1 obserwujący
45 notek
16k odsłon
  452   0

Mimozy spod znaku LGBT

Poruszające medialne doniesienia o kiepskim samopoczuciu osób związanych z LGBT (lęki, depresja, a nawet próby samobójcze) powinny wywołać nie tylko odruch moralny taki jak współczucie, litość czy chęć pomocy, ale również refleksję.

Trudno bowiem zrozumieć, dlaczego osobom naruszającym pewne normy przyjęte w danym środowisku aż tak bardzo zależy na akceptacji tego środowiska. Po co zabiegać o uznanie ze strony tych, których ma się za ograniczonych i zacofanych? Po co być innym, jeśli reszta ma tego nie dostrzegać? Po co się buntować, skoro nie życzymy sobie sprzeciwu? Przecież nie po to się różnimy, by otoczenie na to nie reagowało, a może nawet pogłaskało nas po głowie i przytuliło, zacierając całą naszą odmienność.

Można też zadać pytanie, czemu „mocherowe berety” nie targnęły się masowo na swoje życie po tym, jak premier Tusk użył wobec nich ewidentnego „języka pogardy”; czemu robotnicy i chłopi nazwani przez ks. Tischnera „grupą złodziejsko-żebraczą” nie popadli w masową depresję; czemu wreszcie mieszkańcy b. PGR-ów pokazani w filmie „Arizona” jako grupa degeneratów i piętnowani za to, że opiekują się swoimi emerytami tylko po to, by pobierać ich emerytury, nie zapadli się jeszcze ze wstydu pod ziemię?

Ano chyba dlatego, że człowiek zabiegający o uznanie otoczenia to człowiek „zewnątrzsterowny” (wg znanego określenia Riesmana), a więc człowiek słaby, uzależniony od opinii innych, istna mimoza, która uległa współczesnej chorobie zdiagnozowanej przez Simmla jako „hiperestezja” (w „Filozofii pieniądza”). Natomiast człowiek silny, który prezentuje nie „jaźń odzwierciedloną”, lecz „solipsyzm estymatywny” (jak to określał Ortega y Gasset) jest „wewnątrzsterowny”: ma mocne ego i utrwalone superego, wierzy w wartości, które wyznaje, ma za nic obowiązujące normy, panującym zasadom przeciwstawia własne, a dla istniejących „grup odniesienia” potrafi znaleźć własnych „znaczących innych”, choćby miał ich szukać w odległej przyszłości.

Tak przynajmniej widział to G.H. Mead, który dostrzegał w osobowości człowieka nie tylko zależne od środowiska „me” (jaźń odbitą), ale też suwerenne, buntownicze „I”. Mead pisał więc: „Jedynym sposobem, w jaki możemy reagować na dezaprobatę całej społeczności, jest utworzenie społeczności na wyższym poziomie, która w pewnym sensie przegłosuje społeczność, w której się znajdujemy. Człowiek może osiągnąć taki punkt, że działa przeciw całemu światu, jaki go otacza, ale aby tak działać, musi mówić do siebie głosem rozumu” („Umysł, osobowość i społeczeństwo”, s. 232).

Warto więc zastanowić się, czego bardziej brakuje dzisiejszym działaczom LGBT: rozumu czy odwagi, niezależności myślenia czy prawdziwego nonkonformizmu?

(tako rzecze socjobloger)

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo