Komentuj, obserwuj tematy,
Załóż profil w salon24.pl
Mój profil
adam kadmon adam kadmon
309
BLOG

Witryna Poetów nr 27

adam kadmon adam kadmon Kultura Obserwuj notkę 1

   Styczeń w karnawale syci zmysły. Kto może niech tańczy szalejąc do upadłego ; przecież spalamy się niczym świeczka i lada podmuch może zgasić płomyk. Kto nie może, czy naturę ma refleksyjną, niechaj przy kominku siedząc , grzeje utrudzone kości , snując monolog czterem ścianom , obrazom,psu warującemu u stóp - spoglądając  w przeszłość. Kto musi , napisze wiersze płynące     z jego trzewi , wyobraźni , przeczuć.

                                            Przeczyta , kto zechce.

 

                                  ADA IRENA  OTOLSKA

                                    Środkowopomorskie

 

                                    Czas  niedomknięty                                    

 

 

Wróciliśmy do jesieni, bo lato już po brzegi
cierpkich pytań, gorących skreśleń i wykrzykników.
Wróciliśmy do czasu zapatrzonych oczu…
w elektryczną poświatę i ust zamarłych w linijkę.
Wróciliśmy do ulic skutych pośpiechem reflektorów.
Wróciliśmy, pomimo że wyruszamy, by wrócić
po dłoń, po garść ziemi i samotność.

A było to latem, gdy chyba kochałam jeszcze
zgiełk skrzydeł, grzechy deszczem zmyte…
I było to latem, gdy kochałam nabrzmiały miodem
oddech lipy i spłowiałe słońce nad horyzontem.
I kochałam ludzi, którym szeptał wiatr przyszłe historie
koniecznych rozstań i powrotów…
A było to latem i pomyśleć tylko, że tak łatwo wrócić
i ująć dłoń, w której wczorajsze nieporozumienie
spłukała słona esencja lata,
i samotność uciszyć nagłym zdziwieniem wybrzeży
pełnych sitowia, trzciny, odgłosu wody i piasku.

 

                                       

Iść…
pomiędzy łamaniem chleba i fantasmagorią Ikara,
pomiędzy zuchwałym szarpaniem chmur kamiennymi wieżami,
pomiędzy oczekiwaniem na przyjaciela,
który wypełni puste krzesło jesieni,
pomiędzy posągami zrujnowanych twarzy – nie do pojęcia,
pomiędzy piaskiem łaknącym wody,
pomiędzy skrzydłami tnącymi błękit,
pomiędzy wargami gubiącymi oddech w szepcie miłosnym,
pomiędzy dotykiem na wyciągnięcie dłoni.

 

 

                                               DWUKIERUNKOWA

 

 

upływamy pomiędzy stolikami

sącząc falę dymu

czuję kolizję

nasze twarze dryfują

ku sobie

 

ktoś krzyczy dobranoc

ktoś inny wypierdalaj

 

noc wyrzuca na brzeg

plecy by się sobie oprzeć

tobie

 

potem milcząc

odpadam od ciebie

jak tynk

 

jedno podzielone na dwoje

 

 

                                    WIEM ?  NIE WIEM ?

 

 

już prawie dotarłam tam

gdzie zaczyna się pewność

 

przed manipulacją

fortelami słów

i pół prawd

 

gdy wśród nagich pięści

okrwawionego bruku kopniaków

i spazmatycznie zwieranych powiek

piszę nowy testament człowieka

bez wątpliwości

że i mać i kurwa znaczyć będą

nie tyle samo

 

bo chciałabym wierzyć

że jest przepaść między

służbą a służalczością

prawdą i blagą

 

i że nie ostatnim

węzłem -

nadzieja

 

 

                                                      JAROSŁAW  BAPRAWSKI

                                                              New Jersey -  USA

 

 

                 Pastorałka na nowy świat końca herezji

               __________________________________

 

 

współcześni ludzie 


to pożeracze własnych mózgów 


żerujący na gównie 


ulepionym z nieswoich zdań

 

biedni bogatych 


bogaci biednych

 

wszystko co przemielą

 
rozparzone języki

 
żrą pomiędzy sobą

 

na każdym kroku

 
polityków 


prezydentów

 

Obywatele obywateli

 

