Tokio 2020. Zabite marzenia polskich siatkarzy

Wilfredo Leon. fot. PAP/Leszek Szymański
Wilfredo Leon. fot. PAP/Leszek Szymański
Piąty przegrany ćwierćfinał Igrzysk Olimpijskich z rzędu. Klątwa? Przekleństwo? Sprzysiężenie pecha i złych mocy? Nie wiem, jak wytłumaczyć porażkę polskich siatkarzy z Francją (2:3) w Tokio. Nie ma żadnych racjonalnych argumentów tłumaczących klęskę, bo tak trzeba nazwać przegraną z Trójkolorowymi”, Biało – Czerwonych. Poza jednym, ale najistotniejszym faktem – w czwartym secie i tie-breaku nasi stanęli, jak przechodzień przed wejściem na jezdnię. Zielone światło dla drużyny Vitala Heynena już się w tym meczu niestety nie zapaliło.

Nie uważam się za siatkarskiego eksperta, patrzę na ta dyscyplinę z pozycji kibica i głównie przez pryzmat drużyny narodowej. Ale zachowanie siatkarzy i ich trenera mocno uwierało mnie już przed Igrzyskami. To ciągłe powtarzanie, że do Azji Polacy lecą po złoto. Nie po medal, ale po ZŁOTO... Są momenty, że narzucona na siebie presja uskrzydla, dodaje wiary i pewności siebie. Tu z pozoru też była usprawiedliwiona. Wszak w naszej drużynie są tuzy ze światowego topu – Michał Kubiak, Bartosz Kurek i niesamowity Wielfredo Leon. Jednak znacznie częściej presja zamiast dodawać dodatkowej „pary”, potrafi spalić sportowca, albo przeradza się w pychę. A ta jak wiadomo, kroczy krok przed upadkiem... I boję się, że naszych zgubiła właśnie nadmierna pewność siebie. Zamiast głosić, jak przez megafon: jesteśmy mistrzami świata, jedziemy po złoty krążek, siatkarze mogli być ostrożniejsi w swoich deklaracjach. Stare mądre przysłowie prawi – ciszej jedziesz, dalej zajedziesz.

Czytaj więcej:

Po meczu z Francją trener Vital Heynen powiedział, że czuje się jak gówno. Że być może w drodze do ćwierćfinału, w przeciwieństwie do Francuzów, jego drużyna rozegrała za mało spotkań z wymagającymi rywalami. Tyle tylko, że gdybyśmy w grupie trafili na jakieś supermocarstwa, to w ćwierćfinale mogłoby nas w ogóle nie być. Bo jak sobie nasi radzą z rywalami z topu pokazał pierwszy mecz w Japonii, przegrany z Iranem 2:3.

Na pewno w ćwierćfinale Igrzysk w polskiej siatkówce reprezentacyjnej dobiegła końca pewna era. Era drużyny mistrzów świata. Nie wiadomo, czy na fali rozczarowania brakiem zapowiadanego złotego medalu, z gry w kadrze nie zrezygnują liderzy (Kubiak? , Kurek?). Nie jest również jasna przyszłość selekcjonera. Heynen jeszcze przed wylotem do Tokio, zapytany, czy po Igrzyskach nadal będzie prowadził Polaków odpowiedział, że jego dalsze losy jako trenera Biało – Czerwonych zdeprymuje wynik osiągnięty w Azji. - Obiecałem, że jedziemy tam po złoto. Nie wiem, co będzie, jeśli zadania nie uda się wykonać – powiedział szkoleniowiec.

Jako kibic chciałbym, żeby Belg nadal pracował z polska drużyną. Życzyłbym sobie, żeby wciąż w koszulkach z flagą w naszych barwach narodowych grali najlepsi. Po tym nadmuchaniu balonu oczekiwań do absurdalnych rozmiarów, rozczarowanie jest wielkie, ale nie zmienia to faktu, że Polska to nadal drużyna ze światowej czołówki, przed którą miękną nogi wielu rywalom. A że nie udało się w Tokio? Bywa. Za trzy lata będzie okazja do rewanżu. A czy jest lepsze miejsce do utarcia nosa Francuzom, niż Paryż?

Piotr Dobrowolski

Czytaj też:

Lubię to! Skomentuj50 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport