Oglądam nieustająco doniesienia z Japonii. Obrazy zniszczeń, ludzkie tragedie porażają, ale jednocześnie jest w tych obrazach coś fascynującego. To sami Japończycy, tak odmiennie od nas, Europejczyków, Polaków, reagujący na doznane klęski.
Cierpią, ale tego nie okazują. ( Nie wiem, czy to zdrowsze, ale na pewno budzi szacunek. ) Nie wpadają w panikę, karnie stoją w kolejkach, nie demolują sklepów, nie rabują. Zorganizowani, metodyczni, gotowi do ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Nawet na śmierć. Zgodnie z tradycją, najgorsze, co może człowieka spotkać, to utrata szacunku otoczenia, ostracyzm, wykluczenie. Nie gloryfikuję tej nacji, ale wiele moglibyśmy się mogli od nich nauczyć. Albo choćby patrząc na nich, przypomnieć sobie, jacy potrafimy być. Bo jeszcze sto lat temu słowo honoru było twardym zobowiązaniem. Dzisiaj wyszło z użycia. Danie słowa do niczego nie zobowiązuje. Przyszłość jest przecież taka nieprzewidywalna. Po co więc obiecywać? I w imię czego w obietnice wierzyć?
Jeden z obrazków przykuł moją uwagę szczególnie. Kamera pokazuje zniszczony trzęsieniem ziemi fragment drogi szybkiego ruchu. Popękany asfalt, głębokie i szerokie szczeliny. Pierwsza myśl, naprawa będzie trudna, bo to prawdziwe dziury w ziemi, a w dodatku wokół tyle zniszczeń. Za chwilę słychać komentarz lektora:" A tak droga wygląda dzisiaj, po dwóch tygodniach od katastrofy." Kamera pokazuje gładką asfaltową nawierzchnię i żadnych oznak remontu na poboczach. Tam robią. U nas obiecują, że zrobią. Może trzeba odkurzyć dawne hasło o drugiej Japonii?Albo przynajmniej rzucić nowe: obiecuj, jak Japończyk Ech..


Komentarze
Pokaż komentarze (6)