Kurwa

 

jak pięknie 


dumnie to brzmi

a może 


karmiciele i dawcy 


grabarze połączonych sztabów 


nad urnami pełnymi prochów kłamstw

 
spopielonych między ustami 



mikrofonem

 

kamerą

 
plebsem 


a ekranem

 

w telegotowaniu na twardo

 
jajogłowych pederastów 


ciągnących sobie druty 


po zejściu wizji 


z orbity 


na ziemię 


osranych 


zaszczanych 


obrzyganych 


zachlanych 


na ziemię syfu 


monopoli 


taniego wina 


agencji towarzyskich 


poselskich biur 


miast 


wsi

 

na ulicy leżą wszyscy 

 


równo w gównie 


obyczajowa śmietana 


pierwszej strony gazety

 

i obowiązkowo 


wysokiego szczebla 


prowokacja 


z tłustej czcionki

 

Arcy Kurwa 


sekretarka 


asystentka 


cichodajka 


bez pracy 


skruszone damy 


nakarmią motłoch rewelacją

 
seksualnych dewiacji 


pseudoliderów

 
prawicy 


lewicy 


skrajnych ugrupowań 


centro olewaków 


zacnych ludzi

 

na szlaku 


na flaku 


na fleku

 

wszyscy są karmą 


wszyscy pożywieniem 


wszyscy małpami łykającymi kit 


padłem żerującym na tonącej łajbie

 

mimo to 


popierdolmy 


jeszcze o ideach

 

wartościaciach 


państwie 


komórce 


in vitro 


bogactwie 


gejach 


lesbijkach 


anarchii

 

o lewych rękach do pracy 


i innych chujach mujach 


nie mówmy

 

codziennie

 
popijam to wódą 


spłukuję do szamba 


z resztkami kaca

 

szczęśliwy jak mało kto 


piszę swoją poezję 


sam czytam 


i czekam

 

na wielki wybuch 


fanatycznej wolności

 

 

 

                         NAD  WISŁĄ

 

 

nad Wisłą

 

mogiły bohaterów


pozostały bezimienne


porosną smutnymi datami


w nieśmiertelnych kalendarzach

 

kolejne drzewa


starte na papier


spłyną żywicą

 

cichą modlitwą


w stukocie czcionek


krwisto czerwonych nekrologów

 

szyderstwo śmierci


w bezbronnych oczach

 

dla jednego oddechu


drzwi dzwignęły symbole

 

próg był relikwią

 

dom


Ojczyzną

 

jeszcze tylko ten Krzyż

 

i te matki


w niemodnych beretach

 

ością stoją

 

na drodze do wolności


podeptane róże


i słoma

 

 

 

 

                       DIDŻEJ

 

 

 

wracamy po północy


kran dalej kapie

 

to samo łóżko


z nową twarzą


wygląda bosko

 

 

 

 

mechanicznie zmieniam płyty


otwieram butelkę


kolorując złudzenia

 

pukamy się do czwartej


w przerwach na siku


trochę dymu


lampka wina

 

wraz z naftą


gasną tematy


resztkę ciepła


wcieramy w ciała

do południa


wyczarujemy z fusów


niezgodność charakterów

 

nie patrząc w oczy


zamieciemy pod dywan


sterty rozczarowań

 

jak zwykle


nacisnę 


stop

 

trzask w głośnikach

 


zagłuszy kroki za drzwiami

 

sąsiadka krzyknie przez ścianę

 

Kurwiarz i pijak

 

wysmaruję jej klamkę gównem


rozkocham

 

po ślubie


wyrzucę w pizdu


te płyty

naprawię kran


posadzę drzewo

 

 

            ***

 

 

miłość jest wtedy 


gdy do czterdziestolatki


mówisz Maluszku

 

a ona nie zaśnie


dopóki nie dotknie


twojego ramienia 


męskości

 

 

 

 

                                           MAGDALENA  BLU

                                                     Łódź

 

 

 

                     RĘKOPIS  KTÓREGO NIKT NIE ZNALAZŁ

 

 

 

egzotyczne nazwy dobrze brzmią

 

dlatego niech będzie arabski chłopiec

 

zredukowany do pyłu na pustyni

 

któremu w ucho szepcze Bóg

 

 

i teraz Jamal spierzchniętymi ustami zapyta

 

dlaczego mnie karzesz

 

