W ubiegłej notce poświęconej bolączkom naszej edukacji wyraziłem przekonanie, iż gigantycznym problemem jest powszechne przekonanie naszego społeczeństwa, że ściąganie na sprawdzianach (ergo - oszukiwanie) jest czymś równie naturalnym jak oddychanie. Ciche przyzwolenie na ten proceder (niestety nie tylko rodziców, ale czasem również i nauczycieli) ma dalece bardziej idące konsekwencje niż nam się wydaje.
Szkoła ma przygotowywać młodych ludzi do rzeczywistości z jaką się zmierzą w dorosłym życiu, ma wyrabiać dobre nawyki takie jak uczciwość i pracowitość. Jakiej uczciwości i pracowitości nauczy się dziecko, które miast przygotowywać się do sprawdzianu wydrukuje sobie ściągę, a resztę czasu poświęci na playstation? Odpowiedz brzmi oczywiście: żadnej. Taki młody człowiek ma znacznie większe szanse dołączyć do grających w pracy w sapera niż ciężko pracujących na dobro swojego kraju. Mówi się, że Polacy to pracowity naród i trudno się z tym nie zgodzić codziennie widząc te same, znużone kolejnymi nadgodzinami twarze sąsiadów.
Obawiam się jednak, iż nasza pracowitość widoczna na poziomie zwykłego pracownika nie przekłada się na pracowitość czy choćby zaradność kadr kierowniczych i rządzących, a ryba niestety psuje się od głowy. Robotnik może sobie urobić ręce i nogi, jednakże jeżeli za tym nie pójdzie właściwe wykorzystanie jego wysiłku przez kierowników, managerów, dyrektorów czy prezesów to niestety nierzadko cała para idzie w gwizdek. Przykładów marnotrawstwa ludzkiej pracy nie trzeba wcale szukać na samej górze, myślę że każdy z nas widział niejeden taki kwiatek w swoim życiu. Ja sam pracując swego czasu w firmie meblowej jako operator cnc (dziwna praca dla przyszłego historyka, wiem) spotkałem się z przekomiczną sytuacją, gdyż okazało się, iż na mojej maszynie w pewnym okresie było 2 pracowników i trzech zarządzających ich pracą kierowników. Prowadziło to oczywiście do kompletnego chaosu decyzyjnego i ogromnej nieefektywności pracy. Nie sądzę, aby przytoczony przeze Mnie przykład kogokolwiek z Was zdziwił i już sam ten fakt powinien nam dać sporo do myślenia. Tutaj płynnie przechodzimy do mojej tezy o szkołach, które często-gęsto uczą jedynie olewania i generalnie pojmowanego dziadostwa.
Wiem, że państwowe szkolnictwo jest niedofinansowane, ale przyznam się, iż nie sądzę, aby nakłady na edukację miały decydujące znaczenie w jej jakości. To co najbardziej wiąże nauczycieli, to moim zdaniem biegunka administracyjno-urzędnicza nie pozwalająca nalezycie skupić się na swojej robocie. Bruksela i Warszawa prześcigają się w wymyślaniu coraz precyzyjniejszych przepisów mających sprawić, że nasze pociechy poczują się w szkole bezstresowo. Wczoraj przeszkadzały nierówne ławki, dzisiaj zaczynają przeszkadzać krzyże w klasach, a jutro najpewniej zaczną przeszkadzać sami uczniowie. Jest tylko jedno małe "ale". Otóż szkoła nie ma być miejscem, gdzie dziecko nie odczuwa stresów, tylko wręcz przeciwnie. Jeżeli chcemy przygotować młodego człowieka do zderzenia z dorosłym życiem, to niby jak mamy to zrobić bezstresowo? Przecież stres, presja czasu i presja wyniku są nieodłącznym elementem życia osoby dorosłej. Kiedy słyszę te bezeceństwa o bezstresowym wychowaniu to ręce mi opadają do samej ziemi.
Gdyby spojrzeć retrospektywnie na przebieg naszej edukacji to okaże się, że wiele z tych tysięcy godzin zostały bezpowrotnie stracone. Nie winę tutaj nauczycieli, ale raczej właśnie ministerstwo, które zdaje się nie rozumieć, że w tych sprawach lepsze jest często i gęsto wrogiem gorszego. Pamiętam, iż wraz z kolegami z technikum, mając być w jednymi z pierwszych roczników objętych tzw. nową maturą, poświeciliśmy jej omawianiu wiele godzin lekcyjnych. Po roku okazało się, że jednak nowa matura zostaje zawieszona i będziemy pisali starą (co zresztą osobiście bardzo sobie chwalę). To tylko jeden z przykładów, gdzie nieustanne dostosowywanie programu nauczania i metod pracy do ministerialnych "ulepszeń" prowadzi do bardzo smutnych konsekwencji. Nauczyciel zatraca swoją pierwotna rolę i staje się kolejnym trybikiem w urzędniczym mechanizmie. Na faktyczne nauczanie poświęca się niewiele więcej czasu niż na papierkową robotę. Państwowe wszędobylstwo jest tutaj niestety nad wyraz widoczne i robi naszym pociechom prawdziwą niedźwiedzią przysługę.
Wszystko to jest oczywiście połączone z postępującą degradacją takich przedmiotów jak historia, wiedza o społeczeństwie oraz wychowanie fizyczne. W zamian za to dostajemy kolejne lewackie wynalazki z osławionym wychowaniem do życia w rodzinie w głównej roli. Okazuje się, że te same środowiska, które chcą rozbić instytucje rodziny nagle wykluły pomysł jak przyszłych członków ewentualnych rodzin tresować, pardon ... wychowywać.
Wiem, Polska potrzebuje inżynierów, a nie ludzi którzy rozumieją czym ta Polska w ogóle jest. Nie zdziwię się jeśli po kolejnej reformie (okrojeniu) historii program będzie przeskakiwał od Mieszka od razu do Okrągłego Stołu. W ten sposób natychmiast zwolni się miejsce w grafiku na różniczkowanie i kursy zakładania kondoma. A wszystko to w czasach, gdzie tak prezydent jak i premier są historykami ... ręce opadają.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)