Styczeń w karnawale syci zmysły. Kto może niech tańczy szalejąc do upadłego ; przecież spalamy się niczym świeczka i lada podmuch może zgasić płomyk. Kto nie może, czy naturę ma refleksyjną, niechaj przy kominku siedząc , grzeje utrudzone kości , snując monolog czterem ścianom , obrazom,psu warującemu u stóp - spoglądając w przeszłość. Kto musi , napisze wiersze płynące z jego trzewi , wyobraźni , przeczuć.
Przeczyta , kto zechce.
ADA IRENA OTOLSKA
Środkowopomorskie
Czas niedomknięty
Wróciliśmy do jesieni, bo lato już po brzegi
cierpkich pytań, gorących skreśleń i wykrzykników.
Wróciliśmy do czasu zapatrzonych oczu…
w elektryczną poświatę i ust zamarłych w linijkę.
Wróciliśmy do ulic skutych pośpiechem reflektorów.
Wróciliśmy, pomimo że wyruszamy, by wrócić
po dłoń, po garść ziemi i samotność.
A było to latem, gdy chyba kochałam jeszcze
zgiełk skrzydeł, grzechy deszczem zmyte…
I było to latem, gdy kochałam nabrzmiały miodem
oddech lipy i spłowiałe słońce nad horyzontem.
I kochałam ludzi, którym szeptał wiatr przyszłe historie
koniecznych rozstań i powrotów…
A było to latem i pomyśleć tylko, że tak łatwo wrócić
i ująć dłoń, w której wczorajsze nieporozumienie
spłukała słona esencja lata,
i samotność uciszyć nagłym zdziwieniem wybrzeży
pełnych sitowia, trzciny, odgłosu wody i piasku.
Iść…
pomiędzy łamaniem chleba i fantasmagorią Ikara,
pomiędzy zuchwałym szarpaniem chmur kamiennymi wieżami,
pomiędzy oczekiwaniem na przyjaciela,
który wypełni puste krzesło jesieni,
pomiędzy posągami zrujnowanych twarzy – nie do pojęcia,
pomiędzy piaskiem łaknącym wody,
pomiędzy skrzydłami tnącymi błękit,
pomiędzy wargami gubiącymi oddech w szepcie miłosnym,
pomiędzy dotykiem na wyciągnięcie dłoni.
DWUKIERUNKOWA
upływamy pomiędzy stolikami
sącząc falę dymu
czuję kolizję
nasze twarze dryfują
ku sobie
ktoś krzyczy dobranoc
ktoś inny wypierdalaj
noc wyrzuca na brzeg
plecy by się sobie oprzeć
tobie
potem milcząc
odpadam od ciebie
jak tynk
jedno podzielone na dwoje
WIEM ? NIE WIEM ?
już prawie dotarłam tam
gdzie zaczyna się pewność
przed manipulacją
fortelami słów
i pół prawd
gdy wśród nagich pięści
okrwawionego bruku kopniaków
i spazmatycznie zwieranych powiek
piszę nowy testament człowieka
bez wątpliwości
że i mać i kurwa znaczyć będą
nie tyle samo
bo chciałabym wierzyć
że jest przepaść między
służbą a służalczością
prawdą i blagą
i że nie ostatnim
węzłem -
nadzieja
JAROSŁAW BAPRAWSKI
New Jersey - USA
Pastorałka na nowy świat końca herezji
__________________________________
współcześni ludzie
to pożeracze własnych mózgów
żerujący na gównie
ulepionym z nieswoich zdań
biedni bogatych
bogaci biednych
wszystko co przemielą
rozparzone języki
żrą pomiędzy sobą
na każdym kroku
polityków
prezydentów
Obywatele obywateli
Kurwa
jak pięknie
dumnie to brzmi
a może
karmiciele i dawcy
grabarze połączonych sztabów
nad urnami pełnymi prochów kłamstw
