dr Włodzimierz Nikitenko dr Włodzimierz Nikitenko
108
BLOG

Pedagogika śmierci (2)

dr Włodzimierz Nikitenko dr Włodzimierz Nikitenko Kultura Obserwuj notkę 0

 

Człowiek nigdy nie przeminie

Bo nad nim wieczność zawsze płynie…

 

               / Johann Wolfgang Goethe /

 

             Kolejny krok zmierzający ku przybliżeniu pełnego zrozumienia tzw. p e d a g o g i k i    ś m i e r c i,  to próba pojęcia zawiłości mentalnej całych społeczności, z całą niezwykle złożoną, a towarzyszącą im zawsze charakterystyką i strukturą powstania. Społeczeństw niejednokrotnie naprawdę skrajnych w swoim postępowaniu, ale pozostających jakże znacznymi na tle historii własnego kraju, jak i dziejów świata. Barwnym przykładem, choć ciągle mało zrozumiałym dla większości narodów globu ziemskiego, pozostaje społeczny patriotyzm Polaków. Narodu, który „od zawsze” bardzo chlubił się swoją Ojczyzną, a nawet obnosił miłością do niej, iż w jej obronie, samo ryzyko śmierci miał już za nic… Młodzi, pełni wigoru życia i temperamentu ludzie – polska młodzież wieku XIX z okresu Powstania Styczniowego, pozdrawiała się w sposób na przykład taki:  bodaj cię pierwsza kula nie minęła…”, „bodajżeś na szubienicy zginął”, uważając to za wielce patriotyczne, dumne i wzniosłe, jeżeli choćby w najmniejszy sposób wiązało się ze śmiercią za swoją umiłowaną ojczyznę. Podobną, o ile nie bardziej wyostrzoną jeszcze „ofertę” poniesienia najwyższej ofiary – własnego życia, zachowywały nawet dzieci i młodzież wieku XX, które czynnie i z pełną świadomością uczestniczyły w działaniach heroicznej walki na wszystkich płaszczyznach zawziętego i nie pokonanego do końca polskiego Ruchu Oporu w walce z okupantem. Zapewne w nieco innej, choć podobnej roli zresztą, najczęściej wbrew zasadom praw logiki, jak i zdrowemu rozsądkowi, zachowywali się często także lekarze, jak i pozostały „biały personel” cywilnych ale i więziennych szpitali różnych miejsc, także kaźni, a nawet masowej zagłady i eksterminacji, jak chociażby obozy koncentracyjne, obozy pracy, a nawet obozy zesłania. Co ciekawe przy tym, nie zawsze już legitymujący się przynależnością tylko do narodu polskiego…[1]

          W lustrzanym jakoby, choć nie takim samym kontekście, przypomina się problem odnośnie niejednokrotnie heroicznej wprost postawy działania „białego personelu” w trakcie prowadzenia pionierskich badań na lekach, rzeczywistych operacjach i terapiach poza organizmem „zwierząt ćwiczebnych”, kiedy uczestniczono w eksperymentach z pogranicza ryzyka życia własnego. Wiadomo, że naczelną zasadą zawodu lekarza było, jest i wciąż pozostaje – pomoc choremu, jak i – ratowanie życia nawet wtedy, kiedy już zatraca się sposób na rzeczywiste jego uratowanie. Na pewno jednak, wszystko wymusza: miejsce, okoliczności, środowisko, wiek, zaludnienie, płeć, obowiązujące prawa i systemy społeczne, gospodarcze, polityczne… Przy czym zasada udzielania pomocy, nie tylko zawsze wspiera się rozumem, ale również jakże ważnym dla każdego człowieka podłożem emocjonalnym, tradycją, przyzwyczajeniami, a nawet motywacją wolnego wyboru, odruchów, przy zupełnie skrajnym, a nawet czasem wyraźnie sprzecznym poglądzie lekarza i pacjenta na poszczególne wybrane kwestie, ich postrzeganie, jak i światopogląd. Faktyczny postęp nauk medycznych, nie zawsze jednak chce, może i potrafi sprostać zarówno wymogom osobistym, jak i kwalifikacjom danego lekarza w zgodzie z Naturą i rzeczywistością.[2]

          Współczesne lecznictwo zaczyna coraz wyraźniej dostrzegać też problem osób, które wynikiem nieudanego zabiegu reanimacji, tracą w części lub całkowicie świadomość. Stają się tym samym niby organizmem ludzkim, spełniającym jednakże już tylko potrzeby życiowe niezbędne do podtrzymania samego procesu istnienia, który w wielu wypadkach czasami trwa jeszcze tygodnie, a nawet miesiące… Medycynę natenczas ogarnia coraz wyższy stopień zagrożenia, tworzeniem jakoby „sztucznych hodowli” uodpornionych szczepów różnorakich infekcji chorobotwórczych u takich osób – dalej podawane są im przecież leki, chociażby antybiotyki[3]… I tu powraca wciąż nierozwiązana ciągle kwestia: czy wobec takich pacjentów można, czy też należy w tych wybranych przypadkach, dopuszczać możliwość zastosowania zjawiska np. eutanazji?.[4]

