Gazeta Wyborcza uwielbia ostatnio język mięsisty. Jak pani Wassermann podaje argumenty za ekshumacją zwłok małżonka, to Gazeta pisze: „podzieliła się makabrycznymi szczegółami z protokołu sekcyjnego”, czytaj: człowiekowi kulturalnemu takie słowa przez gardło by nie przeszły. Ale zostawmy rodziny smoleńskie. Swoją drogą ciekawe, że niektóre media ochoczo występują w obronie tych rodzin ofiar katastrofy, które „ chcą spokoju” , „chcą żyć normalnie”, przeciwstawiając im te rodziny, które aktywnie walczą o wyjaśnienie okoliczności tragedii, jakby te drugie nie chciały spokoju i normalnego życia, tylko jątrzenia i „makabrycznych szczegółów” .Tacy egoiści.
Zostawmy Smoleńsk, wróćmy do „Wyborczej”, gdzie kolejny tytuł znowu mięsisty: „Straszny rok kościoła”. Czyli już na wstępie wiemy, że kościół przeżył jakieś tornado, albo inne klęski żywiołowe. Autorka artykułu Katarzyna Wiśniewska stawia tezę, że katastrofa smoleńska stała się klęską kościoła, który nie udźwignął roli i dziś po ostatnim roku „stracił prawie wszystko”. Teza ryzykowna, ale Gazeta takie lubi. Autorka alarmuje: „rozpadają się tradycyjne wartości”, „ślub przestał być świętością ( plaga rozwodów), a urodzenie potomstwa nie jest już pierwszą powinnością kobiety”. Mieszanie się kościoła do polityki z jednej strony dla autorki było powodem „wyhodowania na własnej piersi Kościoła Jarosława Kaczyńskiego”, z drugiej strony brak zdecydowanej reakcji na Karkowskim Przedmieściu – to błąd kardynalny.
Naprawdę miło, że Gazeta tak troszczy się o kondycję polskiego katolika, ale mówiąc bardziej serio rzeczywiście kościelna hierarchia dzisiaj trochę się pogubiła. Dzieje się tak, moim zdaniem, od czasu , gdy Jan Paweł II okazał się być wybitnym papieżem. Kościół w Polsce zamiast potraktować ten fakt jako okazję do porządnej pracy nad sobą, uznał, że skoro „nasz” został takim fantastycznym Ojcem Świętym, to „my” jesteśmy równie cudowni. I rozpłynął się w samozadowoleniu. Awans kard. Dziwisza jest tego dobitnym przykładem. Chyba nikt się nie zastanawiał, czy Dziwisz ma odpowiednie predyspozycje. „Był blisko” – to wystarczająca rekomendacja. No i mamy, co mamy, czyli brak charyzmatycznej postaci na czele polskiego kościoła, który zresztą też ( jak Polska) trochę się jeszcze po cichu podzielił (na zwolenników i przeciwników Radia Maryja oraz zwolenników i przeciwników PiS).
Tymczasem sami wierni czują, że kościół wymaga odważnych zmian. Nie chcą by parafia była oskubującym klientów przedsiębiorstwem, razi ich, jeśli proboszcz żyje w dużo większym dostatku, niż parafianie. Irytuje, gdy nie można odwołać proboszcza, który się do tej roli nie nadaje. Niektórych zastanawia też, czy ksiądz powinien zajmować się remontem dachu, pozłacaniem ram obrazu, wymianą ławek, czy raczej tylko i wyłącznie posługą duchową. Już od dawna istnieją możliwości, by wszystkie te „ bytowe” funkcje przejmowały rady parafialne. Gdzieniegdzie tak się dzieje, ale to wyjątkowe sytuacje. Proboszczowie nie lubią, gdy parafianie się „wtrącają”.
Wielu katolikom przeszkadza mieszanie się do polityki. I rzeczywiście podpowiadanie parafianom, na kogo mają głosować, jest niedopuszczalne. Ale kościół powinien ( i to głośno) mówić, jakie reguły życia społecznego są dla katolika fundamentalne. A tego brakuje. Jeśli w Polsce toczy się dyskusja o In vitro, to oczywiście kościół powinien wyjaśnić wiernym , jakie jest jego stanowisko i dlaczego. Podobnie z antykoncepcją, rozwodami, eutanazją, aborcją, zdradą itd. Każde z dziesięciu przykazań trzeba przełożyć na język współczesności. Żyjemy w czasach, gdy hedonizm urasta do rangi religii. Media temu przyklaskują, bo to napędza reklamodawców i jest dla odbiorcy miłe dla oka i ucha. Asceza, samo ograniczanie potrzeb, praca nad sobą brzmią dla młodych ludzi archaicznie i groteskowo. Jednak w kazaniach nie słychać praktycznej refleksji, brak przykładów z codziennego życia. Słuchając kazań w kościele ( chodzę do kilku parafii, wciąż mając nadzieję, że będzie lepiej), dostrzegam, że księża maja niezłe wykształcenie teologiczne, ale kompletnie nie potrafią odnieść tego do współczesności i codziennych problemów zwykłego Kowalskiego. Wielokrotnie łapałam się na tym, że cytowana Ewangelia nadawała się szczególnie do poruszenia akurat dyskutowanego szeroko wydarzenia , ale w zamian dostawałam jedynie rozszerzone powtórzenie tekstu z ogólnymi hasłami czerpania z nauk Chrystusa. Ale jak? Konkretnie? Jutro w pracy, w domu. Jakby księża nie potrafili dostrzec, że katolik codziennie styka się z pytaniami, na które nie zna odpowiedzi. W efekcie coraz więcej ludzi rezygnuje z chodzenia na niedzielną mszę ( bo nie rozumie po co, skoro ksiądz tylko „przynudza”), coraz więcej osób tworzy też sobie własny, wykoślawiony kodeks wiary, bo albo im tak wygodnie, albo nie usłyszały nigdy wprost, że to, co wydaje im się jedynie słuszne, jest błędem lub brakiem wiedzy.
Polska jest wierząca w tym sensie, że dla większości z nas wiara jest nadaniem życiu sensu i celu. Jest potrzebą obecności Boga w życiu, drogowskazu w codzienności. Jednak ta nasza wiara wymaga solidnej pracy u podstaw. Bez reformy kościoła hierarchicznego będzie coraz trudniej. Oczywiście prędzej czy później do zmian dojdzie. Ale czy nie szkoda czasu?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)