Katolicyzm czy może bardziej chrześcijaństwo (ponieważ często myli się te dwa pojęcia) jest wszystkim tym co wydawało się być najlepsze po zabraniu kilku idei z innych religii, wszystkim tym co miało stworzyć podwaliny pod nowy system polityczny w tamtejszej Europie.
Cały „skomplikowany” i „rygorystyczny” trzon chrześcijaństwa zamknięty został w dziesięciu punktach, będących wykładnią prawa żydowskiego, a który został przyjęty jako podstawa do budowania nowego ładu na kontynencie. Ładu, który miał zagwarantować stabilność, poprzez system monoteistyczny i wiarę w jednego Boga. Boga Ojca, Jego Syna i Ducha Świętego wraz z Marią – matką Jezusa, a każde z nich będące pełnią Boga. Taka postać Boga, jego prawicy i lewicy była uniwersalną zasadą równości wszystkich ludzi wobec prawa i panujących stosunków społecznych.
Jak wiemy, wiele z tych idei zostało zapomnianych albo wypaczonych, pewnie w myśl zasady „rewolucję wymyślają idealiści, przeprowadzają pasjonaci, a korzystają z niej szubrawcy”.
Jednak należy pamiętać, że kwestia wiary w Boga (cokolwiek się nie kryje pod tym pojęciem) nie ma nic wspólnego z wyobrażeniem jego osoby… nie ma kościoła chrześcijańskiego, który przedstawiałby wizerunek Boga „pod postacią” – całe wierzenie opiera się na symbolice i na przesłaniach mistycznych. Najbardziej popularne jest wyobrażenie Stwórcy jako trójkąta czy oka, jest On wszech- i generalnie łączy się z pojęciem nieskończoności… czymże bowiem jest wszechwiedza, wszechobecność itp.?
To absolut.
Religia jest instytucjonalnym uwieńczeniem panujących przekonań i wierzeń więc podlega prawom człowieczym ze wszystkimi tego skutkami. To polityka, która zdeprawowała ideę równości, miłości i sprawiedliwości. To był powód podziałów w Kościele chrześcijańskim i wyodrębniania się nurtów mniej lub bardziej zbliżonych do zamierzonego, pierwotnego ideału.
Dzisiaj cały brud popełnionych nieprawidłowości z przeszłości zaczyna ściekać po murach instytucji kościelnej, staje się powodem do wytykania błędów popełnionych, a także doszukiwania się winy tam gdzie jej nie ma. To kolejna walka polityczna tych, którzy na błędach Kościoła chcą dorwać się do władzy…
Nic nowego.
Jednak najbardziej obrzydliwe jest to, że byle niezguła na wieść o tym, że ksiądz zmajstrował coś nieprzyzwoitego, zaczyna odreagowywać się na krzyżu i na Bogu, szydząc z symboli, mieszając z aferami kościelnymi imię Absolutu i męczeństwa Jezusa – ciesząc się z tego, że na katolikach może sobie poużywać za wszystkie nieszczęścia tego świata.
I jakby tego było za mało nazywa siebie dumnie „ateistą”… licząc na to, że gdy popluje i pokrzyczy, zdobędzie uznanie ludu w imię słusznej idei.
Znamy takich wojujących inkwizytorów nawet z różnych portali… wulgarnych, jak konie z klapkami na oczach wiozące swoich guru do zwycięstwa w zamian za siano, niezłomnie powtarzających „słowa-klucze” (Boga nie ma, Kościół to mafia), podniecających się na widok sutann i każdemu księdzu przypisując skłonności pedofilskie albo homoseksualne.
Szukających sensacji w każdym oddechu duszpasterskiej posługi, w każdym przejawie altruizmu, w każdym słowie wypowiedzianym przez księdza – jak głodna zwierzyna, która w chwili posuchy zje nawet ochłap i powie, że to też można nazwać mięsem.
Ale ci ludzie nie są ateistami, tylko awanturnikami bez zasad za to z nadzieją na profity…
Ateista nie musi uznawać reguł funkcjonowania instytucji kościelnej, ale nie musi też nie wierzyć w nic. Bo to, że zastanawia się nad sensem egzystencji, początkiem wszystkiego, nie oznacza też negowania istnienia sił będących przyczynkiem do powstania naszego świata czy życia.
Ateista kwestionuje istnienie bóstw choć niekoniecznie musi kwestionować legendy historii. Nie ma nic negatywnego w tym, że nie zgadza się z istnieniem świętych czy wynoszeniem zmarłych na piedestał świętości, podobnie jak nie ma nic nagannego w oddawaniu czci tym legendom, jeżeli ktoś w to wierzy…
Każdy z nas wybiera swoją drogę życia, kieruje się własnym kodeksem moralnym albo potrzebuje już przyjętego. W Dekalogu zawarte jest kilka najważniejszych zachowań, które mają uczynić nasze życie spokojniejszym.
Nie zawsze się to udaje, ale to wina tylko i wyłącznie ludzi… nie Boga.
To ludzie psują zasady religijne, podobnie jak i zasady kodeksu karnego… czy to oznacza, że mamy wypiąć się na prawo?
To, że ksiądz odmawia gejowi prawa do uczestnictwa w życiu wspólnoty religijnej wcale nie oznacza, że należy odejść z tej wspólnoty. A już na pewno nie oznacza „odejścia od Boga”. Tak byłoby najłatwiej: obrazić się na Pana Boga i pozwolić szubrawcom kategoryzować ludzi w dalszym ciągu.
Oznacza to tylko tyle, ze należy zmienić albo księdza albo wspólnotę, jeżeli takowa przyklaskuje księdzu. Ponieważ Boga potrzebujemy wszyscy, a księdza tylko niektórzy… i Boga możemy kochać zawsze i wszędzie, a księdza niekoniecznie musimy, mimo tego, że czasami aż nadto tego się dopomina.
Nie każdy ksiądz jest pedofilem, politykiem, pazernym klechą czy nieludzkim sędzią moralnym. Nie każdy ateista jest awanturnikiem czy wulgarnym apologetą obyczajów pogańskich. Ci rzekomi „ateiści” to właśnie katolicy obrażeni na pana Boga, ale tkwiący w rejestrach kościelnych jako „wierni kościoła”… to takie cielaki przy dwóch matkach, które w chwili strachu nawracają się i zaczynają nową wojnę – tym razem w szeregach ortodoksji religijnej.
Pewnie po to by się z Panem Bogiem pogodzić i rzucić mu jakieś ofiary…
Oglądamy takich na co dzień w naszej polityce.
Każdy z nas ma prawo wierzyć w to co chce, dopóki nie zaczyna narzucać nam swoich przekonań albo wyśmiewać naszych. W końcu jedno z przykazań dekalogu mówi: nie czyń drugiemu co tobie nie miłe… zrozumie to zarówno prawdziwy chrześcijanin jak i prawdziwy ateista.
alex


Komentarze
Pokaż komentarze (1)