Wiadomo także wszem i wobec, że szczególnie w odniesieniu do ludzi dojrzałych – starszych, ale i przypadkach większości schorzeń terminalnych (bez określenia czasu nadejścia śmierci), a także bez określania granicy wieku (zarówno dzieci, młodzi i osoby dojrzałe), winno zawsze zachodzić zjawisko zachowania godziwego życia, a tym bardziej – godziwej śmierci. Niestety, w takich razach, nie zawsze jednak można i da się taki stan utrzymać… Coraz częściej bowiem, taki właśnie chory, pozostawiany jest „sam sobie” – odizolowany od bliskich i rodziny, praktycznie zdany tylko na opiekę „towarzyszy niedoli” – współlokatorów ze szpitalnej sali, oraz zabiegany personel medyczny z syndromem wiecznego braku czasu. Czyż jednak o to wtedy tak naprawdę chodzi? Chyba jednak nie do końca… Generalnie, ludzie z chorobami terminalnymi, najbardziej liczą wówczas na odbudowanie rwącej się nici bliskości, jak i powszechnej obecności bliźniego. Tego prawdziwego, najbliższego bliźniego, z którym przeżyli wiele lat, dzielili się radościami i smutkami, by zawsze był to ktoś swój – kochany, szanowany, podziwiany, uwielbiany…, który jakoby stale promieniuje ciepłem i czuwaniem domu, nawet jeżeli to „wieczne rozstanie” jest coraz bliżej już nieuchronne. Wszystko po to jednak, by budować „odchodzącemu” mocną, choć zanikającą, a nawet niewidzialną już czasami granicę pewności, równowagi, wyciszenia i spokoju, że pamięć o nim pozostanie wieczna, zawsze bliska, serdeczna i ciepła...[5]  

Teraz właściwie winno się zadać fundamentalne pytania do wszystkich poruszonych powyżej kwestii. Jaka jest, czy ewentualnie winna pozostawać faktyczna rola i postawa „białego personelu” w powyższym zagadnieniu? Czy ten właśnie personel winien i jest do niej przygotowany i w jakim stopniu? Czy lekarz bądź pielęgniarka, są bezwzględnie i na pewno upoważnieni do rozmów z rodziną i chorym, jego stanie zdrowia, jak i zbliżającej się śmierci? Czy winni wobec pacjenta zachować pełną szczerość i otwartość o czekającej go śmierci i jej przybliżonym terminie? Czy w szpitalu winien czynić to jedynie psycholog kliniczny w odniesieniu zarówno do umierającego pacjenta, jak i jego najbliższych? Czy stosować mającą często miejsce barierę milczenia o zbliżającej się śmierci wobec rodziny, jeżeli życzy sobie tego pacjent, lub odwrotnie?[6] Jeżeli rzeczywiście zjawiska eutanazji medycyna nie może, a nawet nie powinna akceptować – pozostaje przecież w całkowitej sprzeczności z zawodem lekarza, to czy np. w chorobach nowotworowych winna posługiwać się lekami i środkami odurzającymi (narkotykami) i im podobnymi, w celu eliminacji działania nasilającego się bólu u chorego (czasami może on być już wtedy także powodem powikłań prowadzących do szybszej śmierci pacjenta)? Kolejny problem, to czy i kiedy, lekarz bądź pielęgniarka winna kierować się na tyle uczuciem, współczuciem (a może humanitaryzmem?) ku choremu, by oszczędzając mu powtarzających się cierpień, można z jego przyzwoleniem, lub z przyzwoleniem rodziny, albo przy jej całkowitym braku, z czystej litości, spowodować celowe zaniechanie swoich obowiązków, bądź praktyczne wyłącznie aparatury podtrzymującej (przedłużające) życie…

Następny problem rysuje niebezpieczną z kolei płaszczyznę odpowiedzialności prawno-cywilnej zachowania w tym przypadku tzw. własnej twarzy. Mianowicie, jeżeli prowadzone badania weszły na drogę zwykłego przekłamania aparatury, ewentualnie złego zestawienia całości badań i wyników, bądź niewłaściwej i zagubionej w chaosie zabieganego dnia codziennego interpretacji tychże wyników wobec chorego i jego rodziny; także wobec złego zdiagnozowania problemu ze strony lekarza, to co wtedy? Dodatkowo dobija do tego niby ważki, ale jakże życiowy dylemat obecny w każdym absolutnie uprawianym przez człowieka zawodzie, a więc także, a może szczególnie i w medycynie – kluczowa bariera etyczna. Czy „biały personel” winien kierować się własnymi ogólnoludzkimi wartościami humanistycznymi (człowiek dla człowieka), czy też wyłącznie tylko wartościami czysto finansowymi i ekonomicznymi (kasa ponad wszystko)?[7] Jeszcze skrajnie inny zupełnie aspekt postrzegania śmierci, nasuwa płaszczyzna filozofii z jej przekierunkowaniem na teologię wiary. Otóż, na pewno sam fakt śmierci wiążę się zawsze z nieodłączną grozą i ludzką tragedią. Czy większość religii jednak, nie przymusza do stałego i bliskiego obcowania ze zjawiskiem śmierci wszystkich swoich wyznawców od momentu pierwszego, uproszczonego nawet przekazu założeń wiary – „strach śmierci” w perspektywie ostatecznego i wiecznego potępienia. Nasila tym samym wszelkie czynności jakoby zapobiegania profilaktycznego, m.in.: właśnie przez modlitwę, właśnie przez czynienie tzw.  „dobrych uczynków”, właśnie przez zachowywanie ciągłego dostępu wiernych do tak niezbędnych im przecież sakramentów?[8]

Na pewno jednym z ostatnich, a kluczowych dylematów jaki powinien mieć swoje miejsce na płaszczyźnie przygotowania ku śmierci, pozostaje materia ludzkich odczuć psychicznych zarówno umierającego chorego, jak i leczącego go „białego personelu”. Układ jest wciąż nie zakończony, pozostając ciągle dogłębnie, a nawet szeroko otwartym. Otwartym, ponieważ edukacja medyczna do tej pory jakoś nie wyposażała swoich adeptów nawet w minimum wiedzy na ten temat, poza rzeczywistymi kilkoma zaledwie wykładami monograficznymi o śmierci w całym cyklu trwania studiów jednak medycznych. Mało tego, nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie to nawet w pełni realizowała. W znacznym stopniu też, coraz bardziej nawet zmierza w stronę „czynienia szczęścia” chorym i ich rodzinom tylko już za brzęczącą i w znacznej ilości monetę…

Reasumując, istotą tej wciąż obecnej, ale pomijanej „w ostatecznym rozrachunku” dziedziny pedagogiki – pedagogika śmierci, cały czas przypomina i uświadamia aż do znudzenia na każdym etapie swojej troski, że kruche ludzkie szczęście, zadowolenie, spokój, satysfakcja własna, bierze swój początek w dążeniu do mocnej konsolidacji w nieustającej i rzeczywistej opiece nad rodziną, jak i tejże rodziny nad ludźmi umierającymi.

Dokonane nawet swojego czasu badania dowodziły, iż ci „odchodzący” w momencie gdy znajdują się pod opieką „białego personelu” w pomieszczeniach szpitalnych, bardziej zawsze zwracają uwagę na kwalifikacje i osobowość ludzi z którymi mają do czynienia, niż na faktyczny komfort i wyposażenie tego miejsca; bardziej liczy się dla nich samo zwrócenie uwagi na chorego, kontakt z nim, cierpliwe wysłuchanie, delikatność i takt oraz sumienność wykonywanych zabiegów, niż pozostawienie ich samym sobie w bezczynności trwania – oczekiwania na śmierć. Generalnie, większość z pacjentów liczy na jakieś cudowne, bliżej nieokreślone ocalenie, przy czym zawsze pewien mały procent, kieruje się wolą przeznaczenia. Zupełnie skrajnie znikomy zaś odczynnik uważa, że czas przeznaczony na leczenie jest na pewno czasem straconym, bo śmierć i tak przyjdzie… Na problem, gdzie powinno następować spotkanie śmierci, większość opowiadała się za szpitalem (najszybciej dostępna ewentualna pomoc, nie ma kłopotu co zrobić z ciałem, odpada kłopot pogrzebu, zmniejszenie zamieszania w rodzinie osoby zmarłej). Większość osób w obliczu śmierci, na pewno chciałaby mieć koło siebie chociaż pielęgniarkę. Całkiem znikomy zupełnie procent osób umierających, chciałby natomiast mieć dostęp do kapłana swojego wyznania i ostatniego namaszczenia.[9]

Jako absolutną esencję wszystkich prezentowanych tematycznie opracowań związanych z tanatopedagogiką – czyli pedagogiką śmierci, należy najpoważniej rozpatrzeć problematykę śmierci od jej zupełnego zarania. Konkretnie tego właśnie momentu, który pedagodzy nazywają – w y c h o w a n i e m. Faktycznie nie ma przecież człowieka na Ziemi, który nie boi się śmierci. Subtelna różnica tego zjawiska polega jedynie na tym, iż niektórzy się do tego otwarcie przyznają, inni – nigdy absolutnie i w żadnych okolicznościach. Jeszcze inni, będą to ukrywali pod różnymi postaciami, np. zawirowań psychicznych… Śmierć znana jest człowiekowi od jego najwcześniejszych początków. Towarzyszyła mu od zawsze i wszędzie. Czasami z bólem, strachem i cierpieniem, a czasami niespodziewanie; czasami oczekiwana, a czasami nagła; czasami przeplatały ją oczekiwane i wymyślne tortury, a czasami dłuższa bądź krótsza chwila odurzenia jakimś bliżej nieokreślonym dymem, napojem, jedzeniem z dawką jakiegoś narkotyku, bądź trucizny. Czas wielkich bitew i wojen, ukazał jeszcze inną jej odsłonę – jej bezdenne lekceważenie w imię własnej bezgranicznej miłości do własnego kraju – umiłowanej ojczyzny (np. walki o Westerplatte, bądź bezwzględny heroizm chociażby nastoletnich uczestników Powstania Warszawskiego), bądź w pełnej solidarności z życiem innych osób lub za nie (m.in. Janusz Korczak idący z dziećmi do gazu, duchowny Maksymilian Kolbe zgadzający się na śmierć w zamian za ocalenie zwykłego ludzkiego życia). Należy przypuścić także, iż wtedy, na pewno nigdy nie myśli się w kontekście przybliżenia religijnego – ostatecznego rozliczenia życia: czy zasłużyłam/łem na niebo czy też na piekło. Dowiedziono, że już przed wiekami pierwotni Słowianie pragnęli bardziej nawet śmierci męczeńskiej, ponieważ tylko ona mogła im zabezpieczyć oczekiwane wejście do krainy wiecznej szczęśliwości.[10]         

 

(Jeżeli odczuwasz niedosyt takiej problematyki, bądź jej pokrewnej, zajrzyj również moim nazwiskiem na: <Salon 24> bądź <eioba.pl> albo mój blog <historia.org.pl>)

 

 

LITERATURA:

- Człowiek w obliczu śmierci (Krajowa Konferencja lekarzy i humanistów, Gdańsk 10-11.05.1976 r.) Warszawa 1978.

- Kielanowski T., Rozmyślania o przemijaniu, Warszawa 1976.

- Paerson L. (red.), śmierć i umieranie, tłum.: Bogdan Kamiński, wyd. 2, Warszawa 1975

- Sękowska Z., Pedagogika w lecznictwie, Warszawa 1976.

- Sokołowska M. (red.), Badania socjologiczne w medycynie, Warszawa 1969.

- Szymczak M. (red.), Słownik języka polskiego, t. 1-3, Warszawa 1978-1981.



[1] Człowiek w obliczu śmierci (Krajowa Konferencja lekarzy i humanistów, Gdańsk 10-11.05.1976 r.) Warszawa 1978, s. 76, głos w dyskusji: dr Bożena Krzywobłocka.

[2] Tamże, s. 80, głos w dyskusji: prof. Kornel Gibiński i dr hab. Zbigniew Gonciarz.

[3] Tamże, s. 86, głos w dyskusji: dr Wojciech Kozłowski.

[4] Eutanazja – zabójstwo człowieka na jego żądanie lub pod wpływem współczucia dla niego; termin nadużywany przez hitlerowców w stosunku do ich morderstw popełnianych w stosunku do ludzi chorych umysłowo, niedorozwiniętych, kalek i upośledzonych, oraz więźniach niezdolnych do pracy spowodowanych wycieńczeniem lub złym stanem zdrowia. Źródło: Szymczak M. (red.), Słownik języka polskiego, t. 1, Warszawa 1978, s. 561.

[5] Człowiek w obliczu …, s. 93-99, głos w dyskusji: prof. dr med. Julian Blicharski.

[6] Tamże, s. 103-107, głos w dyskusji dr Maria T. Nowakowska.

[7] Tamże, s. 107-109, głos w dyskusji dr hab. Aleksander Lewiński; oraz s. 118-120 głos w dyskusji prof. Aleksander Krawczuk.

[8] Tamże,  s. 121-125, głos w dyskusji dr Władysław Kot; oraz s. 125-128, głos w dyskusji dr Andrzej Zbierski.

[9] Tamże,  s. 148- 158, materiały zgłoszone do protokołu – mgr Zofia Uniejowska.

[10]Tamże, s. 167, materiały zgłoszone do protokołu – mgr Maria Lewit.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura