Lech Piasecki: Na Giro polewaliśmy sobie ręce rumem, żeby nie zamarzły

Belgijski kolarz Tim Merlier (L), zwycięzca drugiego etapu 104 Giro d'Italia. Fot. PAP/EPA/LUCA ZENNARO
Belgijski kolarz Tim Merlier (L), zwycięzca drugiego etapu 104 Giro d'Italia. Fot. PAP/EPA/LUCA ZENNARO

Lech Piasecki jest jedynym polskim kolarzem, który wygrał aż pięć etapów kultowego Giro d’Italia. W sobotę wystartowała 104. edycja tego wyścigu.

- Chociaż w tym roku na starcie Giro zabrakło asów - Rafała Majki i Michała Kwiatkowskiego, to liczę że może wreszcie któryś z Polaków pójdzie w moje ślady i okaże się najszybszy na którymś z etapów. Myślę, że nasi błysną w górach - mówi nam były mistrz świata amatorów na szosie i zawodowców na torze oraz najlepszy zawodnik Wyścigu Pokoju w 1985 roku.

Dla mnie nie ma bardziej romantycznego wyścigu, niż ten dookoła Italii. Włosi są zwariowani na punkcie kolarstwa. Potrafią stworzyć niepowtarzalną atmosferę na trasie. Mam kapiatalne, ale i mocno traumatyczne wspomnienia z rywalizacji o różową koszulkę, nagrodę dla zwycięzcy klasyfikacji generalnej Giro. Sentyment do tego wyścigu pozostał, dlatego z uwagą śledzę tegoroczną edycję tej wielkiej imprezy - twierdzi w rozmowie z Salon24.pl Lech Piasecki. Jeden z najlepszych polskich kolarzy w historii opowiedział nam o:

Faworytach tegorocznego Giro d’Italia

Z ciekawością będę się przyglądał Belgowi Remco Evenepoelowi, zwycięzcy ubiegłotocznego Tour de Pologne. Na naszych drogach ten chłopak pokazal, że jest niesamowicie utalentowany. Ma zaledwie 21 lat, a już bardzo wiele potrafi. Poza tym, tradycyjnie, jak to w Giro, nie wolno lekceważyć dwukrotnego zwycięzcy tego wyścigu, Vicenzo Nibali’ego. Włoch ma już co prawda 36 lat i dopiero miesiąc temu wyleczył kontuzję, ale czy można sobie wyobrazić lepsze pożegnanie z wielkim tourem, niż zwycięstwo w narodowym wyścigu? Jestem pewien, że „Rekin z Mesyny” ukąsi niejednego rywala na trasie. Innych pretendentów do zwycięstwa w generalce wykreują góry.

Polakach w peletonie

Tym razem na starcie Giro zabrakło Rafała Majki, który startował we Włoszech pięciokrotnie i zawsze plasował się w czołówce. Najgorsze miejsce jakie zajął to dwunaste w 2020 roku. Myślę, że gdyby Rafał nadal jeździł w niemieckiej grupie Bora Hansgrohe, to dziś brylowałby w Giro, jako lider swojeo teamu. Ale nowi pracodawcy Majki z UAE Emirates, mają widać wobec niego inne plany. Polak ma zaszaleć w górach podczas Tour de France. Pod nieobecność Rafała i Michała Kwiatkowskiego uwaga polskich kibiców będzie skierowana na Tomka Marczyńskiego, który umie wygrywać etapy i liczę, że i we Włoszech urwie się w jakiejś ucieczce, Łukasza Wiśniowskiego i Maćka Bodnara, który czasówkę na pierwszym etapie zakończył na niezłym piętnastym miejscu. Maciek to nie tylko śweitny czasowiec, ale przede wszystkim jeden z najlepszych na świecie pomocnikow. Nie będzie cienia przesady w stwierdzeniu, że Słowak Peter Sagan, właśnie dzięki staraniom Bodnara, który zwykle go ochrania i rozprowadza, zaliczył wiele zwycięstw.

Koszmarze na Passo di Gavia

Podczas atartów w Giro miałem przyjemność wygrać cztery etapy jazdy na czas. Indywidualnie i drużynowo oraz jeden z peletonu. To ostatnie osiągnięcie zaliczyłem jako jedyny Polak w historii. Ale choć te triumfy będą ze mną zawsze, to Wyścig dookoła Włoch będzie mi się również kojarzyć z koszmarem z 1988 roku. Jeździłem wtedy we włoskim zespole Del Tongo. Zjeźdżaliśmy z przełęczy Passo di Gavia w Alpach, położonej na wysokości 2621 metrów nad poziomem morza, niedaleko granicy ze Szwajcarią. Pokonanie piętnastu kilometrów ze szczytu do mety zajęło nam 52. minuty. Było tak zimno, że zamarzały mi myśli w głowie. Powolutku w dół i za chwilę cofaliśmy się pod górę, bo droga była tak oblodzona, że nie dało się usiedzieć na rowerze. Kiedy już dotarłem na dół, to nasza fizjoterapeutka podała mi sporą miarę rumu. Zamiast wypić ten trunek, poprosiłem, żeby wylała mi go na ręce, które były tak zmarznięte, że nie mogłem puścić kierownicy. W życiu bardziej nie trząsłem się z zimna.

Z rowerem na zawsze

Człowiekowi przybyło siwych włosów, a wielkie ściganie w światowym peletonie, to już tylko piękne wspomnienia. Ale z kolarstwem nie zerwałem. Od 12 lat prowadzę w Gorzowie skle rowerowy. Jestem przedstawicielem firmy Trek. No i trzy razy w tygodniu amatorsko jeżdżę ze znajomymi. We wtorki i w czwartki „robię” po około 70 kilometrów, a co niedzielę pokonuję trasę długości 100 - 120 kilometrów. Jeździmy w kilkanaście osób. Jest w naszym gronie paru młodszych chłopaków, ale nie oddaje im koła. Forma nadal dopisuje - kończy swoją opowieść Lech Piasecki.

Piotr Dobrowolski


Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport