Spooky17 Spooky17
222
BLOG

Wspomnicie mnie kiedyś w piosence

Spooky17 Spooky17 Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 2

Kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego skłania do refleksji. Pierwszy sierpnia, dla wielu środek wakacji, czas urlopów i wieczornych spacerów w świetle zachodzącego słońca... Mimo to tego dnia panuje jakiś inny, melancholijny, nostalgiczny nastrój; jest po prostu spokojniej. Media, zawsze tak hałaśliwe, przypominają powstańcze piosenki i archiwalne nagrania z rozmów z uczestnikami zrywu, a my w godzinę „W” zatrzymujemy się na chwilę i słuchamy dźwięku syren. Zastanawia jednak ile w tym zachowaniu jest prawdy, przyzwyczajenia i wreszcie fałszu.

            Z roku na rok toczą się coraz zacieklejsze spory o sens Powstania. Eksperci, a zresztą nie tylko oni, bo dzisiaj podczas niedzielnych obiadków w gronie rodzinnym, każdy staje się na chwilę specjalistą od omawianego zagadnienia, wypowiadają swoje opinie w mniej lub bardziej ostry sposób. Panie i panowie w autobusach z dumą (i koniecznie z chrząknięciami) powtarzają opinie historyków, a jeszcze częściej polityków i celebrytów, zasłyszane w telewizji ku ogólnej aprobacie zgromadzonych. Powstanie jako klęska militarna. Powstanie jako obłęd, który narodził się w głowach niczego nieświadomych dzieciaków. Powstanie – śmierć dziesiątek tysięcy i Warszawa w gruzach. Kolejne zwycięstwa moralne, jak to mamy w zwyczaju określać, to za mało. I jeszcze nie należy zapominać, że straciliśmy przy tym resztki cudem ocalałej inteligencji. Szkoda, że rzadko kto przy tym pamięta, jak to nasi „wyzwoliciele” i „przyjaciele” ze Wschodu po wojnie traktowali przyszłe elity. Dalej: przykro, że przy tej całej dbałości o dobra materialne (koniecznie pamiętać o zburzonej Warszawie i nietkniętej Pradze) pomija się fakt istnienia czegoś takiego jak duch narodowy. To ostanie; „coś” tak niebywale trudne do zdefiniowania, co spędzało sen z powiek Mickiewiczowi, Słowackiemu, Krasińskiemu i wszystkim Polakom, którzy byli na emigracji bądź pod zaborami. „Coś”, co pozwalało wrócić na mapę świata po ponad studwudziestoletniej nieobecności, a wreszcie obalić jarzmo komunistycznego systemu. Niestety, dzisiaj liczy się tylko to, parafrazując znanego pisarza, co widoczne dla oczu. Krytykowanie zatem Powstania, jak i innych „cudacznych pomysłów” naszych przodków, jest dzisiaj, jak najbardziej pożądane.

            Oczywiście, o czym przecież otwarcie mówią kompetentni historycy, Powstanie było klęską militarną i przede wszystkim polityczną. Nikt tego nie kwestionuje; takie są, niestety, fakty. Ważne jest, aby ci sami ludzie pamiętali o tym drugim aspekcie – duchowym. Tak czyni naczelny „Do Rzeczy Historia” Piotr Zychowicz, który chociaż napisał książkę o znaczącym tytule – Obłęd 44, to zgadza się ze stwierdzeniem, iż powstańcy są największymi bohaterami naszej historii. Poza tym w artykule poświęconym zrywowi przytacza znamienne słowa Cata-Mackiewicza: Przez wiele setek lat, dopóki istnieć będzie naród polski, każdy Polak będzie przyznawał, że Powstanie Warszawskie było samobójczym szałem, i będzie miał do niego synowską tkliwość i miłość. Będzie z niego dumny. Kłopot w tym, że nawet tak wybitny publicysta nie przewidział naszego nowego wspaniałego podejścia do przeszłości.

            Historia przestaje nas interesować; podchodzimy w sposób lekceważący do tego, co dawne i, może przede wszystkim, polskie. Nie mogę podzielić, choć bardzo bym chciał, entuzjastycznego podejścia części publicystów, którzy zauważają rosnące zainteresowanie młodzieży zarówno przeszłością, jak i teraźniejszością. Owszem, widzimy młodych ludzi aktywnie uczestniczących w różnych obchodach wydarzeń historycznych czy spotkaniach organizowanych np. przez Kościół (vide ŚDM czy lokalne inicjatywy). Niemniej, jest to grupa stosunkowo nieduża, stanowczo za mała, by rywalizować z rówieśnikami, dla których najważniejsze są szeroko rozumiana tolerancja i bycie nowoczesnym Europejczykiem dalekim od bajeczek sprzedawanych przez katofaszystów. Właśnie to nowe pokolenie, wychowane po roku 1989, zasługuje na szczególną uwagę. W końcu to oni wkrótce przejmą stery, poprowadzą naród i zadecydują o losie Polski. Codzienne obserwacje nie napawają optymizmem. Wspomniane grupy, to młodzież w jakiś sposób określona: „zacofani” kontra „postępowi”. Łatwo dostrzec, że przy obecnym nacisku na akceptację wszystkiego, co inne (czytaj: nowoczesne), zwycięży w tym „pojedynku” ta ostatnia grupa. „Postępowi”, jeśli już trzymamy się tego określenia, są bardziej wyraziści, głośniejsi, a przy tym kolorowi i weseli. Kusząca perspektywa, zwłaszcza dla nastolatków, którzy za wszelką cenę chcą być akceptowani w towarzystwie. „Zacofani” są cisi i oferują rzeczy na pierwszy rzut oka nieatrakcyjne: dumę z wydarzeń sprzed lat i, jakaż ohyda, świat niezmiennych wartości. Powaga mierzy się z wesołością i pełną swobodą. Chyba nietrudno odpowiedzieć, co wydaje się atrakcyjniejsze i przede wszystkim łatwiejsze w odbiorze.

            Pozostaje jednak grupa trzecia, najliczniejsza, która najprawdopodobniej wybije się najwyżej, w myśl powiedzenia, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Określmy ich, jako „obojętnych”. Niczym nie zainteresowani wiodą beztroski żywot; żadnych zmartwień czy problemów egzystencjalnych, jedynie dobra zabawa i pełen luz. Dla potwierdzenia wystarczy prześledzić odcinki internetowego programu Matura to bzdura (albo posłuchać rozmów w autobusach lub galeriach handlowych). Uczniowie, maturzyści czy studenci (!) nie mają podstawowej wiedzy. Weźmy pod uwagę chociażby kwestię II wojny światowej, temat jednego z odcinków MTB, a przy tym chyba rzecz, na którą kładzie się nacisk w szkole. Pytani mają problem z rozwinięciem skrótu ZSRR, datą Powstania Warszawskiego, a ponadto możemy dowiedzieć się, że Generalna Gubernia leżała w Niemczech i produkowano tam wino, natomiast w okupowanej Francji powstało państwo Avon (odcinki o innej tematyce są jeszcze bardziej przerażające). Wszystko to okraszone śmiechem, brakiem jakiegokolwiek zażenowania. Brak wstydu za posiadaną niewiedzę; tylko śmiech, a wręcz radość, że udało się towarzyszących znajomych wprawić w dobry (?) humor. I co? Nie żyje się komuś takiemu lepiej, całe życie na lajcie, bez żadnych nurtujących pytań, bez obciążającej wiedzy? Łamanie głowy na nic się nie przyda. A z racji tego, iż taka egzystencja jest wygodniejsza, to pociągnie za sobą kolejne rzesze nastolatków. Kto by się przejmował jakimiś świrami sprzed siedemdziesięciu lat, a nie daj Boże z zamierzchłych czasów powstania listopadowego.

            I tutaj wracamy do spostrzeżenia Cata-Mackiewicza: synowska tkliwość i miłość, duma z aktu odwagi. Czy tak jest nadal? Wciąż przecież zatrzymujemy się na ulicach, gdy pierwszego sierpnia usłyszymy syreny. Tylko, co się za tym kryje dalej? Mija godzina siedemnasta i pięć minut później jesteśmy myślami przy kwiatkach na balkonie. Nie chcę sugerować, aby żyć tylko wspomnieniami i snuć w nieskończoność refleksje nad wzniosłymi wydarzeniami. Ale, skoro tyle mówimy, o lekcji jaką niesie nam postawa AK-owców i mieszkańców ówczesnej Warszawy, to czy nie należałoby tego zweryfikować? Z pewnością to wszystko jest piękne i wzruszające: piosenki Lao Che w stacjach radiowych nastawionych na łatwego słuchacza, wywiady z powstańcami, wywieszone flagi i wiele innych drobnych gestów. Co z tego, skoro nie ma to odbicia w naszym postępowaniu, choć mamy zdecydowanie łatwiej niż nasi przodkowie w 1944 roku? Dlaczego dzień później ci sami ludzie, którzy zatrzymali się w godzinę „W”, atakują hasło „Bóg-Honor-Ojczyzna”, tak ważne dla powstańców?

            Na szczęście są tacy, dla których pierwszy sierpnia naprawdę coś oznacza i wspomnienie przekłada się na życiową postawę, często wśród drwin i niezrozumienia. Mało tego; takie rocznice są potrzebne. Jak wspominałem na początku: tego letniego dnia różnicę czuje się wręcz w powietrzu. Podobnie, jak w okresie Bożego Narodzenia, staramy się zachować świąteczny nastrój, tak rocznica zrywu nakazuje nam poczuć dumę z tego, iż jesteśmy Polakami. Dzięki temu nadal możemy mówić o patriotyzmie. Może to właśnie jest ten polityczny sukces powstania? Zgodziłby się z tym Mickiewicz, który w tekście O duchu narodowym na zarzut, że głupota byłą, aby król (w tym przypadku Warneńczyk) walczył w pierwszym rzędzie, odpowiedział: w wiekach rycerskich było to właśnie najlepszą polityką. Pamięć o Powstaniu Warszawskim jest równoznaczna z polskością. Rachunek jest prosty. Kiedy przestaniemy pamiętać, nie będzie i Rzeczpospolitej. Wszystko to powoduje, iż rzeczą, delikatnie mówiąc, przykrą jest, gdy celebryta, ktoś na kogo wszyscy się patrzą, mocuje flagę w psiej kupie, a jakaś piosenkarka śpiewa, że nie oddałaby Polsce „ani jednej kropli krwi”.

            Spośród licznych piosenek przypominanych w kolejną rocznicę powstania, utkwił mi w pamięci utwór Anity Lipnickiej A jeśli nie wrócę przed świtem... Padają tam niezwykłe słowa, wymownie wskazujące, jak Kolumbowie byli od nas różni i, nie wahajmy się użyć tego określenia, lepsi. Możemy usłyszeć np.: Przeproście matulę jedyną / Że wyszłam bez pożegnania. Symboliczne jest, że kilka minut później przeczytałem na Facebooku wymianę zdań między dziewczynami. Na pytanie dlaczego jedna z nich nie odebrała telefonu, druga odpisała, „myślałam, że dzwoni matka”. Taka jest między nami, Kolumbami, a urodzonymi po 1989 roku, różnica. 

Spooky17
O mnie Spooky17

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura