Ziemia, którą miała przecinać, była zamarznięta, słabo zaludniona i ekonomicznie bezużyteczna. Mimo to rozkaz został wydany, a raz wydany, nie mógł zostać zakwestionowany.
Mężczyźni wysłani do jego budowy byli więźniami systemu Gułagów. Przybywali transport za transportem, już osłabieni aresztowaniami, przesłuchaniami i głodem. Niektórzy byli inżynierami, nauczycielami, rolnikami, żołnierzami. Wielu było tam za zbrodnie, które nie istniały: nieostrożna uwaga, obce nazwisko, brat aresztowany przed nimi. Inni byli weteranami, którzy przeżyli nazistowską niewolę, a po powrocie do domu zostali uznani za niewiarygodnych.
Projekt nazwali The Dead Road (Martwa Droga).
Praca była wykonywana prymitywnymi narzędziami w wiecznej zmarzlinie, które opierały się każdemu uderzeniu. Zimą mróz rozdzierał skórę i palił płuca. Latem tundra zamieniała się w bagna, a komary czerniały powietrze. Racje żywnościowe były powiązane z wydajnością. Jeśli człowiek zasłabł, jego racja była zmniejszana. Jeśli zmniejszono mu rację, on zasłabł. Logika była zapętlona i ostateczna.
Kiedy więźniowie umierali, ciągnięto ich na bok. Nie było trumien, nagrobków, często w ogóle nie było pochówku. Ciała kładziono pod torami kolejowymi lub wpychano w zamarzniętą ziemię, by później przykryć je śniegiem. Jeden z byłych więźniów wspominał po prostu: „Nie stawiano krzyży na grobach. Tylko małe kołki z numerami. Czasami nawet tego nie robiono”. Sama kolej stała się rodzajem nagrobka, linii zardzewiałej stali położonej nad zmarłymi.
To nie była tragedia ograniczona do jednego narodu. Gułag był z założenia wielonarodowy. Wśród zesłanych na północ byli Rosjanie, Ukraińcy, Bałtowie, Gruzini, mieszkańcy Azji Środkowej i wielu Polaków. Po sowieckiej inwazji na wschodnią Polskę w 1939 roku i ponownie po wojnie, setki tysięcy polskich obywateli zostało aresztowanych, deportowanych lub zesłanych do obozów pracy w głębi Związku Radzieckiego. Żołnierze, urzędnicy państwowi, intelektualiści i zwykłe rodziny zostali uznani za „wrogów państwa” lub po prostu za przeszkodę w sowieckiej kontroli.
Dla polskich więźniów ironia była brutalna. Niektórzy przeżyli już niemiecką okupację, podziemny opór lub obozy nazistowskie, by po raz kolejny znaleźć się w niewoli, tym razem z rąk sojusznika, który twierdził, że ich wyzwolił. Na dalekiej północy narodowość miała niewielkie znaczenie. Głód, zimno i wyczerpanie były takie same dla wszystkich. Śmierć nie robiła różnicy.
Wiele lat później Aleksandr Sołżenicyn opisał Gułag jako system stworzony nie tylko po to, by karać, ale i wymazywać, miażdżyć ludzi, pozbawiając ich anonimowości. „Granica oddzielająca dobro od zła” – napisał – „nie przebiega przez państwa, ani między klasami, ani między partiami politycznymi – lecz prosto przez każde ludzkie serce”. Na Martwej Drodze linia ta przebiegała przez samą tundrę, przecinając tysiące istnień, które nie pozostawiły po sobie żadnego śladu.
Budowa kolei nigdy nie została ukończona. Po śmierci Stalina w 1953 roku projekt po cichu porzucono. Strażnicy zostali przeniesieni. Obozy zlikwidowano. Więźniów zwolniono, przeniesiono lub pozostawiono na śmierć na miejscu. Tundra rozpoczęła powolną pracę zapomnienia. Szyny rdzewiały. Baraki się zawalały. Groby znikały pod mchem i śniegiem.
Dziś odcinki torów wciąż znikają w nicość. Nie ma tam oficjalnych pomników, nie ma wyrytych w kamieniu list z nazwiskami. Pod nasypami leżą Rosjanie, Polacy, Ukraińcy i inni, połączeni nie ideologią, lecz cierpieniem.
Martwa Droga jest jedną z najbardziej przerażających zbrodni Stalina właśnie dlatego, że nie miała celu. Istnieje jedynie jako dowód na to, jak łatwo władza może pochłonąć ludzkie życie i jak cicho można o nim zapomnieć


Komentarze
Pokaż komentarze (14)