Ludzie różnie się rozstają… czasem spokojnie, czasem po kilkuletnich bataliach w sądzie. Wydawałoby się, że przypadku związku bezdzietnego „wojny rodzinne” nie dotyczą – ot, pary rozchodzą się, nie wiązały ich żadne zobowiązania dawane przed Bogiem czy pracownikiem USC.
Podobno tak jest łatwiej.
A jednak okazuje się, że łatwo nie jest gdy w związku jest jeszcze dziecko. Nie jest łatwo dlatego, że trudno podzielić się osobą, którą się kocha a jeszcze trudniej ustalić z kim powinno dziecko zostać. Problemy między rodzicami bardzo często stają się zmorą dzieci. Rozwodzący się rodzice walczą o prawa do opieki wszelkimi możliwymi metodami, zdarza się iż kilkuletni kajtek musi przed psycholog sądową opowiedzieć co dzieje się w domu i który rodzic jest lepszy.
Czasami też jest tak, że dzieciak staje się kartą przetargową w walce o podział wspólnego dorobku materialnego. Rodzice nasyłają na siebie wszelkiej maści pracowników, od skarbowych po socjalnych by wykazać nieodpowiedzialność partnera, stosują najobrzydliwsze argumenty by dziecko zatrzymać przy sobie, posuwając się nawet do oskarżeń o molestowanie seksualne i dewaluować osobę ojca czy matki w oczach nic nierozumiejącego dziecka i wścibskiej opinii publicznej.
W marcu głośna była sprawa Zbigniewa, który na YT - na profilu "Ratujcie Szymona" zaprezentował nagrania z akcji jakie miały miejsce w jego byłym domu. Jak zawsze w przypadku spraw rozwodowych jedna strona jest święta a druga wszystkiemu winna. Widać wyraźnie, że tak właśnie było w podanej za przykład sytuacji: dobry mąż, który wynosi się z domu i zostawia dziecko w szponach matki-potwora. Prawie po roku podrzuca do domu dyktafon i nagrywa to co nagrywa, pewnie w czasie swojej nieobecności ponieważ trudno uwierzyć, żeby matka lała syna przy ojcu, a on biernie obserwował... chociaż bardziej interesujące było to, kto właściwie dyktafon włączył... matka, żeby swoje "bestialstwo" udokumentować czy ojciec, którego w domu nie było :)
Jednak zdarza się także, że walka o dziecko jest efektem zwykłej mściwości i rodzi się na zasadzie „jeszcze mnie popamiętasz”… jakże często słyszymy historie kobiety, które zwiały od mężów oprawców i dowiadywały się od sąsiadek, że były dziwkami, nierobami, maltretowały dzieci i nawet się im posprzątać po sobie nie chciało, a on taki fajny i porządny był…
I często też takie oblepianie partnera/rki goownem obyczajowym kwitujemy słowami prostaki, patologie, żadnej kultury nie mają.
Więc rozstanie dwojga wykształconych ludzi i to na poziomie akademickim, powinno być ciche i spokojne jak przystało na osoby inteligentne, którym obce są metody chamów i prostaków…
Od kilku dni głośna jest sprawa rodziców małego Piotrusia, którego ojciec dziwną decyzją sądu, otrzymał prawo do opieki i wyegzekwował swoje prawo wczesnym rankiem, zabierając wrzeszczącego malucha z łóżka, z domu. Po czym zniknął bez śladu.
Oczywiście nie było by w tym nic sensacyjnego gdyby nie fakt, że specyficzne i bardzo dyskusyjne metody pozyskania dziecka były efektem zabiegów profesora psychologii, z jakąś tam nagrodą Ministra Edukacji Narodowej i Sportu. Profesor podobno jest "kopalnią wiedzy" a zarazem straszakiem na uczelni i ma na swoim koncie rozstroje żołądka wielu studentów.
Podobno w domu stosował zbliżone metody wychowawcze zarówno w stosunku do dziecka jak i żony. Żona była zła, gdyż po porodzie dzieciak zaabsorbował ją niesamowicie i starego troszkę na dystans trzymała… no i miała jakieś patologiczne relacje z rodzicami bo była do nich przywiązana. On takich problemów ze starymi nie miał, gdyż gdy ryczał jako dziecko, to rodzice sobie na spacer szli i zostawiali go samego.
W całej tej awanturze między dorosłymi, wykształconymi ludźmi nie bulwersują ukryte kamery towarzyszące ich spotkaniom, szarpanina pana psychologa ze swoją byłą żoną i jej matką w czasie gościnnej wizyty czy też to, że psycholog przed obcymi zachowywał się jak zakochany ojciec i mąż…
Takie akcje są znane każdemu prowadzącemu sprawy rozwodowe i pewnie każdemu z nas, komu przyszło mieć rozwodzących się przyjaciół i nagle okazywało się, że ten Jasiek, z którym piwo się piło - damskim bokserem się okazał.
Bulwersujące jest to, że mimo kompromitującego ojca-psychologa zachowania (prośba o umieszczenie syna w rodzinie zastępczej do czasu rozstrzygnięcia przez sąd), mimo wyraźnych oznak, że dziecko ojca panicznie się boi i na jego widok wpada w histerię, mimo tego, że wystąpiły u dziecka zaburzenia w rozwoju i objawy znerwicowania, mimo tego, że spotkanie z ojcem skutkuje wizytą policji w domu i odnotowaniem w rejestrach interwencyjnych – sąd bez uwzględnienia zdania biegłych zdecydował o przyznaniu opieki właśnie ojcu.
Temu ojcu, na widok którego dziecko krzyczy do matki: "Ratuj, nie daj mnie, nie pozwól, żeby mnie dotykał."
Czy nikt z biegłych sądowych nie zastanowił się nad sensem tych słów?
alex
Sprawa Piotrusia, wraz z filmami jest opisana (na podstawie akt sądowych) na portalu tokfm: goo.gl/WdvYy


Komentarze
Pokaż komentarze (11)