spopielonych między ustami
a
mikrofonem
kamerą
plebsem
a ekranem
w telegotowaniu na twardo
jajogłowych pederastów
ciągnących sobie druty
po zejściu wizji
z orbity
na ziemię
osranych
zaszczanych
obrzyganych
zachlanych
na ziemię syfu
monopoli
taniego wina
agencji towarzyskich
poselskich biur
miast
wsi
na ulicy leżą wszyscy
równo w gównie
obyczajowa śmietana
pierwszej strony gazety
i obowiązkowo
wysokiego szczebla
prowokacja
z tłustej czcionki
Arcy Kurwa
sekretarka
asystentka
cichodajka
bez pracy
skruszone damy
nakarmią motłoch rewelacją
seksualnych dewiacji
pseudoliderów
prawicy
lewicy
skrajnych ugrupowań
centro olewaków
zacnych ludzi
na szlaku
na flaku
na fleku
wszyscy są karmą
wszyscy pożywieniem
wszyscy małpami łykającymi kit
padłem żerującym na tonącej łajbie
mimo to
popierdolmy
jeszcze o ideach
wartościaciach
państwie
komórce
in vitro
bogactwie
gejach
lesbijkach
anarchii
o lewych rękach do pracy
i innych chujach mujach
nie mówmy
codziennie
popijam to wódą
spłukuję do szamba
z resztkami kaca
szczęśliwy jak mało kto
piszę swoją poezję
sam czytam
i czekam
na wielki wybuch
fanatycznej wolności
NAD WISŁĄ
nad Wisłą
mogiły bohaterów
pozostały bezimienne
porosną smutnymi datami
w nieśmiertelnych kalendarzach
kolejne drzewa
starte na papier
spłyną żywicą
cichą modlitwą
w stukocie czcionek
krwisto czerwonych nekrologów
szyderstwo śmierci
w bezbronnych oczach
dla jednego oddechu
drzwi dzwignęły symbole
próg był relikwią
dom
Ojczyzną
jeszcze tylko ten Krzyż
i te matki
w niemodnych beretach
ością stoją
na drodze do wolności
podeptane róże
i słoma
DIDŻEJ
wracamy po północy
kran dalej kapie
to samo łóżko
z nową twarzą
wygląda bosko
mechanicznie zmieniam płyty
otwieram butelkę
kolorując złudzenia
pukamy się do czwartej
w przerwach na siku
trochę dymu
lampka wina
wraz z naftą
gasną tematy
resztkę ciepła
wcieramy w ciała
do południa
wyczarujemy z fusów
niezgodność charakterów
nie patrząc w oczy
zamieciemy pod dywan
sterty rozczarowań
jak zwykle
nacisnę
stop
trzask w głośnikach
zagłuszy kroki za drzwiami
sąsiadka krzyknie przez ścianę
Kurwiarz i pijak
wysmaruję jej klamkę gównem
rozkocham
po ślubie
wyrzucę w pizdu
te płyty
naprawię kran
posadzę drzewo
***
miłość jest wtedy
gdy do czterdziestolatki
mówisz Maluszku
a ona nie zaśnie
dopóki nie dotknie
twojego ramienia
męskości
MAGDALENA BLU
Łódź
RĘKOPIS KTÓREGO NIKT NIE ZNALAZŁ
egzotyczne nazwy dobrze brzmią
dlatego niech będzie arabski chłopiec
zredukowany do pyłu na pustyni
któremu w ucho szepcze Bóg
i teraz Jamal spierzchniętymi ustami zapyta
dlaczego mnie karzesz
unoszę brwi
przecież jesteś wymyślony
nawet pragnienie to imaginacja
mogę tak zrobić bo sama jestem Jamalem
szkatułkowe konstrukcje
mają coś z odkrywania boskiej cząstki
gdy i on napisze wiersz z pozycji stwórcy
wciąż będzie rozmyślał
kto otwiera pierwsze wieczko
KARTAGINA
piszę ten wiersz jak się pisze list
