Jak wiadomo, w sezonie ogórkowym, który trwa, gdy nie ma o czym, to trzeba o byle czym, np. o przypadku Miecugowa, Grzegorza - syna dobrego poety - Brunona. A może tylko Bruna.
Pojechał, zgodnie z rozpiską, Grześ na Przystanek Woodstock i dostał od przechodnia po mordzie. I stała się rzecz, Rzeczą niesłychaną. Grzecha biją, naszego ! Zawrzasnął tłum postępowców i akolitów.
Wraz z nimi, zapewne w pierwszym rzędzie , GAZOWNIA i co tam jeszcze, w świecie szerokim, którego okiem ... W twarz szczerą i otwartą dostał bowiem gość, który po wielu latach cierpień, katuszy i wzmagania się ze sobą wyznał, że jest z pochodzenia starozakonnym. Naszych biją ! Na Woodstock ! EHEU !
Do licznych gąb, przyprawianych nieborakowi Owsiakowi, przybędze dodatkowo - gęba systemowego antysemity ; och, Jurku !
Wypada dać sobie siana, koledzy blogerzy, komentatorowie, użytkownicy polskiego netu. Bo zabijają naszych na dalekich ekspedycjach, bo giną nam dziennikarze wewnątrz kraju - na zawsze. I tyle naszego, co się pogada. Zawód żurnalisty, jest profesją wysokiego ryzyka : na jednym poziomie umocowania, wraz z kominiarzami, palaczami w kotłowni, panami władzą z taranem u twych dzrzwi, municypalnymi strażnikami i pilotami tak nam brakujących , bojowych samolotów.
W rzeczy samej, widzę szerokokosmatą pierś dyrektora Miszczaka, tulącą poszkodowaną twarz Grzegorza. I złożoną obietnicę, że mu stacja podniesie ubezpieczenie z tytułu ryzyka zawodowego. Być może, tylko o premii szkoda gadać.
Takie życie żurnalistów, proszę Państwa.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)