Shork Shork
274
BLOG

Szafa

Shork Shork Kultura Obserwuj notkę 3

Czekałem na ten dzień pół zimy i całą wiosnę. Całe życie.

Dziadek zjawił się jak zwykle pierwszego czerwca, a razem z nim miało zjawić się spełnienie obietnicy.

Stałem w swoim pokoju, drżąc tylko leciutko i nadsłuchując.

Rodzice witali się z dziadkiem dość hałaśliwie. Mama płakała. Tato próbował ją zagłuszyć swoim tubalnym głosem. Nie wychodziło mu. Cisza. Mama zaszurała do kuchni. Stuknęła klamka.

Dziadek w całej okazałości. Co roku ta sama scena w drzwiach.

Dziadek nie zmieniał się. Szczupły, niewiele wyższy od mamy. Proste włosy zaczesane na bok, duży nos. Czasem zaczątek tego nosa próbowałem dostrzec w lustrze.

Dziadek wyciągnął poważnie rękę. Pamiętał, o co prosiłem go dwa lata temu. Mężczyźni się nie tulą na powitanie.

Ręka dziadka była jak kora sosny. Twarda i szorstka.

Przyjrzałem się swojej. Brud tkwił pod obgryzionymi paznokciami. Niewrażliwy ani na mydło, ani na szczotkę. Dziadek usiadł. Łóżko ugięło się pod niespodziewanym ciężarem odsłaniając upaprany plasteliną brzeg.

- A więc masz już sześć lat.
Dziadek nie pytał. On stwierdzał.

Powstrzymałem kiwnięcie głową, nie wytrzymałem jednak presji. Szafa, jak magnes pineskę, przyciągnęła moje źrenice.

Dziadek uśmiechnął się samymi ustami.

- Proszę bardzo. Obiecałem.

Dwoma długimi krokami przemierzył odległość od łóżka do szafy. Tej SZAFY.

Powoli, z namaszczeniem wyciągnął z kieszeni klucz.

Patrzyłem, chłonąc każdą chwilę, ale sam magiczny moment otwierania umknął mojej uwadze. Dopiero zdecydowany stuk zapadki pociągnął moje nogi do miejsca o którym śniłem. Dziwne. Nogi zdawały się ciężkie.

Dziadek kucnął. Jego głowa znalazła się na wysokości mojej. Tylko kawałek brody wychylał się z cienia. Dziadka oddech pachniał papierosami.

- Posłuchaj mnie uważnie. Tę szafę otwieram specjalnie dla ciebie. Wiesz, że nie ma mnie w domu cały rok. Pracuję daleko. W innym mieście. To trudne, ale tak musi być. Takie czasy.- Westchnął.- A ta szafa to jedyne moje miejsce, gdzie jestem cały ja. Cała moja historia. Ta prawdziwa. Nie ta udawana. Jedyne miejsce, gdzie mogę nosić moje nazwisko. Nasze nazwisko. Masz już sześć lat. Twoja mama twierdzi, że to za wcześnie. Ja myślę, że wystarczy. Widziałem jak stawiasz pierwsze kroki. Teraz czytasz już książki. Jesteś mądry jak na swój wiek.

Głośno wypuścił nosem powietrze. Wyprostował się odsłaniając jednocześnie drzwi szafy.

- Proszę. I zamknij za sobą.

Wyciągnąłem rękę do uchwytu i pociągnąłem leciutko. Zamek już nie trzymał. Popatrzyłem w górę, tam gdzie pod sufitem majaczyła rzeźba przedstawiająca głowę anioła. I nad rzeźbę. Drzwi nie skrzypnęły, otworzyły się bardzo lekko. Od środka uchwyt był niżej. Większy i zimny. Sylwetka matki, której ramiona trzęsły się od bezgłośnego płaczu, utkwiła mi pod powiekami wraz z ostatnimi promieniami światła.

 

Trzask

 

W szafie pachniało inaczej niż sobie wyobrażałem. Ani ostro, perfumami jak w szafie mamy, ani mdle, naftaliną jak w szafie babci. Pachniało mokrą ziemią i trochę trawą. Roztartymi liśćmi pomidorów i…gotowaną marchewką. Nie puszczając uchwytu spróbowałem wymacać bok szafy. Nic. Zamieniłem ręce. Z drugiej strony też nic. Pomyślałem, żeby pchnąć. Żeby wyjść. Wstyd okazał się silniejszy od strachu. Zacisnąłem na chwilę powieki, a potem oszukując się, że jest jaśniej rozluźniłem palce i odwróciłem się na pięcie. W pół kroku natknąłem się na stopnie drabiny.

Potrząsnąłem, jak podpatrzyłem w filmie. Nic. Jak przymurowana.

Okrągłe szczeble. Gładkie jak te na sali gimnastycznej, ale trochę większe. Przysunąłem oczy tak, że rzęsy załaskotały. Nic nie widać. Dam sobie radę. Spodziewałem się, że w szafie będzie ciemno. Ćwiczyłem bycie w ciemności. Nie pozwalałem zostawiać na noc lampki. Nie zapalałem światła w ubikacji. Ale cały czas było za jasno. Przez zasłonki prześwitywała mrugająca latarnia, a w ubikacji światło przedostawało się przez szpary z boków i pod drzwiami. W szafie babci nie było dużo miejsca. I było duszno. Wtulony w sztuczne futro, wytrzymywałem najwyżej kilka minut.

Szafa rodziców była nowa. Zrobiona nie z desek, ale gładkich płyt. Chwiała się i skrzypiała przy każdym moim ruchu, zamek przesuwał się i drzwi otwierały się z hukiem próbując znowu uderzyć o kaloryfer. Za pierwszym razem mama załamała ręce widząc odbity lakier. A tata, po prostu kijem do dosuwania firanek, odgrodził drzwi od kaloryfera.

W zamyśleniu postawiłem nogę na pierwszym szczeblu. Drugi był wysoko. Musiałem zadrzeć nogę i stanąć na palcach. Następne były niżej. Zacząłem liczyć. Przy piątym wyciągnąłem rękę nad głowę. Powinien być już sufit. Szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty. Zaschło mi w gardle. Według moich obliczeń powinienem być już u sąsiadów w kuchni. Dość. Schodzę, ale noga trafia w próżnię. Wisiałem z jedną nogą zgiętą aż do bólu i majtałem rozpaczliwie drugą, próbując trafić w szczebel. Spodnie zaczęły wrzynać mi w ciało. Poddałem się. Więc trzeba iść w górę. Tam jest cel. Tam jest skarb. Serce uspokoiło się i biło teraz w rytmie jakim pokonywałem kolejne szczeble. Chyba minąłem już strych i dach, kiedy zobaczyłem nad sobą światło. Niezbyt jasne. Po prostu plama szarości w czerni. Złudzenie? Zatrzymałem się i przesunąłem głowę tak aby szczebel nad nią, przesłonił mi plamę. Przesłonił. Dobrze. Przyspieszyłem. Znowu zacząłem liczyć szczeble. Źródło światła było dużo wyżej niż się spodziewałem, ale nie nudziłem się. Szczeble okazały się być zrobione z drewna o ciekawym wzorze słojów. Przypadkowe kolory układały się w obrazy. Płynąca rzeka, wierzba, dym z komina, człowiek wyglądający zza węgła. Było już tak jasno, że mogłem dostrzec wirujące kłaczki kurzu. Białe jak śnieg. Próbowałem je łapać, ale prąd powietrza wirował nimi i niósł poza zasięg moich rąk. Byłem już trochę zmęczony. Mój wzrok, utkwiony do tej pory w źródle światła, skierowałem w dół. Widziałem szczeble. Ostrożnie opuściłem nogę i oparłem stopę o twarde drewno. Na próbę zszedłem jeszcze dwa niżej. Uspokojony możliwością powrotu, ruszyłem znowu w górę i od razu natknąłem się na półki. Wyrastały wprost z drabiny. Szczebel przechodził płynnie w cienką deskę z takiego samego drewna. Z boku też były deski. Jak w kredensie w kuchni. Tył ginął w mroku. Sięgnąłem ręką ile się dało. Pudełeczko było po prawej stronie. Niewiele większe od mydelniczki. Blaszane. Żeby zdjąć wieczko, musiałem użyć obu rąk. W środku grzechotały szklane strzykawki i jakieś tabletki. Odłożyłem. To nie dla mnie. Na kolejnej półce leżały powiązane w paczuszki listy. Adresy wykaligrafowane dziwnymi, zawijanymi literami. Znaczków nie było. Postanowiłem zabrać kilka w powrotnej drodze. Następna była pusta, nie licząc popiołu ze spalonej gazety, który pobrudził mi dłoń. Postanowiłem iść wyżej, na samą górę. Po drodze minąłem jeszcze zmięte papierki po cukierkach, drewniane wieko od beczki, przerdzewiałą łopatę, jakieś szmaty. Uderzyłem w coś czołem. Jakby szyba ale ciepła i bardzo przezroczysta. Koniec drogi. Pogrzebałem w szmatach. Błysnął metal. Pieniądz. Ciężki i większy od złotówek wrzucanych do skarbonki. Chciwie sięgnąłem po więcej. Palce zastukały o tył szafy. Jedną ręką podnosiłem szmaty, drugą zgarniałem pieniądze na stosik. Właściwie to wyglądały bardziej jak małe, okrągłe medale. Tylko bez uszka na wstęgę. Dużo. Za dużo, żeby nieść w jednej ręce. Ze szmat nie dało rady zawinąć węzełka. Stary materiał pruł się i siepał.

Zszedłem po pudełko. Nie nadawało się. Za duże,żeby nieść w jednej ręce, a za małe, żeby pomieścić pieniądze. Wróciłem na szczyt drabiny. Wsunąłem się ostrożnie na półkę. Skrzypnęła ostrzegawczo, ale tylko raz. Było za ciasno, żeby usiąść, ale jakoś zdjąłem przez głowę koszulę. Moją ulubiona. W kratkę. Wróciłem na szczeble, rozpostarłem koszulę i przełożyłem do niej cały skarb dziadka. Zapiąłem guziki, zawiązałem rękawy.

Przez głowę przemknęła mi myśl, że zostałem wykorzystany. Czy ja właściwie znałem dziadka? Ile dni go w życiu widziałem? Ile godzin? I teraz miałem mu to znieść na dół i wszystko oddać?

Rozwiązywałem powoli rękawy. Po chwili skarb leżał znowu na widoku. Każda moneta była inna. Na żadnej nie było nominału, ani napisu, tylko zagmatwane rysunki. Zupełnie ze sobą nie powiązane. Bez sensu. Wyjąłem dwie najładniejsze i wsunąłem do skarpetek. Po namyśle włożyłem jeszcze jedną do majtek. Należała mi się zapłata. Prowizoryczną torbę z koszuli przewiesiłem przez ramię i głowę. Bez żalu minąłem półki odrzucając myśl o zabraniu chociaż jednego listu. Daleka droga przede mną, wszystko się może zdarzyć. Schodziłem szybko. Szczeble były dokładnie tam gdzie mierzyłem stopą. Ciemność, która owinęła się wokół, wzbudziła we mnie niewielki lęk. Szedłem dalej. O mały włos nie spadłem, kiedy noga napotkała pustkę. Szarpnęło za nadgarstek. Utrzymałem się. Obitą piszczel przeszył ból. Ostrożnie postawiłem stopę na kartoflisku. Dwójka dzieci przede mną targała kosz. Ściemniało się, trzeba było skończyć przed zmrokiem. Pogrzebałem w ciepłej, pulchnej ziemi. Kartofle tego lata były dorodne, ledwo mieściły się w dłoni. Automatycznie wrzuciłem je do prawie pustego kosza. Wyprostowałem się i poruszałem zdrętwiałymi ramionami, patrząc w kierunku kopiącego na końcu pola brata. Ściągnąłem czapkę i otarłem pot z czoła. Ręka wracając napotkała zawiniątek z koszuli.

Znów byłem w szafie.

Odpoczywałem chwilę.

Ostrożnie zsunąłem się niżej. Tym razem szczebel był na swoim miejscu. Izba jest przestronna i pachnie miętą. Panny siedzą wystrojone w swoje najlepsze suknie. Ręce splecione na podołkach. Podobne do siebie wzrostem, ale moja szczuplejsza. Brat, jak i ja w garniturze, z kieszeni wystaje mu śnieżnobiała chusta. Ojciec panien, wysoki, starannie ogolony patrzy na scenę z uśmiechem.

Krok.

Teraz krzyczy na mnie ktoś w czarnym mundurze. Język jest mi zupełnie obcy ale odpowiadam płynnie. Oficer uspokaja się. Zakłada skórzane rękawiczki i odchodzi.

Krok.

Więzień jest ode mnie potężniejszy, ale idzie potulnie. Nie stawia wcale oporu. Może liczy na łagodniejszy wyrok. Ja wiem, że prowadzę go na śmierć. Znaleziono przy nim broń. Zostanie rozstrzelany. Piasek leśnej drogi brudzi buty. A on idzie jak na weselę. Zatrzymuję go szarpnięciem. Rozplątuję więzy. Tłumaczę mu, że musi uciekać, ale najpierw musi mnie uderzyć, nie mocno, ale tak żeby był ślad.

Obce miasto. W tłumie ludzi wychodzę z bramy fabryki. Bolą mnie plecy i ręce. Dotykam twarzy. Twardy zarost chrzęści pod palcami. Paznokcie mam brudne od smaru. Mijam warzywniak. Patrzę w szybę. Czarno-białe odbicie przypomina moje ślubne zdjęcie, które ukrywam w walizce. Róg naderwał się trochę.

Jakiś człowiek podbiega do mnie. Szarpie. Twierdzi, że mnie szukał, żeby podziękować. Odtrącam szorstko jego ręce. „Nie znam Cię człowieku”. Odchodzi przygarbiony. Jak wtedy w lesie.

 

Podłoga uderza mnie niespodziewanie. Lecę do tyłu. Z brzękiem wypadam z szafy prosto w ramiona dziadka. Matka chichocze zasłaniając usta. Tato patrzy poważnie, a ja ściągam przez głowę zaimprowizowaną torbę. Rozwijam i prezentuję stos brzęczących monet. Wyciągam też i te ukryte w skarpetkach. Tą z majtek przesuwam tak, żeby wypadła nogawką.

 

Dziadek kładzie mi rękę na ramieniu.

- Przecież to i tak wszystko twoje.

Shork
O mnie Shork

jaki jestem? Okropny! Zacząłem od Forum Frondy, teraz jestem na rebelya.pl. Mam swój blog osobisty i księgarnię na graniaste.pl. Kopię tekstów wysyłam na niepoprawnych. Wdając się ze mną w dyskusje, spodziewaj się wszystkiego.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura