Przy okazji mojego dzisiejszego, premierowego wpisu, zostałem wywołany do tablicy w sprawie symbolicznego wyroku na gen. Kiszczaku, jaki dzisiaj zdołało z siebie wydać nasze żółwie sądownictwo. Słowo 'symboliczny' ma tutaj znaczenie niebagatelne, gdyż prawdziwa symbolika tego zdarzenia nikogo myślącego logicznie nie powinna nastrajać pozytywnie. No bo cóż to za rzekomy triumf sprawiedliwości dziejowej, skoro największy pałkarz PRLu nie przesiedzi już zapewne do końca swoich dni ani jednej godziny w tej samej celi, do której z wielką wprawą posyłał członków opozycji antykomunistycznej?
Za ostro powiadacie? No dobrze - znajcie moje serce. Nie chcemy nadwyrężać zharatanego zdrówka, nie chcemy zabierać cennego czasu, to dlaczego nie uderzyć po kieszeni? Skoro po przegrywanych procesach obrażający się wzajemnie celebryci mogą łożyć na cel społeczny, to niby dlaczego Pan jenerał Kiszczak ze swoim przebogatym życiorysem również nie miałby troszkę skapnąć? Jestem pewien, że po podróży do Egiptu jeszcze małe co nieco pobrzękuje na dnie sakiewki, chociażby zaskórniaczki chomikowane z emerytury.
Umówmy się - 2 lata w zawiasach to kara nie tyle symboliczna, co żadna. Samo wskazanie winnych bez jakiejkolwiek odczuwalnej kary jest może warte odnotowania w protokołach, ale nie ma żadnego wymiaru praktycznego i nie ma nic wspólnego z elementarnym poczuciem sprawiedliwości, któremu zadośćuczynienie leży w gestii sądów. Ten wyrok i przede wszystkim fakt, ze zapada on dopiero w pierwszej instancji (sic!) w roku pańskim 2012 (i znowu sic!) sprawia, że zwyczajnie wstyd mi za moje państwo i jego paralityczny, sprzedajny wymiar sprawiedliwości. Z drugiej strony nie spodziewałem się niczego innego, bo jak wielokrotnie powiadam - nie zdaliśmy egzaminu z przywracania normalności w latach 90' to nie dziwmy się, iż teraz pijemy to nawarzone piwo. Mam za to i zawsze będę miał ogromny wrzut do Wałęsy, Geremka, Mazowieckiego et consortes, którzy mieli w ręku złoty róg, a ostała im się jeno gruba kreska i jej zgubne konsekwencje. Trudno sobie wyobrazić, gdzie moglibyśmy dzisiaj być stawiając Jaruzelskiego i Kiszczaka pod ścianą, albo chociaż rozpędzając to całe zdradzieckie towarzystwo na cztery strony świata. Gdzie moglibyśmy być, gdyby Lech Wałęsa po chlubnym okresie lat 80' nie dał się ponownie upodlić przy okrągłym stole.
Nie mam żadnych złudzeń, że Pan jenerał jako przedstawiciel wymierającej już na całe szczęście kasty "ludzi honoru" odwoła się od tego wyroku i będzie się tak odwoływał do momentu, aż diabli go nie wezmą. W tym kontekście bardzo dziwią mnie wpisy części blogerów i dziennikarzy, którzy dostrzegają w tym wyroku jakikolwiek postęp w sprawie. Szanse na doprowadzenie tego procesu do prawomocnego finału zanim Kiszczak kopnie w kalendarz są już od dawna zerowe. Piszę to z zaciśniętymi ze złości zębami, ale niestety w zestawieniu PRL kontra III RP nieodmiennie kolejne punkty lądują na koncie PRLu.



Komentarze
Pokaż komentarze