7 kwietnia minęło 46 lat od odnalezienia ostatniego ładunku nuklearnego, zagubionego przez US Air Force w katastrofie lotniczej w Palomares w Hiszpanii. Incydent i towarzyszące mu okoliczności stanowią wstydliwą kartę w dziejach amerykańskiego wojska. Warto ją przypomnieć w obliczu wszechmocy tzw. opinii publicznej i mediów, skutecznie determinujących nie tylko odbiór wydarzeń wielkiej wagi, ale także wpływających na ich konsekwencje.
Incydent sprzed prawie półwiecza, ku zaskoczeniu Departamentu Stanu i Departamentu Obrony USA, odbił się głośnym echem w międzynarodowej prasie. A choć istotnie, bomby termojądrowe latające nad głowami rybaków nie były i nie są czymś codziennym, to wpływ opinii publicznej nadspodziewanie wpłynął zarówno na wizerunek rządów amerykańskiego oraz hiszpańskiego, jak i na ich decyzje. Przypomnijmy pokrótce przebieg wydarzeń.
17 stycznia 1966 r., podczas tankowania w powietrzu doszło do kolizji amerykańskiego bombowca B-52 i latającej cysterny KC-135. Tragiczne w skutkach zderzenie miało miejsce nad miejscowością Palomares w Almerii, biednej andaluzyjskiej prowincji. Bombowiec należał do grupy pięciu samolotów, odbywających rutynowy lot na kursie atlantyckim. Oba samoloty US Air Force wśród ognia i dymu spadły na ziemię – część załogi B-52 przeżyła, lecz zespół z latającej cysterny spłonął wraz z maszyną. Hiszpańskie ekipy ratunkowe i policja przybyły na miejsce i usiłowały w jakiś sposób uporządkować sytuację. Nagle do Palomares zaczęły zjeżdżać kordony amerykańskich służb wszelakiego rodzaju. Miejsce tragedii zamknięto, a akcję opatrzono kryptonimem „Broken Arrow”, jakim określano nieszczęśliwe wypadki z obecnością broni jądrowej.
Istotnie, w czasie zderzenia z bombowca wypadły cztery bomby termojądrowe. Bardzo szybko wprawiono w ruch amerykańską machinę polityczno-militarną. Nieco wolniej ruszała także międzynarodowa machina dziennikarska – z każdym kolejnym dniem wysłannicy wszystkich większych agencji prasowych podróżowali do miejsca zdarzenia i usiłowali wydobyć jakiekolwiek informacje od oficjeli amerykańskich. A jednak, ani prezydent Lyndon Johnson, ani Sekretarz stanu Dean Rusk nie potrafili stworzyć sensownej i jednolitej polityki informacyjnej, minimalizującej negatywny wydźwięk. Według Davida Stilesa (A Fusion Bomb over Andalucia: U.S. Information Policy and the 1966 Palomares Incident, “Journal of Cold War Studies”, Vol. 8, nr 1, 2006, s. 49-67) ostatecznie szkody materialne nie były aż tak wielkie, jak konsekwencje wizerunkowe niespójnych działań informacyjnych. Wizerunek Stanów Zjednoczonych uległ w związku z incydentem drastycznemu pogorszeniu.
W tak niesprzyjających okolicznościach amerykańska polityka informacyjna (Gabinetu i Pentagonu) opierała się na niedopowiedzeniach i wykluczających się przekazach, dopóki 4 marca 1966 Agencja Informacyjna USA (USIA) nie opublikowała spójnego oświadczenia. Ale było to ponad miesiąc po katastrofie! Wcześniej lakoniczne wypowiedzi amerykańskich urzędników i wojskowych kompensował energiczny ambasador USA w Madrycie, Angier Biddle Duke, który odegrał w całym incydencie rolę kluczową.
Zastanawia brak zainteresowania prezydenta Johnsona. Informowany o najważniejszych decyzjach administracji i wojska, nie angażował się w szybkie rozwiązanie problemu. Raz zagajeni o to oficjele stwierdzili, że przebieg akcji wyznaczony jest przez regulacje wewnętrzne i traktaty międzynarodowe, więc nie ma potrzeby zwracać się do prezydenta o zgodę. Według Stilesa, nawet wiadomość o odnalezieniu ostatniego ładunku nie wzbudziła szczególnego zainteresowania Białego Domu.
„Serious nuclear weapons accidents”
Gabinet USA, co oczywiste, nigdy nie był chętny do informowania opinii publicznej o szczegółach posiadanej broni nuklearnej i związanych z nią incydentach. Rozmieszczenie i charakterystyka techniczna arsenału jądrowego były najbardziej strzeżonymi sekretami Zimnej Wojny. Wszystkie pytania dotyczące tematu kwitowano lapidarnymi sformułowaniami na zasadzie „ani potwierdzać, ani zaprzeczać”. Przed Palomares poważnym zgrzytem, obecnym w prasie, był spór między administracją New York City i Departamentem Obrony o potajemne przewożenie bomb atomowych ulicami Manhattanu w 1965 r. Szybko jednak doszło do konsensusu i uciszono międzynarodowe spekulacje. Nie udało się tego powtórzyć w roku 1966. Pewnym przełomem w tej polityce informacyjnej był dopiero dokument z roku 1968. Po katastrofie uzbrojonego w broń nuklearną B-52 niedaleko Thule, na Grenlandii, Pentagon wypuścił listę trzynastu „serious nuclear weapons accidents”, mających miejsce między 1950, a 1968 rokiem.
Palomares było najpoważniejszym z nich. Pozostałe albo nie skaziły otoczenia, albo zrobiły to w niewielkiej i niegroźnej skali. W Andaluzji wybuchły dwa detonatory (które nie zainicjowały wybuchu bomby atomowej i ładunku termojądrowego), co spowodowało wyciek bezprecedensowej ilości niebezpiecznych materiałów. Eduardo Ramos i Emilio Iranzo, naukowcy z Junta de Energia Nuclear w Madrycie, zaprezentowali raport z incydentu na Drugim Międzynarodowym Sympozjum Niebezpieczeństwa Zakażeniem Nuklearnym w Monako (październik 1966). Dowodzili, że konsekwencją katastrofy lotniczej nad Palomares było skażenie niespotykanie dużego obszaru zamieszkałego przez ludność cywilną. Jak się okaże, były to wnioski sformułowane na wyrost.
Polityka i prasa
Początkowo opinia publiczna nie zdawała sobie sprawy z obecności ładunków jądrowych, a gazety umieszczały wiadomość o katastrofie wśród drugorzędnych newsów. Na miejsce zdarzenia od razu przybyli tylko dwaj reporterzy – z „London Daily Mirror” i z United Press International. 20 stycznia „New York Times” i „The Washington Post” poinformowane zostały o ładunkach nuklearnych w Palomares. Departament Obrony odmówił komentarza przed publikacją rewelacji. Rząd hiszpański chciał uniknąć w oficjalnych wystąpieniach wzmianek o ewentualnych skażeniu, ale zgodził się z amerykańskim ambasadorem, że niezbędne będzie doprecyzowanie przekazu, jeżeli katastrofą zainteresuje międzynarodowa opinia publiczna. W końcu US Air Force (USAF) przyznało, że na pokładzie B-52 ładunki były. Milczano jednak o ich zaginięciu. Wojskowi dodali tylko, że wypadek nie niesie zagrożenia dla autochtonów.
Na miejsce przybyli kolejni reporterzy – z Associated Press i Reutersa. Szybko odkrywali kolejne fakty, i równie szybko informowali o tym opinię publiczną. Wtedy też nacisk mediów zaczął determinować politykę informacyjnąWaszyngtonu i Madrytu. Alexander Cooley (Base Politics. Democratic Change and the U.S. Military Overseas, Cornell University 2008) podaje wręcz, że incydent z Palomares to najlepszy przykład zaangażowania rządu gen. Franco w przekazy medialne – gazety hiszpańskie do końca stycznia starały się minimalizować problem, akcentując powrót do normalności i brak poważnych zagrożeń dla zdrowia i życia. Unikały wszelkich newsów dotyczących ładunków i skażenia. Początkiem lutego, wobec nacisku przekazów międzynarodowych, Madrytowi kalkulowało się zaostrzyć kurs wobec Amerykanów. Choć nadal informacje prasowe były tu daleko bardziej ostrożne niż za granicą.
