Przez całe życie wywodziłem się z klasycznej szkoły która głosiła, że książka zawsze będzie lepsza od jej ekranowej adaptacji. Rok temu aksjomat ten został zburzony przez HBO i ich „Grę o tron”. W pierwszym sezonie serialu między głównymi wrogami padają znamienne słowa „w grze o tron można wygrać albo zginąć – nie ma innej drogi”. Słowa te pasują również świetnie do samego HBO. Produkując serial, który wymagał kręcenia zdjęć w wielu miejscach (Maroko, Malta, Irlandia Północna, Szkocja), przygotowania olbrzymiej ilości kostiumów i zbroi oraz pracy z dziećmi i zwierzętami producent musiał odnieść wyjątkowy sukces, bo w przeciwnym razie serial nie miałby szans na kontynuację. Triumf był pełny i wielki udział mają w tym filmowcy, którzy nie ograniczyli się do robienia chałtury na podstawie świetnej książki Georga Martina. Wręcz przeciwnie – to właśnie dzięki ekranizacji wiele postaci zyskało na wyrazistości. Monologu Littlefingera w burdelu czy jego dialogów z Varysem próżno szukać w książce. Jamie Lannister, Cersei czy król Robert również zyskują na głębi i wyrazistości w porównaniu do ich książkowych pierwowzorów. Jednocześnie autorom scenariusza w pełni udało się zachować tożsamość wszystkich postaci co jest niezwykle rzadką sytuacją gdy ktoś decyduje się na dokonywanie przeróbek względem wersji książkowej. Co ciekawsze, cały ten sukces zdołano zrobić bez angażowania plejady hollywoodzkich gwiazd (nieodżałowany Sean Bean jest tu jedynym wyjątkiem). Dzieci, zwłaszcza chłopak grający Joffreya wypadają świetnie, a przecież role dostali na podstawie występów w szkolnych przedstawieniach.
Jeżeli ktoś z „Grą o tron” jeszcze się nie zetknął to zastrzegam, że tych zachwytów nie wypocił maniak fantastyki. Wręcz przeciwnie: od ładnych paru lat odwykłem od czytania fantastyki, mimo iż wcześniej zaczytywałem się Sapkowskim, Tolkienem, Piekarą czy Turtledovem. Po obejrzeniu „Gry o tron” zapał powrócił i przeczytałem kolejne części dzieła Martina. Jeżeli produkcja telewizyjna skutecznie zachęca do pochłonięcia kilku tomów powieści to z przekonaniem mówię, że produkcja HBO ma charakter misyjny:).



Komentarze
Pokaż komentarze (6)