 

unoszę brwi

 

przecież jesteś wymyślony

 

nawet pragnienie to imaginacja

 

 

mogę tak zrobić bo sama jestem Jamalem

 

szkatułkowe konstrukcje

 

mają coś z odkrywania boskiej cząstki

 

 

gdy i on napisze wiersz z pozycji stwórcy

 

wciąż będzie rozmyślał

 

kto otwiera pierwsze wieczko

 

 

 

 

 

 

                           KARTAGINA

 

piszę ten wiersz jak się pisze list

znad krawędzi świata

zakrzywionej w dziecięcą podkówkę

 

sto dni i sto nocy walczył dzielny Batyr

z ognistym potworem

 

podobnie było z zapałką upuszczoną most wcześniej

rzymskim okrętem i setką wioślarzy

wulkan dymił


fasole puszczały pędy

Hannibal wkroczył do Italii

 

pani w urzędzie nie pyta o literaturę

słonie giną w śniegu

okienkowy strateg popija herbatę

 

comiesięczne wojny punickie

uporczywie kończą się tak samo

 

 

 

                                       RYCERZE

 

 

sobota nie pachnie jak wtedy

 

przychodzi powiedzieć

 

bądź dzielny i śmiej się

 

 

kiedyś mieliśmy winylowe płyty

 

uciekały z nas równiny

 

a wnikały wschody

 

jakby od nich zależała cała roślinność

 

 

później wystające listki z rękawa

 

muskały wnętrze dłoni

 

i szukaliśmy graala

 

 

na koncertach

 

pod stadionem

 

obok klatki

 

każdy swojego

 

 

bo stoły przecież

 

nie muszą być okrągłe

 

 

 

                                             na  DESER edycji  wielki mag słowa

                                                                

                                                                  R I L K E

 

                                                            (  1875 - 1926  )     

 

 

Abiság

Rainer Maria Rilke

 

I

 

Leżała, mając szczupłe swe ramiona

wokół zwiędłego przewiązane ciała,

gdzie tyle długich, słodkich chwil leżała,

nieco starością jego zalękniona.

 

Bywało, na krzyk sowi twarz uniesie

znad brody, którą był okryty on,

czując, jak tkliwie-pożądliwie pnie się

ku niej — co nocą jest — ze wszystkich stron.

 

Mrugała gwiazda, tajna doradczyni,

zapach łożnicą szedł za krokiem krok,

drżał fałd zasłony, jakby znaki czynił

i za znakami cicho szedł jej wzrok.

 

Lecz ona, do mrocznego lgnąc starucha,

na noc nieczuła i na jej podchody,

grzała piersiami majestatu chłody,

jak duch dziewicza i jak puszek krucha.

 

II

 

Codziennie król wspominał, ledwo świta,

świetność minioną i rozkoszy smak;

u stóp leżała suka-faworyta.

Lecz w noc go okrywała Abisag

swym ciałem; ponad życiem, pustym jak

brzeg niegościnny, gdzie nikt nie zawita,

gwiaździsty piersi jej górował znak.

 

I jako ten, co niegdyś znał niewiasty,

posępnie śledził spopod brwi krzaczastych

kamienny kształt niecałowanych ust.

I widział: nie nagina się ku niemu

uczuć jej gałąź gibka. — Dreszcz go ziębił,

zdejmował mróz. Wsłuchiwał się po psiemu

i szukał siebie w swej najskrytszej głębi.

 

   

 

Rainer Maria Rilke

Elegie duinejskie

 

 

Każdy anioł przeraża. Lecz, biada mi, dla was

zaśpiewam, o was, nieomal zabójcze ptaki duszy,

wiedzący o was. Gdzież są dni Tobiasza,

gdy jeden z Promieniejących stanął u prostych wrót domu,

w na wpół podróżnym stroju i już nie budzący grozy:

(młodzieniec wobec młodzieńca, co się przyglądał ciekawie).

Gdyby teraz archanioł, straszliwy, wyszedłszy zza gwiazd

o krok tylko ku naszej zniżył się stronie, wniebo—

wzbite zabiłoby nas własne serce. Kto jesteście?

 

Wcześnie uszczęśliwieni, ulubieńcy stworzenia,

grzbiety gór, jutrzenkowe krawędzie

wszelkiego początku, pyłki kwitnącej boskości,

przeguby światła, galerie, schody, trony,

przestrzenie istności, tarcze z rozkoszy, fermenty

burzliwej ekstazy, i nagłe, odosobnione,

lustra, które swą piękność zniknioną

na nowo wchłaniają w swe własne oblicze.

 

Gdyż ogarnięci uczuciem spalamy się ach, zawsze

ulatniamy się z naszym oddechem; od drwa płonącego do drwa

wydajemy woń coraz słabszą. A wtedy ktoś nam powiada:

tak, w krew moją wchodzisz, ten pokój, ta wiosna

napełnia się tobą... Daremnie, nas nie zatrzyma,

znikamy w nim, wokół niego. A ci, co są piękni,

o, któż ich zdoła powstrzymać? Nieustannie powstaje

pozór w ich twarzy i pierzcha. Jak z pierwszych traw rosa

ulatnia się z nas to wszystko, co nasze, jak żar

z gorącego pokarmu. O, Uśmiech, dokąd? O, spojrzenie w górę:

nowa, ciepła, odpływająca falo serca: —

biada mi, jednak tym wszystkim jesteśmy. Czy przypadamy

do smaku wszechświatom, w których nikniemy? Czy aniołowie

przechwytują to tylko, co z nich jest, naprawdę, czy może

jakby z niedopatrzenia ma w tym niekiedy swój udział

cząstka naszego bytu? Czyli jesteśmy tylko

tyle wmieszani w ich rysy, ile niepokój w twarze

brzemiennych kobiet? Nie widzą tego w chaosie

powrotu do siebie. (Jakże mieliby dostrzec.)

 

Kochający mogliby to wypowiedzieć cudownie,

w powietrzu nocnym, gdyby umieli, gdyż może wszystko

nas zataja. Patrz, drzewa są, domy

zamieszkiwane przez nas jeszcze trwają. My tylko

mijamy obok wszystkiego jak fala powietrza.

I sprzysięga się wszystko, by nas przemilczeć, może

na wpół jak hańbę, na wpół jak niewyrażalną nadzieję.

 

Kochankowie, wzajemnie zaspokojeni sobą,

zapytam was o nasz sekret. Spleceni w uścisku. Czy macie dowody?

Patrzcie, i to mi się zdarza, że moje dłonie

spoufalają się z sobą, albo że moja zużyta

twarz w nich znajduje schronienie. To mi dostarcza nieco

pewności. Lecz któż by odważył się przeto aż istnieć?

Ale wy, którzy z zachwycenia drugiej istoty

czerpiecie siłę, dopóki ta druga was nie pokona,

błagając: już dosyć — wy, co pod dłońmi

dojrzewacie jak dni winobrania,

którzy niekiedy giniecie, tylko dlatego, że jedno

bywa silniejsze: zapytam was w naszej sprawie.

Wiem, że wasz dotyk jest błogi, gdyż pieszczota trwa nadal,

gdyż miejsce, które osłaniacie, tkliwi,

nie znika: gdyż w tym, co się dzieje, czujecie

czyste istnienie. Tak obiecujecie sobie niemal wieczność

od uścisku. A jednak, gdy pierwszych spojrzeń

lęk was opuści, i wytrzymacie tęsknotę przy oknie

i pierwszą wspólną przechadzkę po ścieżkach ogrodu:

kochankowie, czy jeszcze jesteście sobą? gdy usta na usta,

kiedy przylgniecie wzajemne — napój na napój:

o, jak pijący odchodzi niezwykle od tego, co czyni.

Czyli was nie zdumiała na stelach attyckich

powściągliwość ludzkiego gestu? Czy miłość i pożegnanie

nie kładą się tak lekko na plecy, jakby stworzone

z innej materii niż nasza? Czy pamiętacie

nieważki dotyk dłoni, mimo że w torsach jest siła.

Ci powściągliwi wiedzieli: na tyle możemy się zdobyć,

ta rzecz jest nasza, tak czuły dotyk; silniejszy

jest ucisk bogów. Lecz to bogów sprawa.

 

Ach, gdybyśmy mogli znaleźć czystą, trwałą, choć wąską

dziedzinę ludzką, skrawek urodzajnej ziemi

między rzeką a skałą. Gdyż nasze serce wciąż jeszcze

      

 

                            ORFEUSZ , EURYDYKA , HERMES

                            Rainer Maria Rilke

 

To była dusz kopalnia osobliwa.

