Dawno, dawno temu był sobie Bank.
Bank zarabiał na tym, że przyjmował wpłaty, inwestował je w przeróżne interesy a róznicę pomiedzy oprocentowaniem wkładu a udzielonego kredytu wkładał sobie do kieszoneczki tużurka. To była szacowna i stabilna instytucja. Jej siedziba przypominała świątynię - była tylko bogaciej wyposażona w marmurowe posadzki, mosiężne okucia i blaty z polerowanego drogiego drewna. Klienci mogli liczyć na osobiste zaangażowanie zażywnych panów bankierów, którzy swoim nazwiskiem i renomą gwarantowali święty spokój.
A i klienci byli inni niż teraz. Klienci byli bogaci. Nikt, kto nie zarabiał odpowiednio dużo i kto nie posiadał odpowiedniego majątku nie miał czego szukać w Banku. Dla biedaków byli lichwiarze w bocznych alejkach. Nikt nawet nie myślał o tym, aby otwierać konto jakemuś ploretariuszowi, bo i po co? Nie dość, ze taki smierdział i nie umiał się zachować, to jeszcze pewnie był złodziejem. A jego groszowe interesy nie były warte uwagi tak szacownej instytucji, jaką był nasz Bank. Mawiano wtedy: "Żebrakowi można dać talara jak przyjdzie taka fantazja. Ale pożyczać biedakowi talara - nie warto.".
Przenosimy się w czasy bliższe współczesności.
Okazało się, że podejrzani lichwiarze osiągają znacznie lepsze zyski niż szacowne banki. Okazało się, że prawdziwymi panami finansjery są własnie oni - rekiny zaułków i podejrzanych kantorów. Szacowne Banki zdały sobie z tego sprawę ale jednocześnie wiedziały, że metody działania lichwiarzy - czyli stosowanie przemocy i zastrzszania przy sciaganiu długów nigdy nie sprawdzą się na większą skalę. Banki zaczęły zatrudniac co bardziej kulturalnych lichwiarzy licząc na ich pomysłową przewrotność, ale jak do tej pory nikt nie miał dobrego pomysłu na to jak wycisnąc prawdziwe pieniądze z biednego człowieka. Oczywistym było, ze pieniądze są gdzieś w kieszeniach mas pracujących - tylko pomysłu było brak na to jak je ładnie i klasą wydobyć.
Wtedy nastąpił cud.
Zerwano parytet złota. Pieniądz przestał być czymś, co po prostu istnieje samo z siebie i czym się obraca. Pieniądz stał się czymś, co mozna tworzyć z niczego. Inflacja przestała być siłą natury. Stała się czymś, czym można sterować i do pewnego stopnia kontrolować. Wszystko zależało od tego ile pieniędzy jest na rynku. W czasach parytetu złota można było zaledwie ograniczyć inflację - skupując złoto z rynku i zamykajac je w skarbcu. Ale stworzyć złota z niczego - nie można było. Nowy system naprawił ten błąd. Teraz można było ograniczyć inflację - wycofując banknoty z obiegu. Ale można też tworzyć inflację - drukujac banknoty i pompując je w rynek.
Stopy oprocentowania czy kursy wymiany walut przestały być czymś, co istnieje niezaleznie od człowieka - jak grawitacja czy temperatura za oknem. Teraz mozna było nie tylko żyć i robić interesy zgodnie z ich wskazaniami. Teraz można było na nie wpływać i je kształtować. Otworzył się nowy horyzont. Niezmierzone morze możliwości. Lichwiarze poczuli wiatr w żaglach. To była ich chwila!
Najbardziej zyskowna jest hiperinflacja. Paradoks? Raczej nie.
Oczywiście - hiperinflacja na skalę krajową czy globalną nie jest czymś z czego należałoby się cieszyć. Ale można przecież wytworzyć hiperinflację na jakimś wycinku rynku i całkowicie przejać nad nim kontrolę. Najlepiej aby był to segment rynku z którego klienci nie mogą łatwo zrezygnować. Coś niezbednego do życia. Na przykład - dach nad głową.
Wyobraźmy sobie sytuację, gdy istnieje wolny rynek nieruchomości. Cena domu zależy od jego lokalizacji, jakości, popytu i podaży. Oczywiście - przy zakupie domu ludzie czasem wspierają się kredytem bankowym. Ale na tym etapie banki spełniają funkcję pomocniczą. Nie sa głównymi graczami.
Potem banki wpadają na pomysł aby zalać rynek "tanimi" i powszechnie dostępnymi kredytami hipotecznymi. Im więcej tych kredytów i im tańsze są - tym lepiej. Można nawet pożyczać ludziom bez grosza przy duszy! Banki stać na to, bo już od jakiegoś już czasu mają dostęp do nieograniczonej ilosci drukowanych pieniędzy. Fala łatwo dostępnej gotówki płynie przez rynek nieruchomości.
Co się dzieje? Ceny wzrastają. Dwu- trzy- dziecieciokrotnie. Kiedyś na dom trzeba było oszczedzać. Teraz okazuje się, ze bez kredytu nie da rady. Człowiek ze swoimi śmiesznymi oszczędnościami życia nie ma szans kupić nawet budy dla psa zbitej z dykty. Musi pójść tam, gdzie inni - do banku po kredyt. Następuje hiperinflacja na wydzielonym segmencie rynku.
Spójrzcie za okno. Ludzie mieszkają w tych domach i nazywają je swoimi. Ale onenie należą ni nich. Należą do banków. I będą nalezały już zawsze. Banki za papierki, które same wydrukowały kupiły sobie coś, co ma realną wartość - domy. Więcej nawet - kupiły sobie niewolników związanych na dekady. Ludzi, którzy pracują dla nich. Ludzi, którzy sami przynoszą owoce swojej pracy i spłacaja odsetki od sztucznie napompowanej ceny domu. Po wieki wieków.
A najlepsze jest to, że banki wcale nie musiały drukowac tych pieniędzy! One nigdy nie opuściły systemu bankowego. Po prostu zostały przepisane z konta na konto. Cudownie, prawda?
A czemu o tym piszę? Po co pisac o takich oczywistościach?
Ano dlatego, że mydlana bańka w nieruchomościach pękła. Przynajmniej na zachodzie. Nikt nie chce kupować bud z dykty, które według banków warte są setki tysiecy. Rynak zamarł i zdechł.
Banki znalazły się w sytuacji, gdy nie ma gdzie ulokować pieniędzy. A pieniedzy maja tony, bo nadrukowało się tego sporo i coś trzeba z tym zrobić. Nieruchomości już nie sa pewną lokatą. Ceny złota i innych tradycyjnych lokat wbiły się w sufit. Nie tędy droga. Co robić?
Najlepiej zainwestować w coś z czego klientowi bedzie ciężko zrezygnować. Coś niezbednego no życia. Na przykład - żywność.
Najwięksi gracze inwestują teraz na potęgę w giełdy żywnosciowe. Ceny rosną trzeci czy czwarty rok z rzędu. Następuje hiperinflacja. I wcale nie dlatego, ze zbiory są marne. Dlatego, że miliardy są pompowane każdego dnia w rynek płodów rolnych. Być może niedługo nie bedzie stać zwykłego człowieka aby po prostu za oszczednosci zycia kupić sobie obiad. Być może bedzie musiał poprosić o kredyt w banku.
Rozsądny człowiek poszukałby teraz pola i obsadził je ziemiakami. Ale już niedługo będzie mógł to robić. Banki dogadaja się z rządami i powstanie szereg barier prawnych. Zabronione zostanie "samowolne" sadzenie kartofli.
Nie wierzycie?
To kupcie sobie desek, cegieł i postawcie sobie dom na swojej ziemii. Pokazcie, że się mylę.



Komentarze
Pokaż komentarze