Ma tysiące nazw, tysiące twarzy, tysiące powodów swojego istnienia. Jest przyczyną tysięcy nieszczęść, tysięcy zejść i tysięcy rozstań.
Chandra, melancholia, przygnębienie, splin, dno, dołek, załamka, smutek, przygnębienie… za każdym z tych zwrotów czai się nasze drugie ja, nasza druga - bardziej mroczna i ponura część, która tylko czeka by przejąć nad nami kontrolę.
Jest z nami od samego początku. Dostajemy ją wraz z emocjami naszej matki, później osadza się w naszym życiu w następstwie niezrozumiałych sytuacji, które pozostawiają nas sam na sam z własnymi interpretacjami i narastającym przewrażliwieniem. Wciska nas w ramy swoich uzależnień, które zaczynają rządzić naszymi emocjami prowokując do irracjonalnego zachowania.
Tak czy inaczej każdy z nas ma w swojej jaźni lokatora i to bynajmniej nie dzikiego. Lokatora, którego tak się boi iż czasami ulega mu bez walki albo walczy z nim zatracając się w piekle. A przecież nie chodzi o to by go całkowicie wyeliminować - tylko nauczyć się z nim po partnersku żyć i dopilnować by w naszym wewnętrznym świecie panowała równowaga.
Depresja.
Ktokolwiek usłyszy tak postawioną diagnozę zazwyczaj traktuje ją jako początek drogi przez mękę i odejścia w schiozofreniczny świat. W zasadzie wie tylko tyle, że czas na proszki i to zjadane regularnie bez pewności, że pomogą. Wie, że będzie to okres albo lekkiego otumanienia, albo widocznej poprawy, ale zawsze z fiolką pod ręką.
Tak czy inaczej ONA w dalszym ciągu będzie rządzić i walczyć o swoje przetrwanie. I wróci na pewno…
Więc co zrobić by nie zwariować?
Dla jednych ludzi czas z depresją stał się stylem życia. Każde zachowanie jest tłumaczone niestabilnością emocjonalną, każde działanie czy raczej jego brak także tłumaczone jest brakiem chęci do życia. Trudno mówić takim ludziom „weź się w garść” ponieważ czują się błogo w swoim stanie i życie traktują raczej jako poczekalnię… Bóg jeden wie do czego.
Dla innych niemożność podniesienia się rano z łóżka jest powodem dramatycznych i nerwowych prób samodzielnego ratowania się przed matnią i pewnie brzmią im w uszach wytarte jak ścierka teksty: zajmij się czymś to nie będziesz mieć czasu na rozmyślania... I tak wpada jeden z drugim w tryby zajęć, faktycznie nie mając czasu na głupie myśli, ale jednocześnie zapominając, że co się odwlecze to nie uciecze i kiedyś organizm nie wytrzyma i zwinie się jak kłębek.
To tak jak z wpadnięciem do wody… zaczynamy wykonywać gwałtowne, ciężkie ruchy i bardzo często idziemy na dno dlatego, że tracimy przede wszystkim siły. Nie lepiej poddać się na moment i przeczekać aż woda nas wypchnie sama?
Uciekając przed bohaterami naszego życia wewnętrznego tak właśnie robimy. A przecież niemyślenie o nich - nie powoduje, że znikają… oni są i będą zawsze. Pytanie brzmi: kiedy ich oswoimy i staną się nie przeszkadzającymi nam w funkcjonowaniu statystami.
Kim są ci statyści?
To różne wersje nas, w różnych minionych rolach. W jednych rolach, które ciągle przywołujemy i w innych, które porzucone w niepamięć wracają do nas rozeźlone same. A gdy są ignorowane – tylko mocniej atakują. Ponieważ wiedzą, że się na nich wściekamy, ale nigdy nie powiemy tego głośno. Ponieważ czasami aż nimi gardzimy, ale wolimy o tym nie wspominać. Bo chcielibyśmy cofnąć czas i mieć pewność, że ich nigdy nie było, ale czas ma to do siebie, że płynie tylko w jednym kierunku zbierając ze sobą wszystko co napotka na swojej drodze.
Także dlatego, że są nami. I nigdy się od nich nie uwolnimy.
Będziemy zawsze z nimi ponieważ są nierozerwalną częścią naszego życia i zaistniałych sytuacji. Na nic zda się udawanie, że czegoś nie było… równie dobrze można sobie wmawiać, że odcięcie zgniłej nogi rozwiązuje problem trudności w chodzeniu.
Więc może warto usiąść sam na sam ze swoim rozeźlonym drugim, trzecim czy, którymś tam JA i spróbować pogadać? Może warto dowiedzieć się czegoś o sobie ze strony tego rozczarowanego JA? Może się wszak okazać, że nasze któreś JA nie jest wcale takie złe - tylko my traktujemy je jak zło?
Może się okazać, że niepotrzebne są nasze rozpamiętywania, że moglibyśmy kiedyś zrobić coś inaczej – gdyż prawdopodobnie to co zrobiliśmy było tym co wtedy wydawało się jedynie słuszne. Czasu nie cofniemy, ale możemy z nim się uczciwie rozliczyć. Nikt przecież nie jest idealny, a każde napotkane zdarzenia są dla nas tylko wyzwaniem by się właśnie nie poddawać… gdzie byśmy byli gdyby nie tamte okoliczności z przeszłości?
Gdzie jesteśmy teraz?
ONA nie jest naszym przekleństwem. ONA jest tylko częścią naszej świadomości przeładowaną nadmiarem złych emocji. I wcześniej czy później nie utrzyma takiego ciężaru i nastąpi wylew głębokich, pozostawionych samych sobie rozgoryczeń, poczucia winy, żalu do innych. Skutki takiego niekontrolowanego potopu znamy z zewnętrznego życia.
Więc jeżeli mamy jeszcze dość siły zdejmijmy z NIEJ ten balast. Napiszmy sobie na kartce z jaką częścią niezadowolonego JA musimy w pierwszej kolejności się dogadać… jak głęboko w oczy musimy spojrzeć swojemu staremu nieszczęściu by bez pretensji powiedzieć: hej, sporo w tym było mojej winy. Albo przyznać, że to nasze zbyt wysokie oczekiwania zabiły szanse na realizację naszych marzeń…
A kiedy już odrzucimy te wewnętrzne spory okaże się, że będzie lekko jak w niebie. ONA wprawdzie przysiądzie sobie gdzieś w zakamarkach naszej duszy… jak to Depresja. W końcu jest nieodzownym elementem naszego wewnętrznego życia. Czasami jeszcze dźgnie, czasami chwyci za serce…
I cóż z tego…
Napiszemy wtedy jakiś piękny wiersz, albo skomponujemy liryczny utwór. Może namalujemy jakiś ekspresyjny obraz, albo napiszemy piękne opowiadanie…
Bo cóż byłby wart świat bez Depresji? Bez tego rozhuśtania emocjonalnego, które powoduje, że zaczynamy tworzyć z potrzeby chwili. Ileż dzieł by nie powstało, ilu tekstów nie uczylibyśmy się na pamięć by móc je cytować ku pokrzepieniu serc?
Bez NIEJ nie zrobimy przecież kroku do przodu…
alex


Komentarze
Pokaż komentarze (12)