Być może spory definicyjne interesują tylko ludzi nauki, ale czasem chyba jednak warto zastanowić się czy użycie danego określenia jest właściwe. Parę zamieszkującą wspólnie bez ślubu zwykło się określać mianem „konkubinatu”. Słowo to wywodzi się od łacińskich słów „con” – współ-, razem z i „cubo” – kłaść, położyć, spać. Zatem w dosłownej analogii do języka łacińskiego, z którego to słowo się wywodzi, „konkubinat” oznaczałby – polegiwać ze sobą, a właściwie, mówiąc najdelikatniej – być ze sobą w intymnym związku.
Należałoby zatem nazywać konkubinatem wszystkie „związki intymne”, co oczywiście byłoby pomysłem niedorzecznym. Tymczasem, sens konkubinatu nie sprowadza się tylko do pożycia seksualnego, lecz raczej do współzamieszkiwania, i życia „tak jak w małżeństwie”. Lepszym zatem określeniem wydaje się być „kohabitacja”, ponownie mająca swe źródło w terminologii łacińskiej. Słowo „con” już wyjaśnialiśmy, zaś „habitare” oznacza: mieszkać. „Kohabitacja”, czyli – współzamieszkiwanie. Kłopot w tym, że termin „kohabitacja”, a tym bardziej „związek kohabitacyjny” (Word podkreślił mi nawet, że nie zna tego słowa), właściwie nie wychodzi spoza książek z dziedziny socjologii. Po co zatem termin, którego – najbardziej zainteresowani – tzw. „zwykli ludzie” nie używają.
Przyjęło się natomiast inne określenie – związek partnerski, choć w socjologii oznacza ona nie tyle wspomnianą właśnie „kohabitację”, tylko związek, w którym kobieta i mężczyzna dzielą ze sobą po równo swoje domowe obowiązki (ten typ relacji nazywany jest także "związkiem egalitarnym"). Słowem: pomieszanie z poplątaniem. Może zatem rację ma mój Teść, który zwykł mawiać: „Czy to ważne kto z kim śpi, ważne żeby się wyspał”…


Komentarze
Pokaż komentarze (5)