję na przekroczenie śmierci.
I właśnie śmierć jest tutaj punktem najbardziej bezwzględnym.
Materializm może powiedzieć: jesteśmy przemijającymi organizmami, a po śmierci ustaje nasze istnienie osobowe. Ateizm może zaakceptować tę perspektywę i mimo niej budować wartościowe życie. Jest to stanowisko możliwe. Wymaga jednak egzystencjalnej odwagi, ponieważ oznacza zgodę na możliwość, że wszystko, co kochamy, czego dokonujemy i kim jesteśmy, ostatecznie zniknie bez śladu w obojętnym kosmosie.
Wiara mówi coś przeciwnego: śmierć może nie być końcem.
Nie jest to dowód. Jest to nadzieja. Ale nadzieja nie musi być przeciwieństwem rozumu. Jest odpowiedzią człowieka na granicę jego wiedzy.
Dlatego nie powiedziałbym po prostu, że „ateiści błądzą”. To byłoby zbyt łatwe. Powiedziałbym coś bardziej wymagającego: ateista błądzi wtedy, gdy własną niewiarę przedstawia jako wiedzę, a materialistyczną interpretację rzeczywistości jako naukowo dowiedziony fakt.
Bóg może istnieć albo nie istnieć. Człowiek nie otrzymał laboratoryjnego urządzenia mierzącego transcendencję. Ale skoro nie mamy pewności, pytanie nie brzmi wyłącznie: „Czy potrafisz udowodnić Boga?”. Trzeba również zapytać: czy potrafisz udowodnić, że Boga nie ma?
Jeżeli nie — pozostaje przestrzeń wiary.
A wtedy wybór staje się naprawdę egzystencjalny. Można zaufać, że rzeczywistość ma ostateczny sens i że śmierć nie jest ostatnim słowem. Można też uznać, że za naszym życiem nie stoi żadna wieczność, żadna transcendencja i żaden ostateczny sens.
Jedno i drugie jest poważnym zakładem.
Dlatego ateista powinien uważać, zanim powie: „Ja nie wierzę w Boga, bo wiem, że Boga nie ma”. Być może nie wie. Być może tylko wierzy.
A skoro tak, to ostatnie pytanie pozostaje otwarte:
Jeżeli Bóg istnieje — kto z nas bardziej ryzykuje, wierzący czy niewierzący?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)