Putin jako polityk trzeciej ligi to nie obraza, ale fakt. Jego bezradność w Ukrainie – gdzie wojna stała się wojną pozycyjną bez końca – połączona z upokorzeniem w Wenezueli, gdzie Trump po prostu wziął, co chciał, pokazuje, że era rosyjskiej dominacji minęła

W dzisiejszym świecie geopolityki, gdzie mocarstwa mierzą się nie tylko siłą militarną, ale przede wszystkim wpływem ekonomicznym, dyplomatycznym i reputacyjnym, Władimir Putin jawi się coraz bardziej jako relikt przeszłości – polityk trzeciej ligi, z którym możni tego świata już się nie liczą.
Ta teza nie jest przesadą, ale logicznym wnioskiem z analizy ostatnich wydarzeń, w tym bezradności Rosji w trwającej wojnie na Ukrainie oraz jawnego lekceważenia Putina przez Donalda Trumpa w kontekście interwencji w Wenezueli. Biorąc pod uwagę chroniczne problemy rosyjskiej armii, izolację międzynarodową i brak realnych narzędzi do projekcji siły poza własnym podwórkiem, Putin stał się figurantem, którego groźby brzmią jak echo z ery zimnej wojny, ale bez poparcia w rzeczywistości.
Przyjrzyjmy się temu bliżej, krok po kroku, opierając na faktach z ostatniego roku. Zacznijmy od wojny na Ukrainie, która jest największym dowodem na degradację pozycji Putina. Od pełnoskalowej inwazji w 2022 roku Rosja poniosła straty przekraczające milion żołnierzy – zabitych, rannych i zaginionych – a w samym 2025 roku było to około 400 tysięcy. Mimo ogromnych nakładów na wojnę, postępy są minimalne: zaledwie 1,5% terytorium Ukrainy zajęte w ciągu dwóch lat, z przesunięciami linii frontu widocznymi tylko na szczegółowych mapach. To nie jest wojna supermocarstwa, ale desperacka walka o przetrwanie reżimu, gdzie "mięsne szturmy" zastępują nowoczesną strategię. Putin musiał żebrać o pomoc u Kim Dzong Una, importując północnokoreańskich żołnierzy , co samo w sobie jest upokorzeniem – Rosja, kiedyś hegemon, teraz polega na dyktatorach z peryferii.
Ta bezradność nie wynika z pecha, ale z systemowych wad: korupcji w armii, kiepskiego dowodzenia i braku innowacji technologicznych. Świat patrzy na to i widzi, że Putin nie jest w stanie wygrać nawet z mniejszym sąsiadem, wspieranym przez Zachód. To podważa jego autorytet nie tylko na arenie międzynarodowej, ale i wśród sojuszników, którzy zaczynają wątpić w wartość aliansu z Moskwą.
Przejdźmy do kluczowego przykładu lekceważenia Putina przez "możnych tego świata" – interwencji USA w Wenezueli pod wodzą Trumpa. W styczniu 2026 roku Trump, bez konsultacji z Kremlem, przeprowadził błyskawiczną operację militarną, aresztując Nicolása Maduro i przejmując kontrolę nad kluczowymi zasobami ropy naftowej. To nie była subtelna dyplomacja; to był akt siły, który bezpośrednio uderzył w interesy Rosji. Putin "ciepło" przyjmował Maduro w Kremlu w maju 2025 roku, obiecując wsparcie, a Rosja inwestowała miliardy w wenezuelski sektor naftowy, widząc w nim przyczółek w Ameryce Łacińskiej.
Tymczasem Trump, stosując " dyplomacja kanonierki" , po prostu wkroczył, zajął tankowce i ogłosił, że USA będą "rządzić Wenezuelą" do czasu "rozsądnej transformacji".
Co zrobił Putin?
