Komuś, kto chciałby kreatywnie upiększyć swój wynik wyborczy, polecam wzięcie przykładu z ostatnich POlskich doświadczeń. Teoretycznie, oczywiście. Jak piszę w rubryce obok – to wszystko to tylko mój punkt widzenia.
Ludziom rozumnym polecam zdanie się na GWno.
Realizacji cudu sprzyja posiadanie dużej i jak największej liczby zdyscyplinowanych po ORMOwsku zaufanych komisji lub choćby komisji większościowo zaufanych. Najcenniejsi byliby naturalnie liczni członkowie komisji o palikociej mentalności, “ale cóż tam marzyć o tem” – ich już monopartyjnie zagospodarowano.
Technika I – dowożenie brakujących kart
Komisja przed rozpoczęciem pracy w dniu wyborów powinna ostemplować karty wyborcze, które są liczone. Ponieważ frekwencja wyborcza nie osiąga w Polsce już od lat wartości zbliżonych do 100% (ale kto wie, co nas w monopartyjnym zarządzaniu jeszcze czeka?), 60 – 65% kart w stosunku do zarejestrowanych wyborców powinno na ogół wystarczyć. Jeśli jednak w sprzyjającym momencie wrzucimy do urny część z tych kart, oczywiście uprzednio zaznaczając miłego nam kandydata, to dodatkowo pomagamy sami sobie: mamy szansę, że pod koniec dnia kart zabraknie. Podobnie działa zapewnienie niskiej liczby kart od początku. Gdy ich zabraknie – jak pamiętamy np. z roku 2007 – głosowanie się przerywa, organizując dowóz nowych. Te nowe powinny być również liczone, lecz czy ordynacja naprawdę to nakazuje? W czasie oczekiwania na dowiezienie kart można wrzucić (sprzyjający moment) zaznaczone już karty. Co prawda ordynacja jest niby jasna: urnę należy zapieczętować, lecz – znowu jak pamiętamy – nie ma potrzeby być aż tak drobiazgowym. Rok 2007 to 46 takich akcji w komisjach obwodowych.
Ważne: PO zamknięciu lokalu należy niezwłocznie uzupełnić podpisy za martwe dusze. Można nie liczyć z dokładnością do jednego, ale lepiej podpisać za dużo niż za mało.
Zaleta: duża skala cudu. Można nie tylko zużyć wszystkie karty danej komisji, lecz nawet otrzymać ich uzupełnienie. W końcu to przecież tylko zasługa świadomych swego obowiązku wyborców, że frekwencja w naszym obwodzie wypadła tak wysoko ;-)
Wada: W przypadku głosowania w dwóch turach prawdopodobieństwo, że ktoś niegłosujący w I turze zdziwi się swoim podpisem z pierwszej tury.
W przypadku niedoszacowania rzeczywistego poparcia dla przeciwnika możliwa druga tura mimo naszych starań.
Wniosek: metoda polecana do wyborów parlamentarnych, niepolecana do prezydenckich. (Zastrzeżenie znika w razie wprowadzenia osobnej listy na drugą turę – patrz technika II.) Liczba dorzucanych kart powinna pozostać w granicach rozsądku, w końcu kto uwierzy w 95% poparcia dla namiestnika (przykładowo)! Zresztą, niech nam coś udowodnią!
Technika II – Podmiana listy wyborców
Technika tego cudu w sporej części pokrywa się z techniką I, z tym że (najlepiej jeszcze PRZED pierwszą turą) należy przygotować warunki prawne do zniknięcia listy z pierwszego głosowania. Najlepiej, by rozporządzenie w sprawie aktualizacji listy(albo czegoś podobnego, tytuł to sprawa drugorzędna, ważne, by listy nikt już nie zobaczył) wydano bez zbędnego rozgłosu; to samo dotyczy przygotowania drugiej listy.
Ważne: Istotniejsze od nieprzesadzenia z liczbą dodatkowych kart jest podpisanie się za nieprzybyłych w pierwszej turze wyborców. Znowu: lepiej podpisać za dużo niż za mało, w końcu przy podmianie list nie mamy się już czego obawiać. W razie niewtajemniczonego w sprawę szefa komisji podpisywać szybko od razu po zamknięciu lokali, zanim wpadnie i zabezpieczy spis wyborców (nie dopatrzono 2010 w komisji nr 23* i zrobił się kłopot)!
Zaleta: Wynik bardziej wiarygodny niż w razie dowożenia kart, bo limitowany liczbą kart pozostałych do dyspozycji po wykorzystaniu przez przybyłych.
Wada: W zasadzie brak wad. Zarówno frekwencja, jak i uzyskane wyniki pozostają w zakresie prawdopodobieństwa. Kwestia limitowania liczbą kart – do pominięcia.
Wniosek: Technika II stanowi udoskonaloną wersję techniki I, wymaga jednak przygotowania logistycznego na poziomie państwowym (stworzenie warunków prawnych do podmiany oraz utrzymanie jej w ciszy).
To jedynie dwa sposoby.
Może, jakbym pomyślał, wpadłbym na więcej?
*98 brakujących podpisów – względnie 98 dodatkowych, nieodgadnionego pochodzenia kart ;-) – to jedynie dowód szalbierstwa. Liczba 98 niewiele mówi o jego skali: nie mniej niż 98, nie więcej niż liczba oddanych głosów (4068) – tyle na pewno.
Na moje wyczucie będzie tego naprawdę między 500 a 750. Niech mnie który poprawi.
Zresztą, zdaje się, że raz tylko wykryto sfałszowany podpis w 2009 r. w komisji 158. Nie śledziłem tego jednak dalej; mała wpadka z podpisywaniem ZA WCZEŚNIE.
(Notka powstała z inspiracji Aspiryny. Aspirynę pozdrawiam.)
Komentarze
Pokaż komentarze (13)