znad krawędzi świata
zakrzywionej w dziecięcą podkówkę
sto dni i sto nocy walczył dzielny Batyr
z ognistym potworem
podobnie było z zapałką upuszczoną most wcześniej
rzymskim okrętem i setką wioślarzy
wulkan dymił
fasole puszczały pędy
Hannibal wkroczył do Italii
pani w urzędzie nie pyta o literaturę
słonie giną w śniegu
okienkowy strateg popija herbatę
comiesięczne wojny punickie
uporczywie kończą się tak samo
RYCERZE
sobota nie pachnie jak wtedy
przychodzi powiedzieć
bądź dzielny i śmiej się
kiedyś mieliśmy winylowe płyty
uciekały z nas równiny
a wnikały wschody
jakby od nich zależała cała roślinność
później wystające listki z rękawa
muskały wnętrze dłoni
i szukaliśmy graala
na koncertach
pod stadionem
obok klatki
każdy swojego
bo stoły przecież
nie muszą być okrągłe
na DESER edycji wielki mag słowa
R I L K E
( 1875 - 1926 )
Abiság
Rainer Maria Rilke
I
Leżała, mając szczupłe swe ramiona
wokół zwiędłego przewiązane ciała,
gdzie tyle długich, słodkich chwil leżała,
nieco starością jego zalękniona.
Bywało, na krzyk sowi twarz uniesie
znad brody, którą był okryty on,
czując, jak tkliwie-pożądliwie pnie się
ku niej — co nocą jest — ze wszystkich stron.
Mrugała gwiazda, tajna doradczyni,
zapach łożnicą szedł za krokiem krok,
drżał fałd zasłony, jakby znaki czynił
i za znakami cicho szedł jej wzrok.
Lecz ona, do mrocznego lgnąc starucha,
na noc nieczuła i na jej podchody,
grzała piersiami majestatu chłody,
jak duch dziewicza i jak puszek krucha.
II
Codziennie król wspominał, ledwo świta,
świetność minioną i rozkoszy smak;
u stóp leżała suka-faworyta.
Lecz w noc go okrywała Abisag
swym ciałem; ponad życiem, pustym jak
brzeg niegościnny, gdzie nikt nie zawita,
gwiaździsty piersi jej górował znak.
I jako ten, co niegdyś znał niewiasty,
posępnie śledził spopod brwi krzaczastych
kamienny kształt niecałowanych ust.
I widział: nie nagina się ku niemu
uczuć jej gałąź gibka. — Dreszcz go ziębił,
zdejmował mróz. Wsłuchiwał się po psiemu
i szukał siebie w swej najskrytszej głębi.
Rainer Maria Rilke
Elegie duinejskie
Każdy anioł przeraża. Lecz, biada mi, dla was
zaśpiewam, o was, nieomal zabójcze ptaki duszy,
wiedzący o was. Gdzież są dni Tobiasza,
gdy jeden z Promieniejących stanął u prostych wrót domu,
w na wpół podróżnym stroju i już nie budzący grozy:
(młodzieniec wobec młodzieńca, co się przyglądał ciekawie).
Gdyby teraz archanioł, straszliwy, wyszedłszy zza gwiazd
o krok tylko ku naszej zniżył się stronie, wniebo—
wzbite zabiłoby nas własne serce. Kto jesteście?
Wcześnie uszczęśliwieni, ulubieńcy stworzenia,
grzbiety gór, jutrzenkowe krawędzie
wszelkiego początku, pyłki kwitnącej boskości,
przeguby światła, galerie, schody, trony,
przestrzenie istności, tarcze z rozkoszy, fermenty
burzliwej ekstazy, i nagłe, odosobnione,
lustra, które swą piękność zniknioną
na nowo wchłaniają w swe własne oblicze.
Gdyż ogarnięci uczuciem spalamy się ach, zawsze
ulatniamy się z naszym oddechem; od drwa płonącego do drwa
wydajemy woń coraz słabszą. A wtedy ktoś nam powiada:
tak, w krew moją wchodzisz, ten pokój, ta wiosna
napełnia się tobą... Daremnie, nas nie zatrzyma,
znikamy w nim, wokół niego. A ci, co są piękni,
o, któż ich zdoła powstrzymać? Nieustannie powstaje
pozór w ich twarzy i pierzcha. Jak z pierwszych traw rosa
ulatnia się z nas to wszystko, co nasze, jak żar
z gorącego pokarmu. O, Uśmiech, dokąd? O, spojrzenie w górę:
nowa, ciepła, odpływająca falo serca: —
biada mi, jednak tym wszystkim jesteśmy. Czy przypadamy
do smaku wszechświatom, w których nikniemy? Czy aniołowie
przechwytują to tylko, co z nich jest, naprawdę, czy może
jakby z niedopatrzenia ma w tym niekiedy swój udział
cząstka naszego bytu? Czyli jesteśmy tylko
tyle wmieszani w ich rysy, ile niepokój w twarze
brzemiennych kobiet? Nie widzą tego w chaosie
powrotu do siebie. (Jakże mieliby dostrzec.)
Kochający mogliby to wypowiedzieć cudownie,
w powietrzu nocnym, gdyby umieli, gdyż może wszystko
nas zataja. Patrz, drzewa są, domy
zamieszkiwane przez nas jeszcze trwają. My tylko
mijamy obok wszystkiego jak fala powietrza.
I sprzysięga się wszystko, by nas przemilczeć, może
na wpół jak hańbę, na wpół jak niewyrażalną nadzieję.
Kochankowie, wzajemnie zaspokojeni sobą,
zapytam was o nasz sekret. Spleceni w uścisku. Czy macie dowody?
Patrzcie, i to mi się zdarza, że moje dłonie
spoufalają się z sobą, albo że moja zużyta
twarz w nich znajduje schronienie. To mi dostarcza nieco
pewności. Lecz któż by odważył się przeto aż istnieć?
Ale wy, którzy z zachwycenia drugiej istoty
czerpiecie siłę, dopóki ta druga was nie pokona,
błagając: już dosyć — wy, co pod dłońmi
dojrzewacie jak dni winobrania,
którzy niekiedy giniecie, tylko dlatego, że jedno
bywa silniejsze: zapytam was w naszej sprawie.
Wiem, że wasz dotyk jest błogi, gdyż pieszczota trwa nadal,
gdyż miejsce, które osłaniacie, tkliwi,
nie znika: gdyż w tym, co się dzieje, czujecie
czyste istnienie. Tak obiecujecie sobie niemal wieczność
od uścisku. A jednak, gdy pierwszych spojrzeń
lęk was opuści, i wytrzymacie tęsknotę przy oknie
i pierwszą wspólną przechadzkę po ścieżkach ogrodu:
kochankowie, czy jeszcze jesteście sobą? gdy usta na usta,
kiedy przylgniecie wzajemne — napój na napój:
o, jak pijący odchodzi niezwykle od tego, co czyni.
Czyli was nie zdumiała na stelach attyckich
powściągliwość ludzkiego gestu? Czy miłość i pożegnanie
nie kładą się tak lekko na plecy, jakby stworzone
z innej materii niż nasza? Czy pamiętacie
nieważki dotyk dłoni, mimo że w torsach jest siła.
Ci powściągliwi wiedzieli: na tyle możemy się zdobyć,
ta rzecz jest nasza, tak czuły dotyk; silniejszy
jest ucisk bogów. Lecz to bogów sprawa.
Ach, gdybyśmy mogli znaleźć czystą, trwałą, choć wąską
dziedzinę ludzką, skrawek urodzajnej ziemi
między rzeką a skałą. Gdyż nasze serce wciąż jeszcze
ORFEUSZ , EURYDYKA , HERMES
Rainer Maria Rilke
To była dusz kopalnia osobliwa.
Podobne cichym srebrnym grudom szły
jak żyły poprzez mrok. A wśród korzeni
tryskała krew, co w ludzi się przelewa,
i była w mroku ciężka jak z porfiru.
Czerwieni więcej nie było.
Lecz skały
i nierealne lasy. I nad pustką
mosty i tamten szary, ślepy staw,
który nad swoim dnem dalekim wisiał,
niby deszczowy strop nad krajobrazem.
Wśród łąk łagodna, pobłażania pełna,
blada się wstęga drogi ukazała,
jak gdyby długi ciągnący się bielnik.
Na takiej właśnie zjawili się drodze.
Na przedzie smukły mąż w błękitnym płaszczu
niemo i niecierpliwie przed się patrzał.
Nie żując jego krok pożerał drogę
w olbrzymich kęsach; ręce mu zwisały
z opadających fałd — ciężkie, zamknięte,
jakby nie wiedząc nic o lekkiej lirze,
która tak wrosła w jego lewą dłoń
jak wić różana w gałązkę oliwną.
A jego zmysły jakby się skłóciły:
gdy jego wzrok jak pies wybiegał naprzód,
zawracał, wracał i wybiegał znowu,
i na najbliższym czekał nań zakręcie —
słuch i węch jego zostawały w tyle.
Niekiedy mu się zdawało, że kroku
tym dwojgu dotrzymują, którzy mają
po tym wzniesieniu iść za nim pod górę.
Znów był to jego wznoszenia się pogłos
i trzepocący za nim powiew płaszcza.
Powiedział sobie, że jednak nadchodzą,
powiedział głośno, słysząc echo swoje.
Nadchodzą jednak, jest ich dwoje tylko,
tak strasznie cicho idą. Mógłby przecież
raz się odwrócić (gdybyż odwrócenie
głowy nie było zniweczeniem dzieła,
tylko co dokonanego), natenczas
dojrzałby dwoje cichych — idą za nim:
boga wędrówek i poselstw dalekich —
podróży kołpak ponad jasnym okiem,
wysmukłą laskę, którą niósł przed sobą,
skrzydłami bijąc o przeguby nóg,
i — ją — przydaną jego lewej dłoni.
Tak — pokochaną, że więcej skarg wyszło
z tej liry niźli kiedykolwiek z płaczek;
że świat na nowo ze skarg powstał, w którym
raz jeszcze było wszystko: las, dolina,
droga, osada, pole, rzeka, zwierzę;
i że wokoło tego świata skargi,
całkiem jak wokół innej ziemi słońce
i ciche niebo gwiaździste krążyło,
niebo skarg ze spaczonymi gwiazdami —
tak — pokochaną.
A ona z ręką w ręku boga szła
krokiem ścieśnionym wstęgami całunu,
niepewna, cicha, cierpliwości pełna.
Skupiona jak nadziei wielkiej człowiek,
nie dostrzegała męża, co szedł z przodu,
ani też drogi, która w życie wiodła.
Skupiona w sobie. Istnienie w niej śmierci
jak pełnia ją wypełniało.
I niby owoc słodyczy i mroku,
tak pełna była swojej wielkiej śmierci,
tej nowej, że nie pojmowała nic.
I była jakby w nowej dziewczęcości,
niedotykalnej; jej płeć się zawarła,
jak młody kwiat zamyka się pod wieczór;
jej dłonie tak odwykły od zaślubin,
że nawet nieskończenie lekkie boga
zwinnego prowadzące ją dotknięcie
odczuła jak zbyt wielką poufałość.
Nie była już tą jasnoblond kobietą,
która w poety nieraz pieśniach brzmiała,
zapachem, wyspą szerokiego łoża,
ani też męża onego własnością.
Była jak długie włosy rozluźniona
przełożył Artur Sandauer
Wersja na portalu Wirtualne Media
http://blog.wirtualnemedia.pl/adam-kadmon/post/witryna-poetow-nr-27



Komentarze
Pokaż komentarze (1)