Artykuł Magdaleny Środy „Żłobkowy atak na rodzinę” w Wysokich Obcasach przeczytałam pijąc poranną kawę. Błąd, bo powinnam go przeczytać zamiast.
Chodzi o komentarz do podpisanej przez prezydenta ustawy żłobkowej. Jestem jej zwolenniczką, bo może w ten sposób łatwiej będzie niektórym rodzinom zorganizować sobie życie. Nie każdy ma dyspozycyjna babcię niedaleko, nie każdego stać na nianię, nie każdy może sobie pozwolić na dłuższą niż urlop macierzyński, przerwę w pracy. Artykuł Magdaleny Środy ma jednak inny cel. Ma przekonać, że żłobek skutecznie może zastąpić rodzinę, a zwłaszcza taką, która jest dysfunkcyjna. Rodzina, w przekonaniu autorki, to obiekt zmitologizowany.
„Mit świętości rodziny wpajany przez katechetów dzieciom i narzeczonym, a przez prawicowych polityków wszystkim- jest niebezpieczny”- pisze autorka. „ Opiera się na przekonaniu, że rodzina ( „tradycyjna”) jest wartością tylko dlatego, że jest rodziną, a nie dlatego, że udaje jej się spełniać różne ważne funkcje . Według obrońców „świętości rodziny” trzeba robić wszystko, by zachować rodzinę, nawet kosztem prawa do bezpieczeństwa i szczęścia jej członków. Mit świętości rodziny nie uznaje praw indywidualnych kobiet i dzieci, bo to oni istnieją dla rodziny, a nie rodzina dla nich.”
Przedziwna , absurdalna konstatacja. Wydawało mi się zawsze, że to właśnie rodzina ma służyć i rodzicom i dzieciom by doświadczali pełni rozwoju i człowieczeństwa. Jeśli ta zasada zostaje złamana, rodzina funkcjonuje źle i trzeba ją naprawiać. Ale pani profesor uważa inaczej.
„Żłobki są miejscem, gdzie można wyrównać szansę dzieci opóźnionych, wykryć domową przemoc. Gdzie można uczyć społecznych więzi, zabawy, obowiązków i nawyków. Dom tego nie zawsze uczy”.
Jasne, a skoro „nie zawsze”, więc lepiej by wszystkie dzieci chodziły do żłobka, bo wtedy w razie czego„się wykryje”.
Ta metoda „równania w dół” to jedna z przeklętych zasad socjalizmu, którą na nieszczęście jesteśmy przesiąknięci. Poziom nauczania dostosowuje się do najgorszych w klasie, a nie do najlepszych. Obowiązek szkolny zamiast przywileju? Bo leniuchy nigdy same do szkoły się nie zgłoszą. Nawet lekcje religii powędrowały do szkół ( ze szkodą dla większości wierzących!!!) , bo, jak mi tłumaczył pewien ksiądz, gdyby nie było obowiązku, to niektórzy nigdy by na te lekcje na trafili. Być może, ale w ten sposób większość została skazana na bylejakość. Lekcje religii są traktowane w szkole jako godziny do przebimbania, a nie wolny wybór życiowej drogi ( jak to było wcześniej) Nie wspomnę o braku możliwości wyboru katechety. I tak we wszystkim równamy w dół. Są tacy, co nie zapinają pasów bezpieczeństwa , to wprowadzamy obowiązek . Są tacy co katują swoje dzieci, to zakaz klapsów. Czy ktoś robił badania, co bardziej niszczy psychikę dziecka: sprawiedliwy klaps, czy sprawiedliwe zamknięcie dziecka w pustym pokoju?
Wróćmy do artykułu.
W swoich oskarżeniach wobec rodziny pani profesor idzie jeszcze dalej, bowiem „wychowanie domowe – śmiem twierdzić- nie ma charakteru prospołecznego, proeuropejskiego czy obywatelskiego. Dzieci uczy się zasad higieny ( myj ręce) i bardzo podstawowych norm ( nie kradnij, nie kłam ), ale niewiele ponad to. Wychowując dzieci nie uczymy ich szacunku wobec prawa ani zaangażowania na rzecz innych, nie mówimy, by płaciły podatki, rozwijały postawy ekologiczne, były patriotyczne , bezstronne w ocenie etc. (…) Matka nie doniesie na własne dziecko, gdy ono kradnie, i nie powstrzyma go od przemocy, gdy jest atakowane.”
No cóż autorka wyraźnie boleje nad tym, że matki nie doniosą na własne dzieci, tylko będą próbowały tradycyjnie oddziaływać wychowawczo. Oby nie klapsem, bo to przestępstwo.
Dużo lepiej na dziecko wpłynie wychowawczyni w przedszkolu czy żłobku, bo ta ewentualnie nie będzie miała skrupułów ( to nie jej dziecko) i doniesie. A poza tym, w pakiecie z wymianą pieluchy, zrobi wykład o poszanowaniu prawa, zwłaszcza unijnego oraz płacenia podatków.
Efekt wychowania zbiorowego widać gołym okiem w polskich szkołach jak kraj długi i szeroki. Rola wychowawcza szkoły jest dzisiaj naprawdę marginalna. Wystarczy wejść do pierwszego z brzegu gimnazjum. W domach dziecka też pracuje fachowy personel. Ciekawe dlaczego tak niewielu absolwentów tych placówek udaje się szczęśliwie ułożyć życie.
To rodzina ma być miejscem, gdzie uczymy się, jak żyć. Nikt jej nie zastąpi. Patriotyzmu lepiej nauczy album rodzinnych zdjęć niż lekcja w szkole. Zaangażowania wobec innych- chora siostra czy mama, a dopiero później sąsiad czy Owsiak w telewizji.
W tej strasznej zacofanej Polsce, gdzie nadal oddanie dziecka do żłobka jest ostatecznością, tysiące dzieci rosną w tradycyjnych rodzinach. I chociaż zmieniają się realia i trudniej wypełniać podstawowe zadania ( rozwody, praca obojga rodziców) , nie szukajmy substytutów w instytucjach. Pomagajmy rodzinie, wspierajmy ją, naprawiajmy ją, ale nie zastępujmy. Fajnie , że są żłobki. Niech dobrze rodzinom służą, gdy to absolutnie konieczne.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)