Podobne cichym srebrnym grudom szły

jak żyły poprzez mrok. A wśród korzeni

tryskała krew, co w ludzi się przelewa,

i była w mroku ciężka jak z porfiru.

Czerwieni więcej nie było.

 

Lecz skały

i nierealne lasy. I nad pustką

mosty i tamten szary, ślepy staw,

który nad swoim dnem dalekim wisiał,

niby deszczowy strop nad krajobrazem.

Wśród łąk łagodna, pobłażania pełna,

blada się wstęga drogi ukazała,

jak gdyby długi ciągnący się bielnik.

Na takiej właśnie zjawili się drodze.

 

Na przedzie smukły mąż w błękitnym płaszczu

niemo i niecierpliwie przed się patrzał.

Nie żując jego krok pożerał drogę

w olbrzymich kęsach; ręce mu zwisały

z opadających fałd — ciężkie, zamknięte,

jakby nie wiedząc nic o lekkiej lirze,

która tak wrosła w jego lewą dłoń

jak wić różana w gałązkę oliwną.

A jego zmysły jakby się skłóciły:

gdy jego wzrok jak pies wybiegał naprzód,

zawracał, wracał i wybiegał znowu,

i na najbliższym czekał nań zakręcie —

słuch i węch jego zostawały w tyle.

Niekiedy mu się zdawało, że kroku

tym dwojgu dotrzymują, którzy mają

po tym wzniesieniu iść za nim pod górę.

Znów był to jego wznoszenia się pogłos

i trzepocący za nim powiew płaszcza.

Powiedział sobie, że jednak nadchodzą,

powiedział głośno, słysząc echo swoje.

Nadchodzą jednak, jest ich dwoje tylko,

tak strasznie cicho idą. Mógłby przecież

raz się odwrócić (gdybyż odwrócenie

głowy nie było zniweczeniem dzieła,

tylko co dokonanego), natenczas

dojrzałby dwoje cichych — idą za nim:

boga wędrówek i poselstw dalekich —

podróży kołpak ponad jasnym okiem,

wysmukłą laskę, którą niósł przed sobą,

skrzydłami bijąc o przeguby nóg,

i — ją — przydaną jego lewej dłoni.

Tak — pokochaną, że więcej skarg wyszło

z tej liry niźli kiedykolwiek z płaczek;

że świat na nowo ze skarg powstał, w którym

raz jeszcze było wszystko: las, dolina,

droga, osada, pole, rzeka, zwierzę;

i że wokoło tego świata skargi,

całkiem jak wokół innej ziemi słońce

i ciche niebo gwiaździste krążyło,

niebo skarg ze spaczonymi gwiazdami —

tak — pokochaną.

 

A ona z ręką w ręku boga szła

krokiem ścieśnionym wstęgami całunu,

niepewna, cicha, cierpliwości pełna.

Skupiona jak nadziei wielkiej człowiek,

nie dostrzegała męża, co szedł z przodu,

ani też drogi, która w życie wiodła.

Skupiona w sobie. Istnienie w niej śmierci

jak pełnia ją wypełniało.

I niby owoc słodyczy i mroku,

tak pełna była swojej wielkiej śmierci,

tej nowej, że nie pojmowała nic.

I była jakby w nowej dziewczęcości,

niedotykalnej; jej płeć się zawarła,

jak młody kwiat zamyka się pod wieczór;

jej dłonie tak odwykły od zaślubin,

że nawet nieskończenie lekkie boga

zwinnego prowadzące ją dotknięcie

odczuła jak zbyt wielką poufałość.

 

Nie była już tą jasnoblond kobietą,

która w poety nieraz pieśniach brzmiała,

zapachem, wyspą szerokiego łoża,

ani też męża onego własnością.

Była jak długie włosy rozluźniona

 

 

                                    przełożył  Artur  Sandauer       

 

 

 

 

 

 

 

         Wersja na portalu Wirtualne Media

 

 

                http://blog.wirtualnemedia.pl/adam-kadmon/post/witryna-poetow-nr-27

 

 

                                     

adam kadmon
O mnie adam kadmon

Jestem istotą czującą , która swoje przeżyła.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura