W naszym bloku -familoku, pięter do cholery i trochę, przecież chałupina strasznie starawa jest, lubo obok niej, bywają i jeszcze starsze. Z tamtymi, los obszedł się łaskawiej : lokatorzy od wielu pokoleń ci sami, łobuzów było mniej, a bandyci mieli dla nich więcej poszanowania. I znacznie mniej bomb i pomysłów na readaptacje.
Nasze domiszcze doświadczyło co tylko chcesz : wpierw budowy, nie zawsze wg. potrzeb i możliwości, potem lokatorów bezimiennych i szczerze mówiąc - zbarbaryzowanych, wielu podpaleń, łupiestw, osypywania, pomysłów architektonicznych rodem ze świata czterech stron, bezdusznej niedbałości, omnipolicyjnego nadzorstwa, bomb, granatów, miotaczy płomieni, wysiedleń i najpospolitszych łajdactw, bo familokiem potrafiły zawładnąć siły, ponad nasze siły. I te trzymały nasze cztery kąty krótko, czasem na pokaz, ale zawsze zgodnie wolą administracji.
Minęły wieki, sezony, anegdoty, przebudowy, style, gromady mieszkańców. Nigdy jednak nie zginęła i nie zginie WOLA i OCHOTA kolejnych administratorów, by nas urządzić odpowiednio, na okoliczność i dla potrzeb zarządu. Jednak ŻYJEMY.
Smycz i kaganiec przystosowano do praw epoki; stały się mniej widoczne, bardziej rozciągliwe, doskwierające, ale nie ponad nasze doświadczenia, wyedukowane tak, jak można wykształcić gwałt, przemoc i jarzmo, zamordyzm - wiktymologię w ciele poddanym. Bo państwo i jego dom, to zbiorowy obowiązek.
A obciążenia, trybuty, haracze, opłaty - to tylko nasz.
To i hola, hola - la !
****** ******** ******** *********
Andrzejowi Puchale z Warszawy ; on to wymyślił, przed wielu laty,że nie ma bloku-familoku, bez siuśtolnika, ciumkadła i drewutni. I wolności. A było to jeszcze za komuny - w agonalnych podrygach.


Komentarze
Pokaż komentarze