Zdarzyło mi się nie tak dawno temu – już po Zamachu Katyńskim, przypadkiem 1 maja – wymienić kilka komentarzy z autorem używającym nicka Miki.
W rozmawianiu z autorami blogów nie ma w zasadzie nic dziwnego, w końcu po to są blogi; wytworzył się nawet chwalebny obyczaj odpowiadania na komentarze pod własnymi tekstami.
Jednak z tej rozmowy z jednym z NICH, całkowicie nieprominentnym, wynikło coś dla mnie dotąd zupełnie nieoczywistego… dla mnie wynikło, ale jestem pewien, że inni mają tę świadomość od dawna – że nie tylko ciągle istnieje grupa mieszkańców Polski, którą reprezentuje Miki, ale wiążą się z tym jej istnieniem sprawy zupełnie (dla mnie) zdumiewające.
I tak: Miki jest pogrobowcem PRL.
Miki jest dumny z PRL i swojego w nim udziału.
Miki gardzi Polską negatywnie oceniającą PRL.
Pierwsza obok istnienia takich postaw zdumiewająca rzecz to ich jawność.
Dlaczego?
Sądziłem bowiem – w mojej naiwności zapewne – że nadal działa zasada, iż sukces ma wielu ojców, ale porażka jest sierotą. Czyżby Miki miał wątpliwości co do porażki PRL’u? Wydaje się, że owszem. Co więcej, sam dostrzegam pewien sukces PRL, jakim było jej przepoczwarzenie, którego zdołała ona dokonać od 1989 roku przy symbiotycznym udziale wałęsowskiej Solidarności 1988. Że to jedynie przepoczwarzenie, udające zgon, przestaje budzić czyjekolwiek wątpliwości. Sukces jednak dotyczy wyłącznie tego ostatniego manewru wycofania na z góry upatrzone pozycje, ale nie samych dokonań socjalistycznego tworu. Co jednak zabawne, to że owa przemiana dokonała się pod mimikrycznym płaszczykiem odejścia w ogóle i na zawsze, ewentualnie z przemianowaniem cząstek na nowoczesną socjaldemokrację, przy jednoczesnym nastaniu Polski – wolnej Polski; w istocie więc już tu miała miejsce ocena czterdziestolecia i tu pogubili się odnajdowani właśnie ojcowie PRLowskiej porażki.
Coś więc musi obecnie – coś bardzo konkretnego – skłaniać przepoczwarzonego szkodnika do porzucenia kamuflażu. Wygląda na to, że już nie widzi on dość dalszych korzyści, by przyznawać, że PRL był nie państwem, a formą okupacji tegoż. Nie chce ogłaszać funkcjonariuszy i formacji okupanta, w każdym razie miejscowych, bytami złymi, służącemu złu i niosącemu zło. To w ich mniemaniu nie było zło!
Z drugiej strony wszelako pasożyt odrzuca możliwość zdjęcia z siebie mimikry imitującej polski wizerunek, czyli – za skarby świata nie dopuszcza do ujawnienia konkretnych przypadków pasożytniczej działalności. Nie dla IPN, nie dla lustracji.
Czyli po pierwsze, to nie było zło, a po drugie – to nie my je popełnialiśmy, my – przetrwalniki pasożyta.
Czy tylko mnie wydaje się to schizofrenią?
Bo w mojej ocenie postawa ta jest co najmniej niekonsekwentna; spójność przywracałaby jej dopiero otwarta konstatacja, że PRLowski pasożyt funkcjonariuszy i formacji nie przepoczwarzył się wcale w postać samoistną i niepasożytniczą, lecz jedynie przyjął nową formę utajenia, a co najmniej wykształcił formy przetrwalnikowe zdolne – i jakże chętne! – do odrodzenia.
Jak się wydaje, obecną formą utajenia pasożyta jest ostentacyjna obecność.
ONI, ludzie tacy jak MIKI, dla przeżycia potrzebują żywiciela, jednak – co ciekawe – ich osobliwa optyka każe im widzieć samych siebie jako równoprawnego kontrpartnera żywiciela!
Przedziwne doprawdy... Ta właśnie optyka równoprawności jest moim drugim zdumieniem, płynącym z przypadkowego kontaktu z Mikim. Nie jest więc tak źle, bywają gorsze zdziwienia wskutek przypadkowych kontaktów ;-)
Dodam jeszcze, że zakładam, iż szeregowy ON Miki – w prostocie swego ducha – pisze, co naprawdę uważa, a nie jest tajnym głównym ideologiem kamuflażu antypolaków.
W oczach Mikiego zatem Polska pod PRLem i towarzyszami nie jawi się jako ofiara sowieckiego kolonializmu z ideologią w tle. Miki najwyraźniej postrzega tę okupację jako formę bytu państwowego równoprawną z państwem. A jeśli nawet teraz poczuje się zmuszony (częściowo?) zaprzeczyć (bo ja tu bez stosownej delikatności mówię wprost mu takie grubiaństwa), to będzie opowiadał banialuki o politycznej rzeczywistości, a może nawet – o postępowości socjalizmu i ukąszeniu heglizmem. Choć to ostatnie byłoby dlań raczej zbyt intelektualne.
Ciekawe, że w umyśle Mikiego pozostaje obecna ta przedziwna wyimaginowana równoważność dwóch jakże kompletnie nieporównywalnych światów. ON ma dość czelności, by pomawiać pułkownika Kuklińskiego o zdradę! Zdradę – ICH świata oczywiście, bo jak wspomniałem powyżej, pasożyt i żywiciel to dla reprezentowanej przez Mikiego Antypolski dwa równoważne byty.
Nie do wiary…
Wydawałoby się, że przy akceptacji pojmowania, w którym siłą rzeczy podstawę stanowią pary typu dobro-zło, prawda-fałsz, albo – weźmy coś neutralnego – plus-minus, trzeba a) zacząć jedno od drugiego odróżniać, b) po jednej ze stron się opowiedzieć.
Antypolska natomiast jest za, a nawet przeciw.
Jednocześnie chce ogłosić, że antypolskość była/jest dobra, i wzbrania się przed rozgłoszeniem swego udziału w tym dobrze.
Zapewne kultywując u siebie cnotę skromności? Bo po co się w przeciwnym razie tak maskować?
Ale to tylko jedna strona pasożytniczej mimikry, ta zwrócona ku przeszłości i zabezpieczająca teraźniejszość.
Jest i druga. Ta obecnie jawnie łeb podnosząca i knująca na przyszłość.
I znowu Antypolska jest za, a nawet przeciw: Dlaczego kandydat Antypolski ma gębę pełną sloganów o polskości, a nie – o antypolskości? W każdym razie – w większości, bo pojawiają się przecież także te demaskujące napomknienia, te odkrycia, jak choćby te, do których dochodzi na tle WSI, będącego faktycznie niczym innym, jak tylko polskojęzycznym departamentem rosyjskiego zwiadu. I te oczywiste deklaracje lojalności wobec Kremla, te ordery, to cementowanie zależności, zabezpieczanie instytucji lojalnymi kandydatami i przede wszystkim – w moim przekonaniu – udział w katyńskim zamachu stanu.
Tylko po co przy tym tak kontrastująco opowiadać o Polsce?
Odpowiedź jest logiczna i konsekwentna, a także spójna, więc nawet Miki będzie miał tu swój walor całościowości.
Antypolska Mikich bowiem – pasożyt funkcjonariuszy i ich formacji, potrzebujący dla bytowania żywiciela i bez niego ginący – właśnie w ten sposób, używając podstępu i zabiegu mimikry, fortelem nakłania organizm żywiciela do uznania Mikich za swoich, a co najmniej – w duchu pluralizmu – równoprawne podmioty bytu, by wykluczyć ryzyko odrzucenia. Nie jeden to tego typu gatunek w przyrodzie, wiedzą o tym choćby ogrodnicy, którzy niemałą część swej pracy im właśnie poświęcają.
Rozpoznanie pasożytniczego bytowania Antypolski jest w istocie nietrudne. Wystarczającym kryterium rozpoznania jest dostrzeżenie sprzeczności między polskimi celami i interesami, do obrony których werbalnie aspirują, a antypolskością faktycznie stosowanych działań: odrzucaniem suwerenności, narodowej dumy, patriotyzmu, zakorzenienia w tradycji pokoleń.
Nawet „zaprzyjaźnione stacje” mendialne niewiele mogą w maskowaniu tych sprzeczności zdziałać.
ICH musi przerażać "demon polskiego patriotyzmu". Czy – jego "trumienny upiór".
Są one bowiem – że powrócę do biologicznych paralel – związane z reakcjami obronnymi i pozbawiają pasożyta żerowiska.
Warto zauważyć, że Polska nie jest jedynym w tym sensie zarobaczonym krajem.
Na Łotwie przykładowo żyją dziesiątki tysięcy niegdysiejszych sowieckich żołnierzy, którzy zniewolili swego czasu Łotwę i przez dziesięciolecia byli tego zniewolenia strażnikami. Dziś żądają oni łotewskiego obywatelstwa i wszelkich praw. Odmawiają wyjazdu i powrotu na łono Matki Rosji, czując się lepiej w niezdeprawowanej przez siebie do końca Łotwie.
Czy oznacza to negację dzieła całego swego życia i pragnienie naturalizacji? Wolę stania się dobrymi, wiernymi łotewskiej ojczyźnie obywatelami? Czy też jest adaptacja pasożytów do nowych warunków, podczas gdy ICH lojalność wobec Rosji nie uległa zmianie?
W mojej ocenie zarówno Antypolacy, jak i Antłotysze nadal służą Kremlowi.
A jeśli sami twierdzą inaczej, to twierdzą wyłącznie po to, by przetrwać i nie zostać strząśniętymi z organizmu żywiciela.
Nie tylko ogrodnicy mają na to środki.
http://miki.salon24.pl/176973,kim-sa-my-sciosa + dyskusja z autorem pod notką



Komentarze
Pokaż komentarze (11)