Jazgot o nikczemnym Brunonie K. zszedł na daleki margines wydarzeń. Dokładnie tak, jakoby go nie było. Nim jednak zszedł, ujawniono cele łotra : chciał przy pomocy czterech ton trotylu, załadowanych do dwutonowego transportera, staranować zaporę dosejmową, wpaść na dziedziniec, najbliżej loży prezydenckiej, zwiać, aha- odpalić, zwiać i jakoś - tam zdetooooonować.
Zabity miał być Sejm w większości, prezydent, w całkowitości, marszałkini Sejmu, jak tylko się da, oraz siedząca pod prezydentem - elita PISu- , do czego sama się przyznała. Jako ma się rozumieć - ofiara POTENCJALNEGO zamachu.
Mniej istotnymi, okazjonalnymi ofiarami , miały być pani Gronkiewicz - Waltz od Ratusza i pani Olejnik od Telewizorów.
Dla realizacji potwornego zamiaru, łaydak ten i kanalia z pięknego miasta Krakowa, potrzebował żwawej współpracy grona agentów tajnych służb, którą uzyskał i które dalej pokierowały nim tak, jak nikt nigdy nie pokierował terrorystą. Przez chwilę , opinia publiczna zachodziła w głowę, komu we łbie ulągł się pomysł zamachu : doktorowi Brunonowi , w trakcie bywania na facebooku, czy państwu agentostwu, przebranemu za - dajmy na to - goły tors pewnego parlamentarzysty. Na całe szczęście, opinia publiczna, po wym. niebezpiecznym zachodzeniu , wróciła.
My , w większości nieomal normalni ludzie, uznaliśmy rzecz o Brunobomberze, za megajajcarską burleskę ; kandydat na polskiego Breivika zapadł się w żywej niepamięci tabloidów i tylko jeden Naczelny Lekarz Lechistanu wie, w którym zakładzie i z jaką wstępną diagnozą , przechowywany jest. Wszyscy POZOSTALI aresztowani wraz z panem doktorem, na wolności szykują się do Wigilii.
Lub - do końca świata.
Ponieważ na tapecie wolnych mediów, koniec naszego świata i okolicznych gmin wzbiera, niczym zamiar zadęcia w jerychońskie trąbity.. Tabloidy, a razem z nimi, gazety zdaje się poważne, omawiają aspekty końcówki : z punktu widzenia historycznego, histerycznego, biblijnego i wieszczego - lubo bez stosownych święceń. I na nic zapewnienia współczesnych Majów , że im się tam trochę pokićkało- na kamiennym kręgu. Wiadomo : krąg jak to on - obwód ma ograniczony, równie mocno, jak wyobrażnia prowincjonalnych sybilli. Sybilli ?
W tym całym zgiełku i rwetesie, nikt jakoś nie zebrał się w sobie i nie zadzwonił do jasnowidza Jackowskiego , do pięknego Człuchowa. Lub bodaj do rzecznika tamecznego burmistrza, z pytaniem , czy pan wizjoner spokojnie chadza sobie z miasta na zamek i z powrotem, czy też dawno spakowawszy sakwojaże, przepadł gdzieś w bezpiecznej okolicy, dajmy na to - w królestwie Bhutanu, w Himajalach. Tyle, jeśli chodzi o pana zamaszystę i koniec Universum.
Ps : Jedzie do mnie w tej chwili, przyjaciel z b. dawnych lat. Od Krakowa jedzie, onej miejscowości koło Nowej Huty, proszę varsavianistów. Przez Poznań, Piłę, Jastrowie ( "Pierwszy dzień Wolności" Kruczkowskiego ) , Czaplinek ( ten od Joannitów ) i dalej na Kołobrzeg, w którym m o j a Parsęta, wpada do morza. A że jest zawodowym psychologiem sądowym, zastanawiam się, jakąż to bombę mi wiezie.
Zdrowych, pogodnych , wesołych Świąt, zaraz po końcu świata !


Komentarze
Pokaż komentarze (5)