22 stycznia Reuters poinformował, że wieśniacy z południa Hiszpanii wyposażeni zostali przez wysłanników amerykańskiej administracji w liczniki Geigera. Następnego dnia doniósł, że aktywność grupy poszukiwawczej w regionie przeniosła się nad morze.
26 stycznia „The Washington Post” podał, że w Madrycie pojawiły się głośne żądania wydania zakazu lotów z ładunkami nuklearnymi nad Hiszpanią.
Pod presją międzynarodowych mediów oficjele USA ugięli się i wypuścili więcej informacji. W rezultacie 28 stycznia w „New York Times” pojawił się raport dotyczący poszukiwań w Morzu Śródziemnym – wskazano na obecność ładunku termojądrowego, podano przybliżone miejsce eksploracji i niektóre kwestie techniczne.
Zmiany w polityce informacyjnej, jak przekonuje Stiles, nie zapobiegły dalszemu pogarszaniu się wizerunku USA. 29 stycznia rząd hiszpański wydał formalny zakaz lotów nad Hiszpanią dla amerykańskich samolotów uzbrojonych w bomby jądrowe. Zakaz uderzył w czułą strunę amerykańskiej polityki międzynarodowej, gdyż zablokował operacje militarne USA na Starym Kontynencie. Konsekwencje poza Europą również nie były błahe. Kiedy Hiszpania zablokowała loty, inne kraje goszczące amerykańskie wojska zaczęły myśleć o przedefiniowaniu swoich stosunków militarnych z Wujem Samem. Sekretarz spraw zagranicznych Filipin Narciso Ramos wezwał do zawarcia nowego traktatu, ograniczającego samowolę amerykańską na filipińskim niebie. Międzynarodowa presja zmuszała USA do szybkiego zamknięcia epizodu Palomares.
„Jankesi, zabierzcie siebie i swoje bomby do domu”
Od początku lutego przed amerykańską ambasadą w Madrycie zbierały się tłumy protestujących, a swój wkład w rozruchy miało podziemie komunistyczne. Franco nie chciał i nie mógł też bezrefleksyjnie popierać Amerykanów – było to zbyt duże ryzyko polityczne.
Silny w Hiszpanii wpływ Kremla dawał się mocno odczuć w Madrycie. Odbierane na Półwyspie Iberyjskim Radio Moskwa podawało, że południe Hiszpanii tonie w protestach antyamerykańskich, a w samym Palomares ludzie skandują „Jankesi do domu!” Mieszkańcy Palomares przysłuchiwali się temu z niemałym zdziwieniem, gdyż nikt dotąd w miasteczku na ulicę nie wychodził. Ale choć rząd amerykański zdecydował się wykupić produkty żywnościowe rolników z Palomares po normalnych cenach, to strach przed skażeniem istniał. By go przełamać, amerykańscy żołnierze zajadali się lokalnymi pomidorami na oczach mieszkańców. Trzy tygodnie po wypadku przed ambasadą amerykańską demonstrowały tysiące studentów. Rozdawane materiały nieraz sygnowane były podpisami członków Komunistycznej Partii Hiszpanii.
„Człowiek, który kopnął bombę wodorową”
O incydencie donosiły również organy prasowe PRL-u. Pierwsza wzmianka w „Dzienniku Polskim” (DP) podana została 21 stycznia. Znalazły się w niej podstawowe informacje: że po 3-dniowym milczeniu Amerykanie przyznali, że doszło do katastrofy, a bombowiec B-52 przewoził „nieuzbrojoną broń jądrową”; że według oficjalnego komunikatu ludności nic nie grozi; że zginęło siedem osób z obu załóg; że podobno nie odnaleziono ostatniej, czwartej bomby.
Następnego dnia DP w relacji z Paryża informował:
Powołując się na koła dobrze poinformowane, korespondenci agencji zachodnich w Hiszpanii frankistowskiej potwierdzają wiadomości, że trzy bomby atomowe z czterech, które znajdowały się na pokładzie samolotu „B-52” zostały odnalezione w morzu na wysokości okręgu Cuevas de Almanzora.
Panujący w międzynarodowej prasie bałagan informacyjny potwierdza tu powoływanie się na kolejnych korespondentów i koła, oraz błędna informacja o znalezieniu trzech bomb w morzu (podczas gdy dwie odnaleziono na lądzie).
Dalej w tej samej nocie:
Opinia publiczna i prasa francuska wykazują poważne zaniepokojenie po ujawnieniu zaginięcia amerykańskich bomb atomowych w pobliżu Almerii. Podkreśla się, że nie jest to bynajmniej odosobniony wypadek.
[...] istnieje opinia, że może powstać niebezpieczeństwo radioaktywne.
Prasa francuska zapytując [...] czy tego rodzaju incydent możliwy jest nad Francją udziela twierdzącej odpowiedzi przede wszystkim dlatego, że nad terytorium francuskim latają często amerykańskie bombowce „B-52”, mające na swych pokładach ładunki nuklearne.
Wyraźnie przebija się tu obawa przed podobnymi katastrofami, obecna także w prasie międzynarodowej. Strach wywoływany apokaliptycznymi wizjami pomyłek nuklearnych skutkował groźbami przedefiniowania traktatów, a w Hiszpanii wręcz wydaniem zakazu lotów.
Bardzo interesujące informacje przyniósł DP z 23 stycznia. Najpierw uzupełnił szczegółowe kwestie techniczne poszukiwań, a później potwierdził doniesienia o poruszeniu ludności i minimalizujących problem mediach hiszpańskich:
W andaluzyjskim mieście Almeria, w Madrycie i innych miastach Hiszpanii panuje wyraźne poruszenie ludności, którą nie uspokajają zapewnienia ekspertów, że bomby nieuzbrojone nie eksplodują. Radio hiszpańskie i prasa starają się złagodzić oburzenie społeczeństwa. Niewiele to jednak skutkuje.
Następnie, powołując się na korespondenta Agence France Presse, odwołującego się z kolei do opinii hiszpańskich ekspertów atomowych, DP sygnalizował, że badania wykazały obecność promieni radioaktywnych.
Najciekawszy jednak fragment tego samego przekazu, to oświadczenie sowieckiego pułkownika N. Aleksandrowa, które miało ukazać się na łamach pisma „Trud”:
Katastrofa, jaka wydarzyła się ostatnio w pobliżu Hiszpanii, świadczy nie tylko o niedociągnięciach wyszkolenia bojowego amerykańskich sił powietrznych, ale również jest okazją do przypomnienia narodom o konieczności zachowania stałej czujności oraz odsłania jeszcze raz agresywne dążenia imperializmu amerykańskiego. [...] Bombowce „B-52” są z reguły wyposażone w broń atomową. Piloci już wcześniej wiedzą o celach, na które, w wypadku rozkazu z ziemi, mają zrzucić swój śmiercionośny ładunek. Tzw. przez Amerykanów patrole wojenne obliczone są na to, aby utrzymywać w strachu narody wielu państw.
Ten doskonały przykład zimnowojennej propagandy sowieckiej doskonale oddaje nastroje antyamerykańskie w kręgach, w jakikolwiek sposób powiązanych z Kremlem. Podobne w treści, mające obnażać nieudolność i imperialne aspiracje USA, drukowano na ulotkach rozrzucanych na madryckich manifestacjach i przekazywano w audycjach Radia Moskwa.
Kolejną porcję wieści z Andaluzji czytelnicy DP otrzymali 25 stycznia. Po pierwsze oznajmiono, że poszukiwany obiekt najprawdopodobniej został odnaleziony, co okazało się fałszywym alarmem. Kilkukrotnie w trakcie eksploracji dna morskiego Amerykanie twierdzili, że prawdopodobnie odnaleźli obiekt. Druga część notki prasowej dotyczyła decyzji przebadania miejscowej ludności pod kątem obecności promieni. Wspomniano o przypadku wykrycia śladów promieniotwórczości na rękach i nogach jednego z rolników.
Później czytelnicy DP musieli czekać do 8 lutego. Oprócz wiadomości o dalszych poszukiwaniach wspomniano o ponurej atmosferze „paniki atomowej” w Hiszpanii, którą próbowano uciszyć poprzez różne zabiegi – m.in. dyrektor wydziału zdrowia w porcie Almeria ogłosił komunikat, że ryby morskie nadają się do zjedzenia.
Bardzo interesujący był tekst w DP z dnia 18 lutego, zatytułowany Aide-memoire rządu ZSRR do rządu USA. Korespondent z Moskwy informował o wręczeniu ambasadorowi USA w Moskwie Foyowi Kohlerowi aide-memoire przez ministra spraw zagranicznych ZSRS Andrieja Gromykę. Dokument dotyczył oczywiście niepokojów, jakie katastrofa wzbudziła w Rosji sowieckiej:
Wskutek katastrofy 4 bomby wodorowe, z których każda przewyższała stukrotnie pod względem siły bomby zrzucone w swoim czasie na Hiroszimę i Nagasaki, spadły na terytorium Hiszpanii i przybrzeżne wody Morza Śródziemnego. [...] Zagrożenie radioaktywnego skażenia zawisło nad dużą gęsto zaludnioną strefą.
Rząd radziecki „zwraca uwagę na to, że posunięcia, których skutkiem są wymienione fakty, są sprzeczne z ogólnie znanymi zasadami i normami prawa międzynarodowego, ze zobowiązaniami, które rząd USA wziął na siebie w obowiązujących międzynarodowych układach i porozumieniach, w szczególności w Układzie Moskiewskim z 1963 roku o zakazie prób z bronią nuklearną w atmosferze, przestrzeni kosmicznej i pod wodą. Jak wiadomo, najważniejszym celem tego układu było zapobieżenie skażenia [...]”
Jednak obecnie południowe wybrzeże Hiszpanii jak też przylegające doń obszary wodne uległy skażeniu radioaktywnemu od amerykańskiej broni nuklearnej.
Mężowie stanu USA sami nieraz mówili o niebezpieczeństwie wybuchu wojny wskutek pomyłki, czy też incydentu, ale właśnie loty bombowców amerykańskich z bronią nuklearną na pokładzie kryją w sobie niebezpieczeństwo takiej sytuacji [...]
„Rząd radziecki niejednokrotnie ostrzegał rząd Stanów Zjednoczonych przed niebezpieczeństwami związanymi z lotami bombowców posiadających na swym pokładzie broń nuklearną. Jednak rząd Stanów Zjednoczonych nie wziął tego pod uwagę i loty samolotów amerykańskich trwają nadal. To, co się stało nad Hiszpanią, wykazuje jak uzasadnione były ostrzeżenia ze strony Związku Radzieckiego”.
Ten przydługi cytat jest rewelacyjnym przykładem kremlowskiej propagandy. Jeżeli faktycznie (jak wskazuje Stiles) incydent nie był tak groźny dla społeczności lokalnej, to Kreml robił wszystko, by w Europie wzbudzić ową „panikę atomową”, determinującą stosunek europejskich społeczeństw wobec „imperialnej”, „agresywnej” i „nieudolnej” Ameryki. Sami sowieci wskazywali na siebie, jako tych, którzy ostrzegali i tych, którym leży na sercu obowiązek utrzymania ówczesnego świata w pokoju, sprawiedliwości i bezpieczeństwie. Ponadto sugerowali, że amerykańscy urzędnicy to przykład nieuleczalnej hipokryzji – wymądrzają się o bezpieczeństwie, a sami stwarzają sytuacje grożące wojną atomową.
Następne wiadomości w DP pojawiły się 3 marca i dotyczyły jedynie informacji o wywiezieniu z Hiszpanii do Stanów 6000 ton skażonej substancjami promieniotwórczymi ziemi.
Ostatnia wzmianka w dzienniku pojawiła się 8 kwietnia – komunikowano w niej o odnalezieniu i wydobyciu z morza czwartej bomby wodorowej.
Dużo ciekawsze było jednak pojawienie się reportażu o incydencie w Palomares w numerze wielkanocnym „Przekroju”. Tekst pióra Jerzego Michałowskiego (dyplomaty piszącego pod ps. Stefan Wilkosz), zatytułowany Człowiek, który kopnął bombę wodorową, zaczynał się od wzruszającej historii Jose Floresa, autochtona, który widział katastrofę na własne oczy i szybko dotarł na jej miejsce. Odnalazł tam zniszczoną bombę, kopnął ją (odruch starego, hiszpańskiego piłkarza?) i wkrótce wylądował w szpitalu porażony promieniowaniem. Michałowski-Wilkosz, w nawiązaniu do tego zdarzenia, nazwie Andaluzyjczyka pierwszy człowiekiem, który kopnął bombę wodorową. Następnie autor przedstawia okoliczności wypadku, po czym nazywa go najszczęśliwszą katastrofą naszych czasów – zginęło bowiem jedynie siedem osób, a przecież mogło dojść do hekatomby. Była to jawna konfabulacja, gdyż już w pierwszych dniach po incydencie wiadomo było, że bomba nie miała prawa wybuchnąć. Reporterski przekaz o konsekwencjach podniebnego zderzenia pozostaje wzorcowym exemplum stronniczej narracji, mającej na celu zdemonizowanie wydarzenia (choć oczywiście nie mam zamiaru usprawiedliwiać Amerykanów, pragnę podkreślić, że incydent był wynikiem zimnowojennych działań, w których blok sowiecki odgrywał zasadniczą rolę). Poniżej kilka przykładów:
Z jasnego nieba runął ogromny, płonący kadłub na podwórze szkoły, w której siedziało w ławkach 81 dzieci.
Tuż obok domu Antonio Garcia gruchnęły dwa olbrzymie, dymiące motory. Dwa dalsze zaryły się na skraju drogi, po której wolno toczyły się wiejskie wozy.
Rozbite kawały skrzydeł pocięły dachy wielu domów na przedmieściu Palomares, a łóżko pięknej pani Almanzor Rives – która tego dnia wstała wcześniej niż zwykle – zostało nafaszerowane odłamkami stali.
Na pobliskie pola pomidorowe i pomarańczowe plantacje lunął deszcz 40.000 litrów płonącej nafty.
Z tej apokaliptycznej wizji wyłania się dramatyczny obraz klęski, w której tylko dzięki długiemu ciągowi przypadków uniknięto setek ofiar śmiertelnych! Wystarczyło bowiem, żeby kawałki samolotów upadły parę metrów dalej, aby zginęło 81 dzieci, Antonio Garcia, woźnice toczących się wolno wozów, a nawet piękna pani Almanzor Rives!
Sytuację szybko opanowano i po paru godzinach miejscowa policja już siedziała w karczmie przy winie i przysłuchiwała się kolorowym opowiadaniom naocznych świadków. Nagle jednak:
[...] o godzinie 15.30 ten sielski[już nie apokaliptyczny?] obraz uległ gwałtownej zmianie. Piaszczystą drogą do Almerii nadciągnęła z wyciem syren długa kawalkada łazików i ciężarówek. Wysypały się z nich setki dziwnych postaci przypominających Marsjan z fantastycznych filmów. Kolorowe, połyskujące kombinezony, wysokie kauczukowe buty, plastikowe maski, czarne, gumowe rękawice.
Chłopi oczywiście, podług Michałowskiego-Wilkosza, nic z tego nie rozumieli. Dopiero po upływie dwóch dni, gdy zakazano im opuszczać wioski i spożywać produkty rolne, zaczęli co nieco pojmować. Atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej złowroga, gdy mieszkańcom zakomunikowano, że zostaną poddani badaniom, a tym, którzy zbliżali się do szczątków maszyn USAF, zabrano i spalono ubrania. A kiedy Jose Flores położył się do łóżka – w Palomares zapanował strach. Powtarzano dziwne, nie bardzo zrozumiałe słowo „radioacividad”.
Dyplomata wspomniał o opisywanych już staraniach przemilczania pewnych faktów przed rząd gen. Franco:
Mimo zamknięcia całego obszaru przez policję i żandarmerię amerykańską fakty zaczęły powoli przenikać na zewnątrz. Tylko prasa hiszpańska trzymana żelazną ręką cenzury milczała [polska prasa, pozbawiona żelaznej ręki cenzury, oczywiście milczeć nie mogła]. Nie napisano nawet o tym, że rząd Hiszpanii już 1 lutego, po dwunastogodzinnych obradach zdecydował się zażądać od prezydenta Johnsona wydania zakazu przelotu amerykańskich maszyn z ładunkami jądrowymi na pokładzie nad terytorium Hiszpanii.
Na świecie zaczęto jednak mówić i pisać o katastrofie w Palomares. Najbardziej fantastyczne plotki o tajemniczych rakietach i o wykradzeniu super-broni zaczęły ukazywać się w prasie. Plotki te podsycał fakt, że tajemnicze poszukiwania najwyraźniej nie dawały rezultatów.
Wreszcie po 44 dniach milczenia rządy USA i Hiszpanii były zmuszone ujawnić część prawdy.
Michałowski-Wilkosz opisał zatem skrótowo to, o czym rozpisywał się David Stiles – o początkowym milczeniu, podporządkowanej prasie hiszpańskiej, gorączce informacyjnej, która mimo usilnych starań wybuchła, a w końcu o decyzjach rządów podejmowanych wobec żądań opinii publicznej.
W momencie oddania do druku wielkanocnego „Przekroju”, czwarta bomba spoczywała jeszcze na dnie morza. Autor rozpisał się o budowie i działaniu ładunków termojądrowych oraz o konsekwencjach dwóch wybuchów w incydencie Palomares. Podkreślił, że eksperci zapewniają, że nie powinno dojść do eksplozji nuklearnej, jednak sam ma poważne wątpliwości (Ale ileż zdarza się w życiu zbiegów okoliczności, których statystyczne prawdopodobieństwo wydaje się znikome...). Następnie skupił się na poszukiwaniach „czarnych skrzynek” – szczególnie tej z bombowca B-52, która miała odbierać przekaz z Białego Domu i zawierała szyfry uzbrajające i rozbrajające bomby:
Straszliwe, nowoczesne puszki Pandory – latające nad głowami milionów mieszkańców naszego globu stanowią jedną z najbardziej pilnowanych amerykańskich tajemnic wojskowych. Nie mogą się one dostać w ręce nie tylko wrogów – ale nawet sojuszników.
Michałowski-Wilkosz opisał też dokładnie poszukiwania czwartej bomby i dalsze problemy ze skażeniem ziemi i płodów rolnych. W końcu doszedł do dramatycznego podsumowania:
Niewiele brakowało 17 stycznia – a Hiszpanii groziłby los Hiroszimy. Od 1958 roku zdarzyło się już 15 wypadków samolotów amerykańskich z bombami atomowymi na pokładzie. Nigdy jednak jeszcze tak blisko nie otarliśmy się o Wielką Katastrofę. W tym roku małe miasteczko Palomares weszło w swój wiek atomowy. Czy mamy czekać biernie – miasta, kraje, kontynenty – na swoją kolejkę?
Niestety autor nie podał gotowego rozwiązania problemu bomb atomowych latających na głowami mieszkańców globu. Także problem radioaktywności okazał się bardzo przesadzonym. Naukowcy Richard L. Garwin i Georges Charpak (Megawatts and Megatons.A Turning Point in the Nuclear Age?, New York 2001) wyrazili się jasno – promieniotwórczość po incydencie w Palomares nie wypłynęła na zwiększenie się zachorowalności na raka wśród lokalnej społeczności.
Niemniej jednak reportaż z „Przekroju” jest rewelacyjnym przykładem antyamerykańskiej propagandy zza żelaznej kurtyny – diabolizujący, wskazujący na nieodpowiedzialność i imperialne roszczenia Amerykanów. Zdecydowanie wyolbrzymiający konsekwencje incydentu i przekonujący do negatywnego określenia się wobec żołnierzy rządów USA i Hiszpanii. Oczywiste jest, że taki tekst musiał się ukazać w prasie PRL-owskiej.
„Być może latające nad głowami bomby atomowe nie są najlepszym pomysłem?”
W tekście zobaczymy też zdjęcie muskularnej sylwetki ambasadora Duke’a, kąpiącego się w morzu na dowód, że nie ma się co bać radioaktywności. Istotnie, amerykański dyplomata w obecności swojej rodziny i hiszpańskiego ministra pływał 8 marca u wybrzeży Palomares, co miało przynieść pozytywny wpływ na medialny wizerunek amerykańsko-hiszpański. Trochę nieudolnie przeprowadzonemu festiwalowi towarzyszyły transparenty z napisami „Viva la [sic!] Americano” i „Viva la [sic!] Wilson”.
Jak wspomniano, ambasador był kluczową postacią w całym zamieszaniu. 2 lutego przybył do Andaluzji by ocenić sytuację. Spotkał się też z przedstawicielami mediów i udzielił im istotnych informacji, do których udzielenia upoważniony nie był. Następnego dnia Departament Obrony skrytykował Duke’a, ale krytyka przeszła bez echa w obliczu PR-owskiej katastrofy Stanów Zjednoczonych.
Przez cały okres poszukiwań Duke energicznie starał się poprawiać obraz Waszyngtonu i Madrytu. W końcu 7 kwietnia US Navy odnalazła ostatnią bombę – rozpoczęło to medialne święto z udziałem ambasadora. Raut zawierał m.in. oglądanie bomby na pokładzie USS Albany.
Spór co do oceny zaistniałej sytuacji trwa jednak do tej pory. Ówczesna amerykańska administracja ostatecznie uznała, że schematy organizacyjne i procedury się sprawdziły, lecz należy nanieść poprawki (akcja bowiem może trwać dłużej, niż przewidują procedury). David Stiles zauważa w incydencie przede wszystkim pierwszą międzynarodową, medialną katastrofę Stanów Zjednoczonych Ameryki. Dużą w tym rolę odegrał Kreml, który w prasie i opinii publicznej miał pierwszorzędne narzędzia prowadzenia zimnowojennych działań. Tym bardziej, że poza „imperialną Ameryką” demonizować można było przy okazji „faszystowską Hiszpanię”. Trzeba jednak przyznać, że w całym incydencie doszło do dwóch wybuchów i skażenia rozległego terytorium, poszukiwania czwartej bomby trwały blisko 80 dni, a stosunki między Waszyngtonem, a Madrytem i innymi stolicami uległy poważnemu zepsuciu. Konsekwencje były zatem poważne. Samozadowolenie Amerykanów po odnalezienia bomby i decyzji o kosmetycznych jedynie poprawkach proceduralnych skrytykował John Megara z Florida State University (Dropping Nuclear Bombs on Spain. The Palomares Accident of 1966 and the U.S. Airborne Alert, The Florida State University 2006).Skwitował to stwierdzeniem, że nie jest czymś naturalnym, że bomby atomowe spadają sobie z nieba w wyniku pomyłki, poszukiwania trwają tak długo, a wszystkiemu towarzyszy kataklizm PR-owy Stanów Zjednoczonych. Po raz kolejny jednak trzeba podkreślić, że bomba prasowa okazała się tu o wiele groźniejsza niż cztery bomby nuklearne - te bowiem nie spowodowały tak znacznych konsekwencji.




Komentarze
Pokaż komentarze