SOLTYS SOLTYS
547
BLOG

Idealny świat bez Kościoła?

SOLTYS SOLTYS Polityka Obserwuj notkę 12

Przyznam szczerze, że jak słyszę kolportowany w niektórych pseudopostępowych środowiskach tekst, iż w skrócie: świat bez religii byłby lepszy, bo nie byłoby wojen, to autentycznie krew mnie zalewa. Ile trzeba mieć w sobie dziecięcej naiwności, aby w coś takiego uwierzyć, a o ileż wiecej aby to jeszcze rozgłaszać z miną zbawcy świata?

Bądzmy poważni - religia czasem może być głownym powodem wojny, ale tak naprawdę przyczyny wzajemnego wyrzynania się ludzi w konfliktach zbrojnych są w 99% przyadków dalece bardziej przyziemnie. W skrócie - jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze (względnie o władzę, która ma te pieniądze i inne korzyści zapewnić). Nawet tak, zdawałoby się, przesączone ideą walki o jedyną i słuszną wiarę wojny prowadzone przez Mahometa miały wyraźny podtekst finansowy. Religia nie jest wcale głowną przyczyną większości wojen, ale raczej bodźcem, katalizatorem wokół którego przeróżni władcy gromadzili zasobów ludzkie, potrzebne im do podbicia jakiejś bogatej ziemi czy pozbycia się konkurenta do władzy.

Weźmy szesnastowieczne wojny religijne w niemczech zakończone w 1555 roku pokojem w Agusburgu (słynne Cuius regio, eius religio). Naprawdę sądzicie, że ta połowa niemieckich wielmożów która zawarła związek w Schmalkalden została tak dogłębnie poruszona naukami Lutra, że postanowiła zmienić wyznanie? Byłoby naiwnym tak sądzić. Pozbycie się katolickich duchownych po pierwsze dawało możliwości zagarnięcia ich ziem, po drugie oznaczało koniec z płaceniem świetopietrza, a po trzecie choc nie mniej istotne - pozwalało odbudować obrządek religijny oddany nie papieżowi, ale władzy lokalnej. Pozostali książęta bynajmniej nie obstawali przy Karolu V tylko dlatego, że byli tak zawziętymi i nieugiętymi katolikami. Zwyczajnie i po ludzku obawiali się utraty swoich wpływów i swojej władzy. Nie było w ich poczynaniu nic fanatycznego, ot chłodna kalkulacja potencjalnych zysków i strat.

No ale okay, przyjmijmy że nagle ukrytym snom prawdziwego lewicowca staję się zadość. Kościół Katolicki znika z powierzchni ziemi. Powstaje tzw. państwo neutralne światopoglądowo (czyli taka jakby sucha woda), słowem tworzy się idealna symbioza na linii władza-gej-feministka-szary obywatel. Tylko czy aby napewno świat staje się lepszy? Ograniczmy tą hipotetyczną sytuację tylko do naszego kraju, gdzie co zastajemy? Trzeba na prędce zorganizować noclegownie i codzienne ciepłe posiłki dla kilkuset tysięcy bezdomnych. Trzeba gdzieś upchnąć tysiące sierot, starców i chorych, którym wcześniej dzień w dzień pomagały osoby duchowne. Możnaby tak długo wymieniać, ale chyba już każdy załapał w czym rzecz. Kto niby miałby sie tym zająć? Kto zorganizowałby na to fundusze? Jurek Owsiak?

Rozumiem, że można czy wręcz trzeba krytykować kler za różnego rodzaju uchybienia. Rozumiem, chociaż z trudem, że można nie mieć w sobie wewnętrznej potrzeby wiary w cokolwiek lub kogokolwiek. Ale bezkrytyczne paplanie w stylu: "A w tych klasztorach to się tylko masturbują i wykorzystują dzieci, a ta religia to jeszcze nikomu nic dobrego nie przyniosła, tylko wojny i nienawiść" naprawdę nie przystoi jako tako myślącemu człowiekowi. Nie przykłajmy globalnych miar do jednostkowych przypadków pedofilii czy homoseksualizmu wśród księży, bo zaczniemy się poruszać w sferze absurdu. Wyolbrzymianie negatywnych stron Kościoła przy totalnym ignorowaniu jego nieporównywalnie większych zasług (przy czym pomijam tu zasługi "duchowe" i skupiam się na tych namacalnych) poza tym, że jest nieuczciwe, to kojarzy mi się również w pewnym sensie z pluciem na własny dywan. Czy tego chcemy czy nie wiara katolicka stoi u podstaw naszej cywliziacji i dezawuowanie tego w myśl jakiegoś blizej nieokreślonego kosmopolityzmu i postępactwa jest, delikatnie mówiąc, lekkomyślne. Zły to ptak co własne gniazdo kala.

Jedyne co mnie cieszy to fakt, że nie doczekam realizacji ideii państwa neutralnego światopoglądowego, gdyż takie państwo nie może istnieć. Jest to kolejny przykład lewicowej nowomowy ergo nic nieznaczącego bełkotu, którego opanowanie odróżnia światłych od reakcji. Brak krzyża w szkole czy w urzędzie to przecież również  świadectwo pewnego światopoglądu lansowanego przez państwo. Nie da sie od tego uciec, państwo zawsze będzie wyrazicielem pewnej linii światopogladowej. Pozostaje otwartym pytanie czy ma być to linia szanująca korzenie swojej własnej cywilizacji czy też je odrzucająca w imię dogadzania wszystkiemu i wszystkim. Nie rozumiem w czym ateiście, agnostykowi czy innowiercy przeszkadza kawałek drewna na ścianie. Dla nich jest to przecież pusty symbol, ale dla wielu innych to nie tylko znak wiary ale i herb tutejszej cywilizacji. Jeżeli [dla przykładu] jakiś wyznawca Thora nie potrafi tego uszanować, to niby dlaczego mielibyśmy mu nadskakiwać? W jakiej to kulturze gość może wskazywać gospodarzowi jak ten powinien urządzić swoje mieszkanie?

Jak zawsze zachęcam do czytania i wyrażania swoich opinii w komentarzach. Pozdrawiam.

SOLTYS
O mnie SOLTYS

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Polityka