jEST PIĘKNIE. Wiosna zawitała ciepłem w Dolinę Parsęty,moja W. potruchtała wsadzać brakujące kwiecie w rabaty i skalniak,z nadzieją,że nie pomarzną nocą,a nocki wciąż zimne tu mamy. Mieszkamy w dużym domu z białej cegły. Ma ponad sto lat; sam w sobie jest zimny,więc wieczorami mus dogrzewać się, a że blisko połowa domu ma 3,60 m wysokości, więc i hajcowanie jak się patrzy.
Dolina Paręty to miejsce ciekawe. Położona opodal Wału Pomorskiego,bujna lasami,zamieszkała przez gminy ludnościowo nieliczne.
I pozbawiona większości atrakcji, z jakimi kojarzą się pobliskie pojezierza. Tylko Parsęta, jej dopływy i małe śródleśne zbiorniki o czystych wodach,gdzie i raki bytują. Kraj stary. Są tu ślady bytowania wielu nacji : miejscowe muzeum w Sz. pełne jest dowodów materialnych, pokazujących, jak ta jałowa w końcu ziemia, potrafiła przytulać do siebie wielu ludzi z wielu epok. Tu są,albo bywały do niedawna starożytne kamienie milowe, krzyże pokutne, wzniesienia i domeny przysypane piachem, zarośnięte lasem, wewnątrz których ongiś tętniło życie. Opodal Czaplinka, miejsca ważnej komandorii rycerskiej Joannitów, stoi potargana czasem i historią- twierdza Stary Drahim. Miejsce jednego z niewielu polskich starostw wojskowych, które polskim ostało się aż do II-go rozbioru. Jeszcze bliżej, w obszarze już miejskim Sz., było miejsce zwane MARIENTRON,w którym jako ambona, służył powóz tryumfalny Jana III-go. Tu też, jako jeden z niewielu, ostał się posąg kamiennego bóstwa dawnych Słowian, zwany Belbukiem. Tu powstają , wbrew wszelkim przeciwnościom, najlepsze ,polskie miody. Wciąż,w odróżnieniu od zagranicznych, bez dotacji. I tu wolno,ale systematycznie, odtwarza się winorośl środkowopomorską, znaną jeszcze z przedwojennych hodowli niemieckich. Bohaterka jednego z naszych narodowych eposów - LILLA WENEDA, pochodziła stąd. Ludność napływowa, germańska, nazywała jeszcze w XIX wieku, warstwę tubylczą - Wenedami. I działał tu także w pierwszej połowie XIX wieku pewien nauczyciel, Niemiec, który złotymi zgłoskami zapisał się jako autorytet naszej Komisji Edukacji Narodowej,a który póżniej, już jako dyrektor miejscowego liceum, przetłumaczył i wydał modlitewnik dla autochtonów - w języku wenedyjskim. A co to był za język ? To był dawny kaszubski,dziś uważany zaledwie za gwarę, w najlepszym razie - za dialekt.
25 lat temu,w ramach tzw. emigracji wewnętrznej, zajęlismy z moją W. opuszczone siedliszcze;ludzie za chlebem, na Śląśko pojechali. Po tylu latach, nawet nie sądziłem,że to napiszę : zmęczeni, skostnieni, zaganiani,zahukani,do bólu wypełnieni gonitwami szczurów i hałasem - przybywajcie, jeśli trochę macie grosiwa.
Znajdą się miejsca i dla was. Pozdrawiam.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)