Wydał oświadczenia o "fatalnym błędzie" i ostrzeżeniach, ale nie podjął żadnych realnych kroków – bo nie mógł. Rosja nie ma floty zdolnej do projekcji siły w Atlantyku, jej wojska są uwiązane na Ukrainie, a gospodarka krwawi z powodu sankcji. To reputacyjny cios dla Moskwy: sojusznik jak Maduro został porwany na oczach świata, a Rosja mogła tylko protestować werbalnie.
Co więcej, według niektórych źródeł, Rosja próbowała negocjować z Trumpem – oferując "wolną rękę" w Wenezueli w zamian za ustępstwa w Ukrainie – ale Trump po prostu zignorował te próby, działając unilateralnie
To pokazuje, że Putin nie jest partnerem do rozmów; jest ignorowany jak dyktator z trzeciego świata, którego interesy można zdeptać bez konsekwencji.Ta sytuacja w Wenezueli to nie izolowany incydent, ale część szerszego trendu. Trump, wracając do Białego Domu w 2025 roku, wdrożył "doktrynę Trumpa", która jest w istocie neo-imperializmem: przejmowanie zasobów pod pretekstem bezpieczeństwa narodowego. Wenezuela, z jej ogromnymi rezerwami ropy (30-50 milionów baryłek przekazanych USA), stała się łupem, a Putin mógł tylko patrzeć, jak jego wpływy w Ameryce Łacińskiej topnieją.
Podobnie Chińczycy, inny "sojusznik" Putina, zostali upokorzeni utratą kluczowego źródła ropy.
Gdzie jest ten wielki "blok antyzachodni" BRICS, którym Putin się chwali? W praktyce to fikcja – Rosja jest izolowana, a jej "partnerzy" jak Chiny czy Iran dbają przede wszystkim o własne interesy. Trump nie musi się liczyć z Putinem, bo wie, że Rosja jest zbyt słaba, by zareagować. To kontrastuje z erą zimnej wojny, gdy ZSRR mógł blokować działania USA; dziś Putin to cień tamtej potęgi, z gospodarką mniejszą niż Teksas i armią, która utknęła w błocie ukraińskich stepów.Degradacja Putina widoczna jest też w szerszym kontekście międzynarodowym. Europejscy liderzy, jak Scholz czy Macron, traktują go jak pariasa – sankcje trwają, a NATO się wzmacnia.
Nawet w ONZ Rosja przegrywa głosowania, a jej weto w Radzie Bezpieczeństwa jest ignorowane w praktyce. Trump, z kolei, działa jak biznesmen: przejmuje aktywa (ropa wenezuelska, groźby wobec Grenlandii czy Panamy), nie pytając o zdanie słabszych graczy. Putin próbuje kopiować ten styl – inwazja na Ukrainę to próba "przejęcia" zasobów i terytorium – ale kończy się fiaskiem, bo brakuje mu narzędzi.
W efekcie, światowi liderzy jak Trump, Xi czy Modi widzą w nim nie równego partnera, ale problem do zarządzania: kogoś, kogo można izolować, lekceważyć lub wykorzystać w negocjacjach z innymi.
Reasumujac:
Putin jako polityk trzeciej ligi to nie obraza, ale fakt. Jego bezradność w Ukrainie – gdzie wojna stała się wojną pozycyjną bez końca – połączona z upokorzeniem w Wenezueli, gdzie Trump po prostu wziął, co chciał, pokazuje, że era rosyjskiej dominacji minęła. Rosja krwawi ekonomicznie (inflacja, emigracja elit), militarnie (straty w ludziach i sprzęcie) i dyplomatycznie (izolacja). Możni tego świata nie liczą się z Putinem, bo nie muszą – on nie ma czym grozić poza nuklearnym szantażem, który jest blefem w obliczu własnej słabości. Jeśli Kreml nie zmieni kursu, Putin skończy jak Maduro: izolowany, upokorzony i zapomniany. To lekcja dla autokratów: siła to nie propaganda, ale realne możliwości, których Rosja pod jego rządami straciła. Czas na refleksję w Moskwie, zanim resztki imperium rozpadną się całkowicie.
Inne tematy w dziale Polityka