To już czterdziesta , jubileuszowa. Chociaż zdarzyło się z samego początku opublikować tu 5-6 witrynek nienumerowanych.
JUBILEUSZ niezwykle dostojny ,że strach.
L. J . & A. K.
DOROTA PŁOSZCZYŃSKA
wielbiona
i wyklęta
fiszbinowe staniki
wielbiona
i wyklęta
odpycha i przyciąga
bosymi stopami udeptuje brud
krople bólu w skrawkach nieba
w pustej ramce okna sadzi korzeń
dorodny kawał szczęścia
zwilżany językiem
Wiersz powinien mieć akcję
która rozkręca sceny
jak rozpędzony pociąg
kończący bieg
na środku jeziora
macanie lądu
jest monotonne
jeśli dodamy
ofiary słonecznej burzy
zebrane na płótnie
z refleksem oleju
nad łupiną oka
zadziała siła natury
winniśmy także
dopisać sobie miłość
swawolną wyuzdaną
w domyśle dziewiczą
z rozłożoną na akty
muzyką
na koniec (trzeba przecież skończyć wiersz)
dziecko w nas kwili
donosi słowa do milczenia
rączkami chwyta za krtań
dziewczynę staruszkę
o jednym imieniu
FOTOGRAFIA II
która wczoraj zmokła
rozpacz i zachwyt
pod klifami Albuferii
wśród skamielin
postać z siermiężnej przędzy
chroniczna przypadłość
pisania na piasku
chłód muszli
w soczewce obiektywu
na końcu światła
wracaj
zapomniałeś biletu
to nic że w jedną stronę
odległość wytycza
kierunek
blanty leżą na stole
przepalony paciorek
wśród sampli i bitów
wzdycha do czarów
rozpięta koszula
staje się sztandarem
za plecami przeczucie
tworzy coś na kształt cienia
ogromnieje powietrze
zastyga zmęczony życiorys
nawet sen się zestarzał
za plecami świtu
wracaj
jesteś oddechem
zapomniałeś chyba
STROF z KRAKOWA : KRONIKI
***
Jesień i ceny tweedu skaczą allegro con brio.
Niebo, niegdyś niebieskie, jest ziemią niczyją.
Pod wełną cierpnie skóra; lęk jest bratem zimna.
Wzorem geometrii splot się w ciało wżyna.
Biją w siebie szarości rytmy. Lecz kroplówka
liści wsącza żółć w skórę i w końcu coś ugra.
Cierpnie skóra i żółknie. Zapis doświadczenia
czytelny i zbędny. Noc się w szron utlenia.
(W teatrze zaś w powietrzu wisi głód popcornu.
Czarne porno odkłania się białemu pornu.
Białe porno się kłania rozmowom o sztuce.
– Tak pięknie się pan smuci! – Tak pięknie się smucę!).
Poeci rozedrgani znacznie nowocześniej
piszą niż pisali tu jesieni zeszłej.
Lecz w nocy już nie krzyczą. Lub przynajmniej z rzadka.
Noc się dusi w skrzypiących, nadpróchniałych klatkach.
Psy grzeją łapy zmarzłe przy włazie kanału.
Powolność idzie szybko, a skorość pomału.
Świat się kuli w pozłocie, przejęty ciężarem.
Ciemne toczą się wody pod świętym Michałem.
Mokną zmięte od mroku sukienki; słup światła
śledzi miłość, co właśnie zginęła, przepadła.
Jesień wśród zjaw; to było i przyszło od nowa.
Święty Michał Archanioł w kamieniu twarz chowa.
Elementarz
Mrok. Światło. Obie te formy
naraz. Ziemski żywot
w wynajętym pokoju. Skromny
dług i przyczynek. Miłość
otwiera okno i wtenczas
świta. Jeśli więc nadzieja
przychodzi, to długo pamięta,
czego i jak nam udziela.
Wytchnienie, gdy ogród
zamyka się w sferze
ciepła i na powrót
jest rajem. Na przedzie,
nim słońce wzeszło, księżyc.
Jego chłód w obrocie
nie zmienia się. Więc strzeżmy
tego, co jasne, ciepłe.
Wszystkiego żywota
łaskawość dotyka
ran, słabizn, istoty
łez na białych policzkach.
Jesień. Tafla wody
cięta przez łódź ostrą.
Wzrok się zapala. Wtedy
odmyka się widnokrąg
spopielony na nice.
Traw szarość parzy palce.
Zapalona gromnica.
Stojący blask nad chmur tańcem.





Komentarze
Pokaż komentarze